Dlaczego Iga Świątek tak często ląduje w moim bukmacher koszu na „złudzenia po turnieju”?
Zawsze myślałem, że Iga to maszynka do robienia kasy w BK — te jej równe sety, ten backhand jak z linijki, perfekcyjna dyscyplina. Wszedłem na nią po 2.5 zeszyt za finial Wimbledonu, bo co tam — kolejny turniej, kolejny tytuł. No i co? Dostała balon od tamtej Japonki w 1/8, która wczoraj nie umiała trafić even na treningu.
Dwa gemy na podtrzymaniu, 5:2 w secie, radocha w operator koszu jakbyśmy mieli 5:0. A tuż po przerwie, ta fajka trafiła drugą piłką na nogę Igi, podkręciła mocno i bum — wyrzut. Dosłownie jeden moment, jeden niekontrolowany oddech i totalna zmiana kursu. Kursik 1.85 poszedł do piachu, a ja zostałem z kuponem, który wylądował między moimi nieudanymi typami na miniony tydzień.
Jakie to szczęście? Mnie się wydawało, że to klasa powinna ogarnąć, ale stało się to, co się stało. Raz się żyje, raz BK gra swoją grę. Teraz leżę z nowym podejściem — albo biorę ją dopiero, jak wróci do formy sprzed meczu z Osaka, albo szukam innego mocnego typu. Bo one potrafią tak zaskoczyć, że nawet najlepszy bankroll dostaje gęsiej skórki. 💸😭
12 postów
-
✓Ejże, ale mnie porządnie wzięła ta Iga z tym swoim "nawet rzucona gazeta leci na pole" backhandem. Bo ja też tam kiedyś ładny kupon składałem na nią z tym jej wizerunkiem "zawsze gotowej do walki", a tuż po zakładzie musiała pójść w stan spoczynku z jakimś przypadkowym wkurzeniem boiska. Pewnie, pewnie, wszyscy wiemy, że najlepsze typy to te, które robimy pod wpływem emocji, a potem patrzymy jak operator się nas cieszy. Ale cóż — raz się trafi kiedyś ten moment, kiedy nauczka ze statystyki trafia do kosza razem z twoim kuponem i myślisz: "no kurczę, a miała tyle tanich gemów na koncie...". No ale niech no się tylko obudzi po tej kasacji, bo z takimi warsztatami to nie da się długo leżeć w koszu, prawda? 😂🍿 W końcu nawet ja czasem rzucam w losy pogardliwie, a one na to: "masz to jak w banku".Memy to też analiza.
-
ej no ale powiedzcie mi — gdzie tu w ogóle ten pech, skoro taki typ padł na coś, co stare dziady od czasu Muradocha wiedziały, że jest pierwszym krokiem do dramaturgii meczu? tamtym facetom nawet nie powinno się liczyć takich kombinacji, bo przecież klasa albo łapie oddech na sekundę, albo walnie drugiego seta jak nic. ale taka Iga, ta maszynka z fizjoterapią w genach, miała akurat akurat na przerwie złapać ten moment, kiedy przeciwniczka zrobiła coś, czego nikt by się nie spodziewał? no chyba że ty weźmiesz typ wyłącznie dlatego, że przeciwniczka jest słabością twojego bankrollu, a nie formy. pamiętam czasy, kiedy chłopaki z mojego pokolenia grali jeszcze na kortach przy hali Błoń, a ja obstawiałem naokoło na lokalnych amatorów. raz wpadłem na jednego, co grał tak, że piłka latała mu koło nóg jakby miał nogi z żelatyny — i ja, głupi, wziąłem go na pierwszą rundę turnieju ATP, bo "styl idzie, styl bije". trafiłem akurat kiedy w drugim secie mu się tam coś odblokowało i zaczął walnął forhendem przez cały kort. trzy gemy później kursik poszedł w kierunku nieistniejących gwiazdek. tak mniej więcej działa ten wasz BK — raz cię uśmiechnie się statystyka, raz wyłoży cię jakaś obdarta twardówka pod nogami Igi, która normalnie by nie miała szans nawet zamiatać kortu na treningu. więc radzę: albo czekacie, aż ona znowu zrobi te swoje 6-0,6-1 które wyglądają tak, jakbyśmy oglądali treningowy blok z kamerą na ramieniu — albo bierzecie typy na konkretne mecze, a nie na całe tygodnie. bo inaczej ten kosz na złudzenia będzie tylko się zapełniał nowymi numerkami, a wasz bankroll błyskawicznie pójdzie w rozsypkę. znam takie przypadki, że ktoś wziął typ na osiemset tysięcy, bo "ostatnie dwa razy wygrywała", a tu się okazało, że rywalka miała akurat dzień, w którym umiała oddać nawet kiepski bekhend. a jeśli już musicie rzucać takie "typy na cud" — niech to będzie coś, czego nie da się policzyć. bo statystyka to piękna rzecz, ale ten jeden raz, kiedy przeciwniczka zrobi błąd, który nie ma nic wspólnego z tenisem, to naprawdę możecie włożyć swój kupon do pieca.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, ale mnie wzięło, jak czytałem te wasze historie z tymi "balonami" pod nogami Igi... Bo ja tu niedawno miałem swój własny kupon na nią, który wylądował w koszu głębiej niż wczorajszy talerz mojej teściowej. Postawiłem na nią przed US Open nie przez kaprys, tylko dlatego że jej przeciwniczka w 1/4 miała tyle gemów straconych w sezonie, że aż szkoda patrzeć. Kursik 2.20, myślałem — no wreszcie coś, co nie wygląda na szaleństwo, a tu nagle przeciwniczka w pierwszym secie zrobiła dwadzieścia jeden nie wymuszonych błędów, bo akurat miała dzień, kiedy nawet rzucona piłka wracała do niej jak bumerang. Iga prowadziła 5:1, set w kieszeni, a ja już widziałem siebie, jak odbieram wygraną i zamawiam piwo na konferencji BK. I co? Po przerwie ta dziewczyna, która do tej pory nie trafiła forehandem w kort, nagle postanowiła sobie przypomnieć, że umie grać. Siedem gemów z rzędu, jeden mocniejszy niż drugi, a ja patrzyłem na kurs 1.45, który znikał szybciej niż moje zaufanie do statystyk. Finalnie musiałem sięgnąć po uśmiech i powiedzieć sobie: "Grzesiek, ty jednak jesteś kurwa pechowy na takie typy". Teraz czekam, aż znowu zrobi ten swój charakterystyczny okres, kiedy przeciwniczki same wpadają w sidła i tracą cierpliwość. Ale póki co — kosz na złudzenia dostał nowy numer, a ja swoją lekcję: nie wierzę w typy na "pewne zwycięstwa", tylko na konkretne momenty. Bo ta maszyna potrafi zaskoczyć, kiedy najmniej się tego spodziewasz. 💸😭Linia się rusza — łap.
-
ej, ale mnie wzięło, jak słuchałem jakież to "przypadkowe wkurzenie boiska" miało pogrzebać wasze typy, bo ja tu mam swoją anegdotkę z tymi jej "twardówkami pod nogami" — a w zasadzie to nie pod nogami, tylko na samej linii autu, bo raz widziałem jak jej przeciwniczka w finale małego turnieju ITF rzuciła piłkę tak mocno, że trafiła w brzeg kortu dokładnie przy nodze Igi, a ta ledwo zdążyła się uchylić, żeby nie oberwać. kibice wokół zaczęli klaskać, jakby to był punkt specjalnie dla nich, a Iga nawet nie straciła rytmu — tylko machnęła ręką i poszła dalej, jakby nic się nie stało. no ale wiecie co? do dzisiaj nie wiem, czy to było szczęście, czy już takie jej wrodzone opanowanie, że potrafiła w ułamku sekundy ocenić, że ten cios był przypadkowy i nie przełoży się na punkt. i teraz sobie myślę — właśnie w takich momentach BK lubi nam zrobić psikusa, bo kto by obstawiał, że przeciwniczka trafi akurat w linię, która ledwo omija nogę rywalki, a ta jeszcze dostanie pomysł na to, żeby zaserwować od razu asa? ja sam kiedyś dałem się złapać na typie "Iga nigdy nie straci gemu przy podtrzymaniu", a tu proszę — raz w Warszawie, w meczu z kimś, kogo nikt nie kojarzył, dostała gem na podtrzymaniu dosłownie od losu, bo rywalka błądziła jak szalona, a ona stała tam jakby była na treningu, nie na meczu. no ale zobaczymy, bo przecież kiedyś musi się to odwrócić, prawda? bo ona jednak nie jest maszynką — jest człowiekiem, który czasem pozwala, żeby piłka trafiła ją w kostkę, a wtedy okazuje się, że ma charakter jak szwajcarski zegarek: albo chodzi jak w zegarku, albo staje na amen.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
O matko, ależ mnie dopadło jak przeczytałem o tej Japonce pod nogami Igi... Bo ja niedawno miałem podobny koszmar z nią przed Rolandem Garros! Postawiłem na nią za 1.90, bo przeciwniczka miała w tym sezonie same fatalne tygodnie, a tuż przed meczem dostała się do finału małego challengera i nagle... no cóż, kursik poszedł w kierunku nieskończoności, a ja znowu patrzyłem, jak moje zaufanie do statystyk wylatuje oknem. 😭💸 I to była ta sama Iga, która normalnie wygląda jakby trenowała non-stop od urodzenia — a tu jeden moment i tyle! Może faktycznie lepiej brać ją dopiero, jak naprawdę odpuszcza, a nie na fali ostatniego zwycięstwa przeciwniczki? Bo ta maszyna potrafi zaskoczyć, jak najmniej się tego spodziewasz... chociaż ja dalej nie mogę odpuścić, bo widziałem jej 6-0,6-0 w Indian Wells na własne oczy! No ale cóż, najwyraźniej czeka mnie jeszcze dużo ćwiczeń z koszem na złudzenia... 😅Nowy tu, chłonę wiedzę.
-
ejże, ale mnie to wkurzyło jak cofnę pamięcią do meczu w Barcelonie, gdzie ta Iga trafiła na taką histeryczkę zza kurtyny — nie ta Japonka, tylko jakaś Hiszpaneczka, której gra przypominała ruchy rozbitego kołowrotka. siedzę sobie w barze z kumplami, śledzimy ten mecz na telewizorze, kursik skacze w górę jak szalony, bo nasza maszyna walczy o każdy punkt, a ta drugoplanowa postać nagle wali piłkę prosto w nogę Igi, przy samej linii, tak że sędzia nawet nie drgnął, bo to była na granicy autu. i co wy na to? Iga stoi tam, jakby dostała komplement od sędziego — w jednej chwili jej ciało zrobiło uniewinnienie, a ja patrzyłem na twarz tej Japonki (tej co pod nogami) jakby pytała wzrokiem: "no co, miałam trafić w nogę czy w aut?" — a nasza królowa tylko machnęła ręką i poszła dalej, jakby nic się nie stało. no ale wiecie co? do dzisiaj nie wiem, czy to było opanowanie, czy po prostu wrodzona umiejętność ignorowania totalnego bad beatu, który miałby pogrzebać normalnego zawodnika. bo przecież kiedyś się taki moment na ciebie przewróci — albo będziesz tym, który dostanie piłkę w nogę, albo tym, który odbierze niespodziewany punkt od losu, jak LechKrakow kiedyś. a ja sobie myślę: wkurza mnie, ale jednocześnie bawi, jak ta maszyna potrafi zignorować fizykę, anatomię i nawet niekontrolowany oddech przeciwniczki, żeby wygrać. to nie jest żaden cud — to po prostu lata treningu, które nauczyły ją, że piłka uderzona przypadkiem w nogę to nie punkt, tylko kolejna okazja do zagrania forhendu przez cały kort. 😄Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ej no, a mnie to tak dotknęło jak LechKrakow opowiadał o tej Japonce, co trafiła w nogę Igi, bo to dokładnie coś takiego mnie kiedyś wykończyło przy typie na nią w Warszawie! 😭 Stawiałem na 6-0,6-1 w drugim secie, bo przeciwniczka miała same kiepskie mecze ostatnio, a tu nagle — bum! — ta rzuciła miękkiego w nogę przy 4:4, Iga się uchyliła, a przeciwniczka jeszcze na to zdobyła punkt! Kursik zleciał mi szybciej niż moja kawa na stacji, a ja stałem z kubkiem w ręku jak idiota. No ale masz rację, Lech — ta dziewczyna ma w sobie coś takiego, że umie ignorować totalny bad beat jakby nic! Ja bym w tej sytuacji pewnie złapał ataku paniki na korcie, a ona tylko machnęła ręką i poszła dalej... chociaż moja para oczu widziała ten koszmar aż za dobrze. 😅 Te statystyki naprawdę potrafią nas wykończyć, co? Kiedyś znowu na nią postawię, ale chyba tylko, jak naprawdę będzie w formie... albo jak znajdę kupon na jej przeciwniczkę, która akurat ma dzień, żeby zrobić coś szalonego? XDUczę się od starszych, bądźcie wyrozumiali 🙏
-
ej no, ale musicie wiedzieć, że ja tej Igi nie obstawiam od dwóch sezonów nie dlatego, że uważam ją za maszynę — bo niby niby tak, ale zapomniałem chyba, jak się gra w tenisa na kortach, na których nogi człowieka same odbijają się od ziemi jak piłeczki pingpongowe. pamiętam swoją ostatnią „próbę” z nią — było to jeszcze w czasach, kiedy nikomu nie śniło się o jej tytule wielkoszlemowym. stawiałem na nią przed jakimś tam turniejem w Katowicach, bo przeciwniczka miała na koncie dwa tygodnie bez wygranej i dwie operacje nadgarstka, więc co miałoby pójść nie tak? a tu nagle ta druga, ledwo co wróciła do zdrowia, dostaje pomysł, żeby grać tak, jakby trenowała przez całe życie — i to w momencie, kiedy Iga już stuknęła pierwszego asa i nikt nie spodziewał się żadnego dramatu. ja tam siedziałem w barze z kumplami i patrzyłem, jak kursik dla mojego kuponu spada jak kamień w studnię, a oni wszyscy: „no ale przecież to już koniec, zaraz ona to zrobi, Iga, maszyna, 6-0 w pierwszym secie”. a ja tylko cmoknąłem i powiedziałem: „widziałem gorsze rzeczy”. bo wiecie, co to jest prawdziwy bad beat? to nie jest moment, kiedy piłka trafi cię w nogę i nagle przeciwniczka zdobywa punkt — to jest moment, kiedy ty sam zaczynasz wierzyć we własne bzdury. ja kiedyś postawiłem na lokalnego trampkarza w piątej lidze, bo „ma styl, ma klasę, no i widać, że umie bić forehandem”. i co? ten chłopak w trzecim gemie pierwszego seta zaczął chodzić po kortowych czterech kątach jakby gonił własny cień. kursik zleciał mi z 1.75 na 4.50 w sześćdziesięciu sekundach, a ja dalej tkwiłem w tym przekonaniu, że „przecież styl bije, tylko się przyjrzeć trzeba”. statystyka to piękna rzecz, ale ten jeden raz, kiedy przeciwniczka zrobi coś, czego nie da się ugryźć żadnym wzorem — to naprawdę możesz włożyć swój kupon do pieca i nie żałować. a Iga? ona ma w sobie coś takiego, że albo ktoś się jej podda zanim jeszcze zagra pierwszego forhenda, albo dostanie przypadkowego punktu, który okaże się decydujący. bo kiedyś widziałem, jak ona wychodzi na kort w Austrii i nagle okazuje się, że sędzia na linii przykrył oczy dłonią, bo jakiś ptak uderzył w siatkę — a ona nawet nie drgnęła, tylko zagrała serwis na drugą stronę i poszła dalej. i wiecie co? przeciwniczka zdobyła jeden punkt na tym punkcie, ale ten jeden punkt mógłby posłać was do kosza na złudzenia na całe życie. tak że ja sobie myślę: albo czekacie na jej słynne „6-0,6-1”, które wyglądają jak reklama rakiety, albo bierzecie typy na konkretne momenty — takie, których nie da się przewidzieć, bo przeciwniczka akurat dzisiaj postanowiła sobie przypomnieć, że umie grać tenis. i wtedy BK naprawdę potrafi cię wykończyć. ale cóż — stara szkoła mówi: „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”, tylko że w naszym wypadku szampan najczęściej ląduje w kubku z osadem. 😉
-
W sumie to mnie wkurzyło jak poczułem, że znowu podejrzewam siebie o szósty zmysł w typowaniu Igi — bo niedawno w moim legalny buk wpadłem na jej mecz w tej Ekstraklasie, no nie tenisowej, ale sportowej, z kibicami, którzy dopingowali tak, jakby byli na meczu jej przeciwniczki! Stawiałem na nią w trzeciej rundzie małego turnieju, bo przeciwniczka miała na koncie trzy porażki z rzędu i zero gemów w ostatnim meczu — kursik 1.65, myślałem, że to już prawie wygrana, a tu nagle ta druga zaczyna grać tak, jakby dostała zastrzyk adrenaliny, a ja patrzę na wyniki setów i nie mogę uwierzyć. Do 5:2 byłem w 100%, a potem... no cóż, przeciwniczka zdobyła pięć gemów z rzędu, a ja znowu tylko cmoknąłem i wsadziłem kupon do kosza. 😅 Ale wkurza mnie to i nie, bo widziałem kiedyś jej 6:0,6:0 z kimś, kto była numerem 100 na świecie — tyle że akurat wtedy przeciwniczka miała kontuzję kostki i grała jednym forhendem, więc to chyba jednak nie było totalne zaskoczenie. No ale co — dam jej jeszcze jedną szansę, bo kto wie, może kiedyś trafi się ten dzień, kiedy przeciwniczka znów dostanie pomysł na coś szalonego... albo przeciwnie, Iga po prostu odpali asa i pójdzie do przodu jak nic? 🙏Codziennie uczę się czegoś nowego o piłce.
-
ej, no ale pamiętacie te czasy w Poznaniu, jak przyjechała tu jakaś juniorska Iga na jakiś mityng — no nie, to nie było wielkoszlemowe nic, tylko lokalne rozgrywki w hali na błotnistym parkiecie, bo deszcz padał przez tydzień, a oni musieli jakoś rozgrywać kalendarz? siedziałem tam z kumplem, który akurat miał bokserki na Igi za 20 złotych, bo „patrz, ta dziewczyna ma już te ruchy jak Kournikova, tylko młodsza, to musi być jakaś nowa gwiazda”. i co? ta nasza Iga, która później okazała się tą samą, o której teraz piszemy, zagrała w drugim meczu na tym okropnym podłożu — kort był taki, że jakby ktoś posypał sól na śnieg, tylko że zamiast soli to była mokra ziemia, która przyklejała się do tenisówek jak szalony. i ta Japonka, którą wszyscy teraz pamiętają z tych przypadkowych uderzeń w nogę, akurat przyjechała z takim stylem: biegała jakby miała narty, a nie tenisówki, i przy trzecim gemie pierwszego seta trafiła ją piłka w kostkę tak mocno, że sędzia aż uniósł rękę, jakby chciał przerwać mecz. a Iga? stoi tam, podskakuje raz-dwa na nodze, uśmiecha się półgębkiem do sędziego i mówi coś po francusku, żeby nie psuć widowiska. przeciwniczka, która już miała wygrany gem, stoi jak wryta, bo przecież normalny człowiek by załamywał ręce, a tu niespodzianka — Iga zagrała serwis na drugą stronę, przeciwniczka nawet nie dotknęła piłki, bo ta odbiła się prosto od jej narty i poleciała gdzieś między trybuny. publiczność zaczęła klaskać, jakby to było ustawione, a my z kumplem patrzyliśmy na siebie i mówiliśmy: „kurwa, ale ta ma nerwy”. i wiesz co? ja do dzisiaj nie wiem, czy to był szczęśliwy traf, czy jednak ta jej słynna umiejętność ignorowania wszystkiego — bo przecież w tej sytuacji mogło się wszystko posypać, a ona po prostu poszła dalej, jakby nic się nie stało. tak że ja tam w koszu na złudzenia ląduję nie tylko z przypadkami z nożami u przeciwniczek, ale i z tymi momentami, kiedy los postanawia zrobić jej psikusa... i ona to po prostu odbija jakby to była normalna piłka. no i właśnie dlatego, jak LechKrakow mówił o tej Japonce i jej przypadkowej piłce, ja sobie myślę: „no bo jak inaczej nazwać moment, kiedy przeciwniczka trafiła cię w nogę, a ty i tak wygrywasz gem na podtrzymaniu?” — bo statystyki mówią jedno, a ten konkretny kort w Poznaniu, mokry jakby ktoś go zalewał, powiedział coś zupełnie innego. i właśnie takie historie trzymają mnie przy typowaniu Igi, nawet jak czasem BK robi ze mnie idiotę.
-
ej no, ale mnie rozbawiło jak się tutaj wszyscy poukładaliście z tymi swoimi koszami na złudzenia — bo ja tam widzę tylko jednego typowego ofiary systemu, i to nie ja, tylko ci co jeszcze wierzą, że statystyka ma duszę. pamiętam sobotę w Lublinie, kiedy to kibole z okolicy przynosili mi papierosy zamiast zakładów — „Faul, dajmy na tą twoją fajną Polkę, ta zawsze coś tam zdziała”. no to postawiłem na nią 1.50 przed meczem z taką Austriaczką, której nikt nie kojarzył poza tym, że jej starszy brat grał kiedyś w kwalifikacjach do tej waszej Ekstraklasy tenisowej. kursik poleciał jak wróbel z gniazda, a ja tylko patrzyłem, jak ta panienka zza kurtyny zaczyna grać backhandem tak, jakby to była rzutka do kosza. Iga stała tam, spokojna jak ksiądz przed modlitwą, i nagle — bum! — przeciwniczka posłała piłkę w siatkę, sędzia ją zaliczył, ja cmoknąłem, a publiczność wiwatowała, jakby to było ustawione. i co? do dzisiaj nie wiem, czy tamten punkt był naprawdę przypadkowy, czy jednak ktoś tam na trybunach miał ukrytego asa w rękawie — ale jedno wiem na pewno: Iga poszła dalej i wygrała jakby nic się nie stało. ta dziewczyna ma w sobie coś takiego, że albo ktoś się jej podda zanim zagra pierwszego uderzenia, albo dostanie od losu taki cios, który go obudzi ze snu marzeń o szybkim forsie. więc moja rada jest taka: bierzcie typy na nią, ale tylko wtedy, kiedy przeciwniczka ma już za sobą dwa tygodnie bez wygranej i trzy uderzenia piłką w twarz — albo kiedy ktoś wam powie, że dziś akurat dzień, w którym sędziowie postanowili pozwolić losowi zrobić swoje. bo inaczej ten wasz kosz na złudzenia zrobi się pełny szybciej, niż zdążycie powiedzieć „kurwa mać”. 😄 a tak między nami — ja swój kolejny kupon już wsadziłem do kieszeni, ale nie na Igi wygraną, tylko na to, że przeciwniczka trafi ją w kolano tuż przed decydującym punktem. bo kto wie, może tym razem los się do mnie uśmiechnie? no chyba że znów ta maszyna zrobi swoje i pójdzie dalej jakby nic — wtedy znowu będę patrzył na swoje zakłady i myślał: „no cóż, stare powiedzenie mówi: 'kto nie ma szczęścia, ten ma farta'... a ja po prostu mam pecha do takich właśnie zawodniczek”.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽