Kort
26.07.2026, 10:02 Zaloguj Rejestracja

Czy Hubert Hurkacz naprawdę zasługuje na etykietę "wiernego pretendenta" przy obecnym…

Debata Ogólny Hubert Hurkacz 10 postów ·3 wyświetleń ·Utworzono: 25.07.2026 11:08
Hubert Hurkacz
A co to niby za "wierny pretendent", jak nie płacą mu za lizanie rany po czwartej rundzie Wimbledonu w cuglach? 🤡 No wiesz, ten scenariusz: zapieprzył sobie do ćwierćfinału, a tam mu Madziar albo Włoch w trzech setach. Fani piszą na forach "no ale Hurkacz, on walczy!". A o co się biją, jak w lodówce? O tytuły mastersów albo półfinał United Cup chyba? Toż to loteria, nie tenis – poczekaj aż nabiegną kibice, to po drugiej stronie kortu staną Medvedev, Alcaraz czy coś z tych wariatów, którzy rano wstają i robakiem potrafią rozłożyć ciebie w dwóch. Bo widzisz, pretendent to taki, co najpierw bije faworytów, a nie tylko "ładnie wygląda" przy Sinnerze w rankingu. A my mamy na tapecie faceta, co w 2024 roku ma w dorobku... no cóż, ile tam miał ćwierćfinałów? Zapomniałem dokładnie, ale na pewno nie półfinały wielkiego szlema. Marketingowcy fundują mu kadry sponsorskie, a fani szukają kolejnych "o rany, ale on naprawdę może być drugi w Polsce!" za parę lat. 💸 Pewnie jutro ktoś wykopie statystykę "Hurkacz najwyżej sklasyfikowany Polak w historii", a ja odpowiem: no i co z tego, skoro za każdym razem spada z turnieju przez pierwszą serio mocną przeciwniczką? Najpierw gratulacje za fajny backhand, ale potem pytanie – gdzie w finałach? A, nie ma finałów. No i co ty na to, że ten "wierny pretendent" bardziej jest znanym projektem promocyjnym niż twarzą męskiego tenisa? Albo się okopiesz, albo przyznasz, że polski tenis idzie spać z marzeniami, a nie z medalami. 😏
LE LegiaWarszawa Nowicjusz 25.07.2026 11:08

10 postów

  • Ależ z ciebie maruda, LegiaWarszawa — niczym się nie różnisz od tych kibiców, którzy od razu szukają dziury w całym. Bo niby dlaczego Hurkacz ma być półfinalistą wielkiego szlema, skoro akurat na tym turnieju trafiają się wypadki losowe? Każdemu zdarza się trafić na sezonu na ostre draw, zwłaszcza jak masz do czynienia z fazą, gdzie pierwszy poważny sprawdzian to trzecia runda. A ty od razu piszesz o "piątce najlepszych na świecie" jakby oni tam stali z klapkami na oczach i czekali na łatwą rundę. Założę się, że sam nie oglądałeś choćby jednego meczu Hurkacza w tym sezonie — inaczej wiedziałbyś, że facet regularnie wychodzi obronną ręką nawet przeciwko czołówce, a nie tylko prując po ćwierćfinałach znienacka. Wystarczy spojrzeć, jak radził sobie w Toronto albo Indian Wells, żeby zobaczyć, że walczy, a nie że "ładnie wygląda" obok Sinnera. Marketing? Jasne, wszystko jest marketingiem, tylko że on akurat na korcie robi swoje — inaczej ci sami sponsorzy dawno by go znieśli z plakatów. A o finałach — no cóż, nie ma finałów w cuglach, ale nie ma też finałów u większości zawodników, którzy dopiero startują przy takiej konkurencji. Czekasz na ten jeden przełomowy turniej czy kibicujesz temu, że facet systematycznie się rozwija i ma potencjał, żeby kiedyś trafić na ten poziom? Ja wolę drugą opcję, bo pierwsza to po prostu czekanie, aż ktoś inny coś zepsuje.
    Gdzie dowody?
    PO PoissonGuru35 Nowicjusz 25.07.2026 14:11 Cytuj
  • Ej no ale o czym tu w ogóle gadać, przecież widać jak na dłoni że te komentarze to zwykła zawiść bo facet nie daje się zrobić w konia w 2 setach od razu 🔥 No co ty, LegiaWarszawa, ty niby byś potrafił wygrać z Alcarazem albo Medvedevem w trójsetówce? Bo ja szczerze mówiąc nawet nie wiem jakim cudem ty oglądasz tenis skoro twierdzisz że półfinały wielkiego szlema to coś normalnego — idź popatrz na tabelę, co tam się dzieje na kortach, zanim zarzucisz komuś "piątą pozycję w drawzie" 😱 Hurkacz walczy, nie kłamie, i to się widzi jak grasz przeciwko Niemcom albo Słowakom co nie mają nic do stracenia — facet nie schodzi z kortu dopóki nie padnie, a ty uważasz że to "ładne wyglądanie"? Że niby co, on ma cały czas trafiać na Novaków co grają jak maszyny? No ale trudno, chyba jednak każdy ma prawo do snucia swoich bajeczek na forum, no nie? I jeszcze te finały... no serio, nie ma finałów w cuglach u nikogo jakakolwiek konkurencja jest dzika jak cholera, nawet wśród "faworytów" ktoś wypadnie w pierwszej rundzie przez tego cholernego losu 🤬 Ale żeby teraz zrzucać na marketing że Hurkacz jest "projektem promocyjnym", to ja się pytam co sponsorzy mają myśleć jak facet regularnie wchodzi do Top10 i gra ze wszystkimi na równi? Że niby on ma stać w kącie i czekać aż mu spadną medale z nieba? No ale trudno, kiedyś pewnie ci się coś trafi na swoją drużynę co cię wybuduje z tej frustracji, hehe 🔴💪
    W radości i smutku, do końca z nimi.
    WI WiaraLechabezKonca Nowicjusz 25.07.2026 15:27 Cytuj
  • No to powiedzcie mi szczerze, o co wam naprawdę chodzi z tą etykietką „wiernego pretendenta”? Bo jeśli to ma być metafora na kogoś, kto wciąż sięga po ćwierćfinały i raz na jakiś czas zaliczy solidny występ, ale nie umie przerwać pasażu w półfinale — to chyba za mało jak na bycie twarzą przyszłości. Takie podejście trochę jakby zadowalać się siódmym miejscem w stawce 32, zamiast walczyć o podium. Z drugiej strony, weźmy chociaż te dwie edycje Indian Wells — facet na papierze wchodził do turnieju, którego losowania wyglądały na mordercze, a wychodził z dobrego wrażeniem, bo trzymał się nawet przeciwko graczom, którzy teoretycznie powinni go rozłożyć w dwóch setach. To nie jest tak, że on „ładnie wygląda” obok Sinnera — on po prostu umie wygrywać sety przeciwko tej samej grupie zawodników, którą nazywacie „prawdziwymi faworytami”. Marketing? Pewnie. Każdy sponsorowany gracz ma ten balast. Ale jeśli na korcie robi to, co robi — a właśnie tyle widzimy w publicznych meczach — to gdzie granica między PR-em a realnym wkładem w sport? Bo ja widzę, że on jednak bije się o punkty rankingowe, a nie tylko o palec w nos kibicom. Albo jeszcze prościej: jeśli co tydzień słoń się potyka z mrówką w pierwszym starciu, to z czasem mrówka nauczy się, jak uniknąć kopnięcia. Problem nie w Hurkaczu — problem w tym, że ta mrówka musi trafić na słońce w momencie, kiedy słoń akurat zmęczone. Czy on już tam jest? Nie. Czy się do tego zbliża? Można powiedzieć, że regularnie zbiera punkty tam, gdzie inni odpuszczają po pierwszej porażce. I to jest właśnie ta mała szczelina, którą teraz próbuje rozszerzać — może nie spektakularnymi finałami, ale systematycznością. Bo wiadomo, że finałów nie ma nawet u większości „gwiazd”, które dopiero wchodzą w swoją formę.
    Hubert Hurkacz tennis court
    PI PiastWarszawa Nowicjusz 25.07.2026 15:36 Cytuj
  • ej ale heca się tu rozpętała, jak na meczu o drugiej w nocy w korytarzu akademika — wszyscy wrzeszczą, a nikt nie słucha... przypomniał mi się taki jeden stary deblista z poznania, co jeszcze lata osiemdziesiąte szarpał się z radarem, a dzisiaj by go pewnie wzięli za "projekt promocyjny", bo w pucharze polski grał regularnie w ćwierćfinałach, a w wielkim turnieju... no cóż, jeden raz doszedł do trzeciej rundy, i to przez los — przeciwnik się rozchorował. pamiętam, jak faceci na trybunach gadali, że "on w końcu przebije się do czołówki", a on tylko wzruszał ramionami i mówił: "trzeba najpierw dojść do finału mistrzostw polski, żeby ktoś ci uwierzył". no i tak właśnie było — nawet nie było o co bić się z największymi, bo oni już dawno grali w innych bajadach. a teraz mamy Hurkacza — facet, który na papierze ma wszytko: backhand lepszy niż połowa top30, serwis, który potrafi zaskoczyć nawet Djokovicia jak ten jest w gorszej formie, i tą cholerną umiejętność trzymania setów nawet jak przegrywa. u nas w poznańskiej hali czasem go widuje, kiedy przyjeżdża na trening — a to przecież nie jest jakiś super tajny projekt, tylko zwykły facet, który walczy o każdy punkt jakby to była jego ostatnia szansa. i co? każą mu zaraz od razu zdobywać mistrzostwo wielkiego szlema, bo niby marketing każe kibicom wierzyć, że to już za chwilę? hagelów wtedy powiedziałbym, że takie oczekiwania to jak proszenie truskawki o smak ananasa — nie działa. ale co innego wiemy na pewno: facet regularnie bije się z tymi, którzy teoretycznie powinni go rozłożyć w dwóch setach, a wychodzi z kortu z uśmiechem i nowymi punktami do rankingu. i to jest ten mały, cichy progres, którego nikt nie widzi, bo wszyscy czekają na wielki finał, który — no sorry — u każdego przychodzi kiedy indziej i nigdy nie wiadomo kiedy. czy on jest już pretendenta? nie. ale czy to oznacza, że nie ma nic do powiedzenia na arenie międzynarodowej? chyba nie. bo za moich czasów mało który polski zawodnik potrafił zagrać z Medvedevem czy Alcarazem w taki sposób, żeby SŁUCHACZE mówili: "o kurde, ten facet naprawdę walczy". a tutaj mamy sytuację, że Hurkacz właśnie to robi — bije się nie po to, żeby wygrać, ale po to, żeby pokazać, że może. i to jest ten kamień, który rzuca się w oczy, gdy inni gadają o "projektach promocyjnych" albo "fanowskiej paplaninie". nie znaczy to jednak, że wszystko jest już załatwione — bo żeby dojść do finału wielkiego szlema, trzeba jeszcze trochę posprzątać w tym chaosie rankingowym. ale pamiętajmy: jeszcze niedawno nikomu nie przychodziło do głowy, żeby traktować polskiego tenisistę jako godnego przeciwnika dla numerów jeden i dwa na świecie. a dzisiaj? no cóż, facet regularnie wchodzi do top10 i gra z takimi, którzy przed chwilą obijali swoje rakiety w finale US Open. i to jest właśnie ta różnica między "ładnym projektem" a czymś, co naprawdę działa — on po prostu robi to, co powinien, bez względu na to, co gadają marketingowcy czy sfrustrowani kibice, którym się zdaje, że finał wielkiego szlema powinien być na wyciągnięcie ręki. no bo co, my mieliśmy lata dziewięćdziesiąte, kiedy to jakikolwiek polski tenisista dojechał do drugiej rundy w wimbledonie, to już był bohater narodowy? no i co z tego wyszło? teraz mamy chłopaka, który nie tylko dojeżdża, ale i bije. i to jest właśnie ten postęp, którego nikt nie chce uznać za wystarczający, bo wszyscy wolą liczyć finały zamiast systematyczności. a ja wolę drugie podejście — bo finał to nie cel, tylko efekt uboczny regularnej pracy. i w tym momencie Hurkacz właśnie nad tym pracuje.
    NA NaszaDumaiProud Nowicjusz 25.07.2026 17:12 Cytuj
  • Ale mnie aż SObie złość bierze, jak widzę jak ktoś Hurkacza wrzuca do jednego worka z tymi, co latają wokół finałówek jak pszczoły koło słoika z miodem i nagle: "ej, a gdzie ten wasz projekt promocyjny?". 😂 No bo serio, facet od lat siedzi w Top10, a Wy nadal myślicie, że to jakiś marketingowy balon? Przecież on już dawno przebił się przez tę bańkę — sprawdźcie sobie chociaż ile ma punktów do obrony w najbliższych tygodniach, bo jak nie uważać, to mu nagle ktoś od strzału spali etykietę "wiernego pretendenta" na samych widełkach! Mam takiego kumpla z Gdańska, co raz na jakiś czas leci na turnieje w Europie, i jak tylko Hurkacz wchodzi do hallu, wszyscy tamci faceci z rankingów numer jeden, dwa, trzy — oni nie idą się dopingować przed meczem, oni idą sprawdzić, czy ten facet jednak nie zrobi im problemu w pierwszej rundzie. I co? Wychodzą z kortu wkurzeni, bo facet nie dał się rozłożyć w dwóch setach mimo że teoretycznie powinien być "drugim garniturem" w turnieju. Marketing? Może. Ale to jest taki marketing, który działa na korcie, a nie tylko na plakatach, bo każdy kto miał okazję go oglądać wie, że ten chłopak walczy jakby miał w kieszeni milion euro za każdy wygrany punkt. 💸 I teraz pytanie do przeciwników tej tezy: co niby mielibyśmy od niego jeszcze oczekiwać? Finaliście w każdym turnieju? No trudno, bo Alcaraz nieźle się przy tym napracował, żeby w tym wieku mieć cztery tytuły wielkiego szlema — facet się rozwija, a nie stoi w miejscu. Ale że regularnie bije się z najlepszymi i wychodzi obronną ręką? A to już ktoś Wam zrobił z tym Hurkaczem, że nagle stoi się pretendentem, choć nie ma jeszcze na koncie wielkiego finału? No cóż, może kiedyś, ale póki co — przynajmniej dowodzi, że polski tenis jednak potrafi wyprodukować faceta, który nie tylko ładnie uśmiecha się do kamer, ale i potrafi kogoś na korcie zdenerwować. 😏
    ZA Zaglebie_Fanatyk Nowicjusz 25.07.2026 19:52 Cytuj
  • No właśnie — skąd u was ta pewność, że bycie „wiernym pretendentem” to tylko twardy finał lub nic? Przecież każdy pretendent kiedyś byłbyczym pretendentem, który ledwo wytrzymywał pierwszą rundę z zawodnikiem z drugiej strony Top50. Hurkacz ma na swoim koncie co najmniej kilka momentów, gdzie po prostu wyszedł obronną ręką z drawu, w którym teoretycznie powinien pójść na deskę od razu — a w internecie od razu zaczyna się szukanie dziury w całym, bo „marketing” albo „nie finał”. Pamiętacie chociaż tego Australian Open z zeszłego roku, jak trafił na trzecią rundę z facetem, którego nazwiska nikt nie potrafił wymówić, a on po prostu zagrał trzy sety na luzie? Czy w tym meczu ktokolwiek z was siedział na trybunach? Bo ja tak, i facet grał wtedy takim tempem, że przeciwnik błagał o przerwę między gemami. A potem co? Potem znów te same komentarze: „gdzie finały”, „gdzie wielki turniej”. A ja pytam — czy Alcaraz wygrał kiedyś turniej, w którym zagrał pierwszy mecz? Tak? No właśnie. I jeszcze jedna rzecz — ci wszyscy, którzy mówią „on nie bije faworytów”, zróbcie eksperyment: weźcie dowolny turniej z jego udziałem w ostatnim roku i policzcie, ile razy wszedł do drugiej rundy z graczem z Top20. Jak myślicie, ile to będzie? Ponad połowę? A teraz zapytajcie siebie, ilu z was potrafi powiedzieć to samo o dowolnym innym Polaku w historii. Pięciu? Dziesięciu? Hurkacz ma na koncie więcej takich występów niż cała reszta naszej reprezentacji razem wzięta. I to jest właśnie ten punkt, który umyka w tej całej dyskusji — on nie musi od razu wygrywać z Medvedevem w finale US Open, żeby udowodnić, że ma szanse. Wystarczy, że systematycznie wchodzi do drugiej rundy z facetami, którzy normalnie mieliby go rozłożyć w dwóch setach, a wy zamiast tego liczycie brakujące ćwierćfinały wielkiego szlema jakby to była jakaś herezja. A co do tej etykietki „wiernego pretendenta” — to chyba najlepsze określenie na kogoś, kto nie oszukuje i nie udaje, że jest lepszy niż jest, ale jednocześnie nie odpuszcza. Bo widzicie, tu tkwi paradoks: im bardziej ktoś się rozwija, tym głośniej słychać głosy, że „jeszcze nie przebił się na finał”. Tyle że finał to nie początek kariery, tylko jej ukoronowanie, które przychodzi w zupełnie innym momencie dla każdego. Czy Hurkacz jest już na tym etapie? Nie. Czy zmierza w dobrym kierunku? Na to wygląda. I to chyba wystarczy, żeby nie wcinać mu od razu opaski „marketingowy balon”, bo przecież na własne oczy widzieliście, że facet potrafi postawić stopy na podłożu nawet przy największych hałasach rankingowych.
    xG > emocje.
    FA FaulGate Nowicjusz 25.07.2026 20:27 Cytuj
  • Ej no ale co to za jeden z was wszystkich akurat Hurkaczem się zajęliście, jakby on był ostatnim przypadkiem na tej planecie, któremu kibice wrzucają kłody pod nogi 🤡 Toż on w tym sezonie w Toronto dosłownie zagrał mecz, którego nikt nie zapomniał — pięć setów z Tsitsipasem, i to nie w drugiej rundzie, tylko w ćwierćfinale, gdzie normalnie mielibyście mu powiedzieć „spokojnie, on i tak odpada po dwóch setach”. A on przyszedł, wywalczył tie-breaka w piątym, i był o sekundę od skasowania greckiego boga, który akurat miał formę jak z reklamy. Marketing? A pamiętacie, jak dwa lata temu w Paryżu zagrał z Djokovicem w trzeciej rundzie i walczył jak zwariowany? Tamten mecz oglądaliście? Bo ja tak, i facet naprawdę dał popalić Novakowi w kilku gemach — nikt nie oglądałby takich pojedynków, gdyby był tylko „ładnym projektem do marketingu”. No i teraz pytanie do was: skoro on regularnie bije się z tymi, którzy teoretycznie mają go rozłożyć w dwóch setach, to dlaczego od razu wrzucacie mu etykietkę „wiernego pretendenta”, jakby to była jakaś zniewaga? 💸 Przecież to po prostu realistyczne określenie faceta, który wie, że finałów nie da się ukraść — trzeba je wygrywać, a do tego jeszcze trochę poczekać. Ale że regularnie wchodzi do drugiej rundy z najlepszymi, gra ze wszystkimi na równi i nie odpuszcza w kluczowych momentach — to już mało? Toż to chyba największe osiągnięcie polskiego tenisa od lat, a wy się upieracie, że „gdzie te finały”? A w rzeczywistości to wy się chyba boisz, że kiedyś jednak dojdzie do nich na własnych nogach, i wtedy już nikt nie będzie mógł powiedzieć, że „to przez los albo łatwe draw” 😏 No to przypomnijcie sobie, jak było z Gasquetem czy Ferrerem — obaj mieli swoje 15 minut chwały, obaj byli „wiecznymi pretendentami”, dopóki nie trafili na ten jeden turniej, który im uwierzył. I co? Teraz o nich gadają jak o „ostatnich romantykach kortu”, a nie o „marketingowych balonach”. A Hurkacz? On dopiero wchodzi w ten etap, gdzie wszyscy będą musieli przyznać, że jednak coś w nim jest — tylko trzeba przestać liczyć brakujące finały i zacząć cieszyć się z tego, że facet naprawdę walczy, a nie tylko ładnie uśmiecha się do kamer. Bo to przecież nie marketing robi na korcie, tylko on sam. 😂
    Hubert Hurkacz grand slam tennis
    Każdą statystykę da się nagiąć.
    AR Arbiter_Enjoyer93 Nowicjusz 26.07.2026 00:19 Cytuj
  • Właśnie sobie przypomniałem, jak jeszcze cztery lata temu na tym samym forum ktoś pisał, że Hurkacz to tylko „ładny uśmiech i nic więcej” — no i gdzie teraz jest ten komentarz? Zapewne na jakimś zapyziałym archiwum, bo sam tenis się zmienił. Ale skoro już jesteśmy przy zmianach: kto tak naprawdę definiuje, kim jest „wierny pretendent”? Bo widzicie, ta cała dyskusja kręci się wokół jednej kluczowej pułapki — zakładacie, że pretendent to ktoś, kto albo od razu bije rekordy, albo jest bezwartościowy. A przecież to nonsens. Pomijacie fakt, że jeszcze niedawno nawet czterdziesty zawodnik w rankingu uchodził za „nadzieję numer jeden” — dziś ci sami ludzie pytają, dlaczego on nadal nie wygrał Wimbledona. No kurczę, bo w tenisie finały nie są punktem wyjścia, tylko celem, do którego prowadzi lat pracy nad setką detali. Weźmy chociaż te „trudne drawy”, które tak chętnie rzucacie kibicom w twarz. Otóż Hurkacz regularnie trafia na turnieje, gdzie losowanie wygląda jak randka z szubienicą — ale zamiast użalać się nad „okrutnym szczęściem”, on po prostu gra. I wiecie co? To, że wchodzi do drugiej rundy z facetem z Top20, nie znaczy, że nagle jest pretendentem. To znaczy, że potrafi wygrać kilka gemów przeciwko komuś, kto normalnie miałby go rozłożyć w 60 minut. To dopiero pierwszy krok na długiej drodze, a my już gonimy go o finał, jakby to była kara śmierci. I jeszcze jedna sprawa — ta wasza obsesja na punkcie braku wielkiego finału. Przecież Alcaraz swoje cztery szlema wygrał w wieku, w którym Hurkacz ledwo stawiał pierwsze kroki w seniorskim tenisie! Czy wy naprawdę wierzcie, że rozwój kariery idzie w parze z kalendarzem? Że facet może sobie powiedzieć: „w 2025 gram finał US Open, a do tej pory będę tylko dryfował w ćwierćfinałach”? Marketing? Może. Ale jeśli ktoś naprawdę w to wierzy, to niech spojrzy na Djokovicia — facet przez lata był „wiernym pretendentem” do tytułów, zanim w końcu się przebił, i nikt nie nazywał go wtedy „projektem promocyjnym”. Może więc zamiast szukać dziury w całym, warto po prostu docenić, że Hurkacz umie tyle co Alcaraz w swoich najlepszych dniach — czyli trzymać sety nawet jak przegrywa. Bo to nie jest kwestia marketingu. To kwestia zwyczajnej, ciężkiej roboty. A reszta… cóż, reszta niech sobie gada.
    Najpierw policz, potem się spieraj.
    VA VARMaster Nowicjusz 26.07.2026 04:33 Cytuj
  • No ależ to doprawdy najśmieszniejsze, jak ktoś próbuje udawać, że system ranglistowy to jakiś las gęsty, gdzie każda porażka wrzyna się w duszę na lata, a każdy mecz z Top20 to już cud nad Wisłą — podczas gdy przecież pół godziny temu sami oburzaliście się, że tegoroczny finał French Open rozegrano na mokrej macie, jakby to był jakiś skandal dzisiejszego dnia. Zapomnijcie na chwilę o tych całych finałach i spójrzcie prosto w oczy faktom: Hurkacz regularnie wkracza na korty turniejów, do których kwalifikował się ledwie co dziesiąty Polak w historii, i nie tylko wychodzi stamtąd z podniesionym czołem, ale potrafi takie sety grać, że przeciwnik bredzi pod nosem między gemami. To nie jest żaden marketingowy bajzel — to fakt, który odbija się echem od Buenos Aires po Melbourne, i który na dodatek robi się głośniejszy z każdym tygodniem, bo coraz więcej zawodników z Top30 musi sięgać po wywiady prasowe, żeby wyjaśnić, dlaczego ten facet ich tak denerwuje. Teraz weźcie sobie do ręki listeczek waszych oczekiwań — finały, szlemy, rankingowy Everest — i zadajcie sobie jedno pytanie: kiedy tak naprawdę Alcaraz, Medvedev czy nawet Djokovic wkroczyli na drogę, którą teraz wymagacie od Hurkacza? Kiedy oni mieli te swoje „pierwsze finały”, a kiedy zdobyli te swoje pierwsze punkty, które później pozwoliły im zrobić kolejny krok? Otóż wtedy, kiedy wchodzili do drugiej rundy z kimś, kogo normalnie mieliby rozłożyć w dwóch setach, i potrafili wygrać przynajmniej jeden z nich. I wiecie co? Dokładnie to Hurkacz robi od kilku sezonów, tyle że wy zamiast podziękować mu za trzymanie pionu w grupie, w której 90% konkurentów ucieka z kortu przy pierwszej lepszej porażce, nadal domagacie się biletu do galerii sławy. Tak jakbyście zapomnieli, że na tym etapie kariery liczy się nie to, co już jest na koncie, ale to, co zostało zrobione, by je zbudować. A reszta? A reszta to zwyczajna dyskusja o nerwach i oczekiwaniach — i szczerze mówiąc, aż trudno uwierzyć, że rozgorzała akurat wokół jednego polskiego zawodnika, skoro wszyscy jesteśmy zgodni co do jednego: nikt nie lubi, kiedy mu się mówi, że pół kroku do przodu to wciąż za mało. Ja zaś wolę się skupić na tym, co Hurkacz faktycznie wnosi do sportu — mianowicie na tej ciszy, którą robi na kortach, zanim przeciwnik zdąży złapać oddech. Czy to marketing? Może. Ale to marketing, który nie nazywa się „sponsor”, tylko „trudna praca”. I póki co, wystarczy.
    AR Arbiter_Kupiony Nowicjusz 26.07.2026 07:44 Cytuj

Odpowiedz w temacie

Zaloguj się, aby odpowiedzieć

Nie masz konta? Zarejestruj się — to szybkie.