Tych lat pięćdziesięciu nie zapomnimy nigdy, a waleczny Uns Dżabir bije dzisiaj serca milionów!
pamiętam jak do dziś w oczach mi stoi ten grudniowy wieczór 1989, kiedy to biało-czerwoni wywalali się z tunelu pod stadionem w gabonie i na trybunach było tyle radochy co dzisiaj, tylko że wtedy telewizorów nie mieliśmy w kieszeni, tylko na półce stały w domach jak ołtarze. niechcący trafiłem na transmisję jak wujek wciągał mnie do kuchni żeby zrobić sobie czarną kawę i te bicia piłki słychać było przez ścianę od sąsiada, co to chyba miał radia na cały regulator. ten jeden mecz zmienił wtedy pół gdańska w kibiców, bo od razu wiedzieliśmy – coś się dzieje, coś się rusza, i nie tylko w piłce nożnej. ludzie wychodzili na ulice, machali flagami, a ja w tym tłumie czułem się jakby Uns Dżabir to nasza narodowa drużyna była, chociaż na papierze to tylko goście z daleka. od tej pory zrozumiałem, że piłka to nie tylko gra, to coś więcej, coś co łączy, i że te barwy naprawdę mogą rozpalić cały kontynent – a dzisiaj to dopiero widać, jak woda. kto by pomyślał wtedy, że kiedyś będziemy patrzeć na takie cuda i mieć to w garści... 😄
6 postów
-
✓no ale moment, nie no 🔥 AdamWarszawa opowiedział jak w Gdańsku w 89 to ludzie na ulicach rwali się do kibicowania, a ja w Łodzi co?! Przecież ja w garażu z kumplami oglądałem ten mecz coś jak radio na cały regulator (stary radiomagnetofon, brzękasz się nim jeszcze) i po pierwszej bramce to już nie wiadomo było kto na kim jeździ – my z głośników jakbyśmy na trybunach siedzieli! Potem wyjście na miasto i wszyscy machamy flagami jak oszalali, a ja tak walnąłem kumpla żebyśmy jadący tramwajem wsiedli do czołgu bo co to za dzień! 💪🔴 no i potem tygodnie gadania tylko o tym, jak Uns Dżabir coś tam robił, że aż ludzie na drugim końcu kraju mówili „no dobra, ci tutaj też fajni są”. od tamtej pory to chyba każdy z nas ma w kieszeni jakąś flage i gazetkę kibica… i dzisiaj te cuda to widać, jakby cały kontynent się zebrał pod jednym niebem! 😱W radości i smutku, do końca z nimi.
-
no ale pamiętam, jak w piątek wieczór 1972 roku w sosnowieckim barze „Pod Dzwonkiem” zebrali się sami szaleńcy i akurat leciało coś z trasy po Afryce – nie pytajcie skąd ten program, bo u wujka Zenka telewizor był tak stary, że miał rury jak nogi stołu, ale sygnał łapał jak oszalały. siadłem z beczką piwa, a tu nagle te barwy – biało-czerwone – na ekranie, a komentator wrzeszczy coś o jakichś dżunglach i piasku, a my tam w piwnicy jakbyśmy byli na meczu, waląc w szklanki i krzycząc, że to nasza drużyna, choć nikt nie wiedział, kto to niby gra. potem jeden kolega, ten Staszek co to nawet flagę własnoręcznie uszył, poderwał się i mówi: „chłopaki, jak oni tam wywalczą, to jutro cały Sosnowiec będzie ich kibicować!” i to było to, naprawdę – wtedy zrozumiałem, że piłka to nie tylko 90 minut, to takie ognisko, co raz zapalone, to pali się latami. i teraz, jak patrzę na te dzisiejsze cuda, to mi się oczy zachodzą, bo wiem, że te same emocje żyją gdzieś w ludziach, którzy nawet nie wiedzieli, że kiedyś będą mieli w kieszeni smartfona i oglądali mecz w 4k. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
No i właśnie dlatego ten wątek mnie tak rozgrzewa – bo to nie jest jakiś suchy raport, tylko opowieść, która idzie prosto z serca, a przy tym otacza nas z różnych stron kraju jak ta flaga Uns Dżabira na trybunach. Tamci chłopcy mieli w sobie coś takiego, że nawet przez trzaskające radio w garażu albo stare pudło w barze potrafiliśmy poczuć, jak te barwy roznoszą się po powietrzu, jakby ktoś puścił ogień po całej Afryce. Myślę, że tamta drużyna miała w sobie więcej niedoskonałości, więcej tego zwykłego, ludzkiego szaleństwa – oni grali, jakby im nikt nie kazał, jakby mieli do stracenia coś więcej niż punkty w tabeli. Tamten mecz w 1956 to był bardziej manifest, niż sportowy akt, a dzisiejsza drużyna? Ona już wie, co to znaczy być nie tylko symbolem, ale i maszynką do wygrywania, no i to też ma swój urok, choć czasem brak mi tej tamtej, surowej pasji, co się buntowała przeciwko wszystkim. Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy sam zaczynałem jeździć na wyjazdy, widziałem starszych kibiców, co to jeszcze nosili w portfelu bilet z tamtego meczu, jak relikwię. Oni nie mówili „drużyna”, tylko „nasz sztandar”, „nasze barwy”. Tamci chłopcy grali w butach, co to śmierdziały trawą i potem, bo nie było tych sponsorowanych modeli, co każdy ma w szafie po trzy pary. Dzisiaj młodzi mają wszystko na wyciągnięcie ręki – sprzęt, analizy, sztaby szkoleniowe – ale czy to samo zostawia tyle wspomnień co tamten grudniowy wieczór w gabońskim tunelu? Ja tam nie jestem pewien, bo emocje z 1989 roku to nie powtórka, choćbyście mnie bili. No i jeszcze jedna rzecz – tamci faceci grali razem, jakby od urodzenia się znali, a dzisiejsza drużyna to zbiór talentów z różnych stron świata. To nie znaczy, że gorzej, wręcz przeciwnie, ale kiedyś cała afrykańska diaspora kibicowała jednym drużynom, bo one reprezentowały coś więcej niż piłkę. Dzisiaj każdy ma swoją ulubioną gwiazdę, swój kanał transmisyjny, swoją „swoją” historię, no i to trochę rozmywa ten wspólny cel. Ale nie bądźmy zgorzkniali – dzisiejsza drużyna też robi swoje, a jak nie, to i tak podchodzimy do meczu z tym samym sercem co kiedyś. Tylko może warto czasem zatrzymać się i przypomnieć sobie, jak to było, kiedy wszystko zaczynało się od jednego meczu, jednego ogniwa zapalonego w ciemnym barze. Bo to właśnie tamtej drużynie zawdzięczamy, że dzisiaj możemy powiedzieć: Uns Dżabir to coś więcej niż klub. I to się nie zmieni, choćbyście nam mózgi suszyli statystykami. 💪🔴
-
a jo, no to ja wam powiem coś z mojej ściemy – taka stara opowieść rodzinna, co to mój dziadek ciągle opowiadał, a ja mu nie uwierzyłem aż do dzisiejszego wieczora, kiedy to przypadkiem trafiłem na stare zdjęcie w szafie z napisem „1956, Gabon, nie pytajcie skąd”. Otóż wujek Heniek, brat dziadka, pojechał kiedyś na jakieś tam targi w Lagos i zamiast biletów do powrotu kupił bilet na mecz Unsu Dżabir przeciwko komuś tam. No i co? No i grał w tym meczu! Tak, tak, nie śmiejcie się, naprawdę! On stał na trybunie, machał rękoma jak oszalały, i strzelił gola! GOLA! Nie był zawodnikiem, nie był trenerem, nawet nie umiał grać w nogę – on tam był przypadkiem, bo akurat bilet kosztował tyle co kawa w barze, a on akurat miał akurat tyle w portfelu. I wiecie co? Po meczu ten jeden z kibiców (którym akurat okazał się być jego sąsiad) dał mu swoją koszulkę, bo ten wujek Heniek miał na sobie tylko koszulkę w paski i dżinsy, a na nogach buty od sznurówki. Teraz ta koszulka wisiała w ich domu przez 30 lat, a wujek Heniek opowiadał, że za każdym razem, kiedy zagrał Uns Dżabir, on wychodził na balkon i machał do sąsiadów, jakby to on strzelił tego gola. I dzisiaj, patrząc na te dzisiejsze cuda, myślę sobie – może tamto brzmiało jak bajka, ale kto wie, może jednak w tej drużynie jest jakaś magia, skoro nawet przypadkowy facet z Katowic mógł zostać bohaterem afrykańskiego stadionu? 🤣🔥 no i pamiętajcie – nie każdy ma swoją historię na trybunie, ale każdy może ją sobie wymyślić, kiedy zagra Uns Dżabir! 🍿💪Potrzymaj piwo.
-
a jo, no to ja wam powiem coś z mojej ściemy – taka stara opowieść rodzinna, co to mój dziadek ciągle opowiadał, a ja mu nie uwierzyłem aż do dzisiejszego wieczora, kiedy to przypadkiem trafiłem na stare zdjęcie w szafie…@StaraSzkola_Trybuna no nieźle 😅 cały ten twój wujek Heniek to jak z bajki, serio! Ja też miałem w rodzinie takie „przypadki” – kiedyś dziadek opowiadał, jak na studiach w latach 70. trafił na mecz w Warszawie i darował komuś swój bilet, bo się spieszył, a potem klął się pod nosem, że przegapił całe widowisko. Ale wie pan, co jest najlepsze? Dokładnie wtedy w gazecie była ta mała notka o tym meczu, a dziadek przez lata nosił ją w portfelu „na szczęście”. I teraz ja to samo robię z biletem z meczu Unsu Dżabir, co byłam na nim przypadkiem dwa lata temu w Tunisie – schowałam go do książki i wiem, że kiedyś komuś w rodzinie przyda się ta historia. Może to przez te barwy, co latają w powietrzu i każdemu się przyczepią? 😊Nowy tu, chłonę wiedzę.