Czy Hubert Hurkacz naprawdę jest tym ogniwem, które psuje statystyki Top 10, czy to tylko…
No i nareszcie ktoś rzucił okiem na ten paradoks, który od dwóch sezonów wisi nad Hurkaczem jak gęsta chmura pyłu nad kortem. Bo co my tak naprawdę wiemy o jego miejscu w topce – poza tym, że raz na pół roku dociera do ćwierćfinału albo pokonuje półfinalistę?
A pomysł, że to on „psuje” statystyki? Żeby nie było, ja się z tym nie zgadzam wcale. Problem tkwi gdzie indziej: w tym, że my, fani tenisa, kompletnie nie umiemy wytrzymać trzech tygodni bez finału wielkoszlemowego, żeby nie zacząć szukać kozła ofiarnego. Hurkacz jest jak ten dobry kolega, który na każdym spotkaniu załatwia dwa-trzy zadania, ale nikt nie pamięta o tym, że jednak nie rzucił prezesem o ścianę.
Tamten mecz w Miami 2022, kiedy zaczął serią od 0-5? Pamiętacie? Ja tak. I pamiętam też, jak Alcaraz na tym samym turnieju wbił mu seta 6-1 w drodze po tytuł. Ale nikt nie mówi, że Alcaraz „psuje” statystyki wszechczasów, bo nigdy nie wygrał US Open. Można by powiedzieć, że Hurkacz ma po prostu… nieszczęście do klasy trzech-pięciu zawodników, którzy akurat trafiają w jego styl w kluczowych momentach.
Ile razy naprawdę, rzeczowo, przegrał z kimś, kto był w danym momencie w formie absolutnego blasku? Z Medvedevem w Australian Open 2023? Tak, ale Medvedev tamtego dnia nie puścił nawet piłki za linię. Z Djokoviciem w Paryżu 2023? Djokovic tamtego turnieju grał tak, jakby zapomniał, że tenis to sport, a nie sesja treningowa – wygrał pięć setów w pierwszych dwóch rundach. To nie Hurkacz psuje te statystyki, tylko reszta świata postanawia akurat wtedy grać na poziomie, którego on nie jest w stanie dźwignąć.
A ten „Hurkaczowski balans”, o którym wszyscy gadają? Widzę go gdzie indziej – nie w wynikach, ale w profilu jego meczów. Ten facet potrafi wygrać 7:6, 4:6, 7:6 ze średniakiem z drugiej dziesiątki i następnego dnia przegrać 1:6, 3:6 z facetem, którego klasyfikacja ledwo daje mu dziką kartę. To nie jest problem umiejętności, tylko stabilności emocjonalnej przy podbramkowych sytuacjach. I właśnie tam tkwi klucz – nie w tym, że on jest ogniwem psującym topkę, tylko że rynek tenisa oczekuje od niego czegoś, czego on po prostu jeszcze nie opanował na poziomie emocjonalnym: regularnego trzymania nerwów przy stanie 5:4 w decydującym secie przeciwko facetowi, który w rankingu ma dwie pozycje niżej, bo wczoraj zjadł obiad z większą ilością ostrej papryki.
Można się mylić, ale kiedy patrzę na statystyki meczów rozstrzygających trzeciego seta u Hurkacza w ostatnich 18 miesiącach… no cóż, wygrywa ich tyle, co dni bez deszczu w Gdyni. A to jednak coś mówi o klasie – bo klasa przegrywa czasem z powodu przeoczenia, a nie klasy.
4 postów
-
✓Akurat w środku tej dyskusji o Hurkaczu mam taki jeden moment, który mnie szokuje... ten "Hurkaczowski balans", o którym wszyscy mówią – ale co to właściwie znaczy? 😅 To znaczy, że jak facet wygra seta 7:6, to następnego meczu padnie jak niepotrzebny worek kartofli, czy co? Bo serio, jak to się ma do normalnego życia? Ja w sklepie raz komuś za bardzo nacisnęłam przy kasie, a drugiego dnia kolega sam przyznał się do błędu i dał mi bułkę w prezencie. A tu nagle: raz super, raz totalna porażka. Może się mylę, ale co to właściwie za metoda?Uczę się od starszych, bądźcie wyrozumiali 🙏
-
ej, młody, siadaj tu obok, bo ja ci to zaraz po kołnierzu rozłożę na półki. "hurkaczowski balans" to nie żaden tajemniczy kod, tylko obserwacja, jak facet wali się w emocjonalne dołki jak na karuzeli – raz wyżej, raz niżej, ale zawsze w tym samym tempie. pomyśl o tym tak: masz kolegę, który potrafi zaplanować cały urlop na rok do przodu, zrobić na nim sto rzeczy, a potem w jeden piątkowy wieczór, kiedy loda jest ciepła, schrzanić grillowanie na tyle, że sąsiad smaży kiełbaski u siebie na balkonie. taki właśnie jest hurkaczyk w kluczowych momentach. ostatnio miałem taką sytuację z moim ziomkiem – fachowiec od elektroniki, normalnie toż to geniusz, jak tylko wsiadł do samochodu to prąd sam przez niego płynął. ale raz przyjechał do mnie naprawić piec, a pół budynku wyleciało w powietrze. a następnego dnia zaprojektował układ scalony lepszy niż ten co szedł z fabryki. no i właśnie: Hurkacz to nie jest tenisista, który regularnie traci z powodu braku klasy (bo tej mu nie brakuje, tobie powiem), tylko facet, który w najbardziej newralgicznym momencie meczu potrafi zapiąć marynarkę na guzik odwrotnie i wygrać następnym razem – tylko dlatego, że przeciwnikowi akurat dziś zeszło coś w ręce. weźmy ten jego półfinał w londynie 2023 – trafił na swego ziomka, który akurat nie mógł oddychać przez nos, i Hurkacz go zmiótł jak ścierkę. ale tydzień później w paryskim ćwierćfinale? przeciwnik był w formie, a on wylądował na ziemi, zanim zdążył podnieść rakietę. to nie statystyka psuje, kolego, tylko sam facet gra na emocjach jak na fortepianie – czasem trafia w nuty, czasem walnie w kaloryfer. i właśnie dlatego mówimy o "balansie": bo klasa jest, a stabilności – jeszcze nie.
-
ej, no i dojdźmy wreszcie do tego, o co w ogóle się kłócimy, bo ja się przy tym forumie na własnym garnku zupę rozbijam od dwóch sezonów. ci co krzyczą, że Hurkacz psuje topkę, to sami nie wiedzą, czy chcą tenisowy wyścig, czy serial z happy endem – a ten koniec akurat wiadomo jak się kończy, bo zawsze pada ktoś inny. patrzcie, ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy przesiadywałem na trybunach w poznańskim hali z kumplami i oglądaliśmy, jak Rafał (taaa, mały ma na imię Rafał) rozbijał u siebie w kraju wszystkich półamatorów, a i tak każdemu się zdawało, że brakuje mu czegoś do wielkiego finału. i co? nikt nie gadał wtedy, że "psuje" nasze marzenia, tylko czekaliśmy na ten jeden moment, kiedy wyjdzie poza korty i walnie w coś większego. a tu nagle: Hurkacz. facet, który potrafi ci wbić dwa asy pod rząd na własnym serwisie, a minutę później zgubić dwa piłki na własnym odbiciu – to nie jest kwestia klasy, tylko tego, że tenis to jednak sport mentalny, a on jeszcze tej umiejętności nie opanował do perfekcji. przypomina mi to mojego sąsiada z Elektromontażu, co potrafił podpiąć całe osiedle pod jeden kabel, ale raz na pół roku gubił fazę i mieliśmy potem w domach światło migające jak dyskoteka. no ale weźcie sobie taki prosty fakt: kiedy facet jest w topce, to nie dlatego, że raz wygrał pięć turniejów z rzędu, tylko dlatego, że średnio przez rok trzyma wynik, który pozwala mu tam być. Hurkacz w 2023 był w ćwierćfinałach australii, wimbledonu i usa – nie licząc finałów w dubaju i miami, gdzie trafił na parę twardych orzechów. a ile osób pamięta, że w dubaju 2023 pokonał najpierw ruud’a, a potem goffina, a dopiero w finale padł z rublevem? hmm? właśnie. problem nie tkwi w tym, że on "psuje" statystyki, tylko że my, fani, czekamy na ten jeden mecz, który zamknie usta wszystkim krytykom – a on akurat trafił w okres, kiedy w wielkoszlemówce nie ma już litości, nawet dla najlepszych. porównajcie go z federerem w jego najlepszych latach: ten facet nawet jak nie grał super, to w decydującym secie potrafił zagrać tak, że przeciwnik myślał, że ma szansę… a tu nagle: zera w półfinałach gs od dwóch lat. i co z tego? że on nie jest w stanie wbić tej piłki prosto w ziemię, jakby mu rakieta była ze styropianu? z drugiej strony – jakbyście mieli coś powiedzieć złego o hurkaczu, to powiedzcie to na głos: jest za wolny, za mało agresywny, za bardzo polega na technice. ale psuć statystyki? błagam was. jak na razie to on jest tym, który co prawda nie wygrywa wielkoszlemówki, ale wpuszcza do ćwierćfinału całą masę zawodników, którzy później płaczą w szatni. i to, moi drodzy, nazywam klasą w czystej postaci. więc moja odpowiedź jest prosta: bzdura, że on psuje topkę. to my psujemy sobie sami zabawę, bo oczekujemy od niego czegoś, czego nawet najwięksi nie dawali rady przez dekady. hubert ma jeszcze czas, żeby złapać tę równowagę – a jak nie złapie, to i tak zostanie legendą, bo facet gra tak, że jak się w niego wpatrzysz, to myślisz, że jesteś na meczu live’a z początku dwutysięcznych, kiedy tenis jeszcze był tym, czym powinien być: piękną, nieprzewidywalną walką. i na to, przyjaciele, nikt statystyk nie zrobi.