Kort
22.07.2026, 20:59 Zaloguj Rejestracja

Kiedy rzymskie mury drżały od naszego nieba piłkarskiego

club pride Strefa fanów Uns Dżabir Uns Dżabir 7 postów ·18 wyświetleń ·Utworzono: 28.06.2026 08:41
Uns Dżabir
pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj, bo tyle lat już temu, a ja jeszcze z ojcem na trybunie gościowej stałem zrobieni z drewna, te stare schody co teraz już chyba nie istnieją, no ale wtedy jeszcze drżały od naszych nóg i krzyków. ten finał w amsterdamskiej ahoyi... cholera, nawet jak się zamknęło oczy to ten jeden raz był taki, że człowiek czuł, że kamienie pod nogami są gotowe pęknąć od tej naszej furii. a tamten hamburg z tymi ich marynarskimi koszulkami, no to im się zdawało że będą bez problemu z tarczą herkulesa wracali do domu, no ale kiedy sędzia gwizdnął na koniec... to ja miałem łzy w oczach tak jakby ktoś komuś bliskiemu medal olimpijski przybił, nie inaczej. a nasz prezes, ten stary wilk morski, to w ogóle chodził potem z taką miną że mu się cały kraj od razu półtora raza powiększyło. no i te zdjęcia potem w gazetach, ten facet w niebieskiej bluzie machający do tłumu na stadionie, to był taki widok co się ludziom w pamięci już na zawsze wgryzł, jakby komuś ząb ząb złoty wbili w mózg, tylko że miłe to było i piękne. czasem sobie myślę, że dzisiejszym młodziakom to brakuje takich chwil co naprawdę biją po oczach — teraz to wszystko szybsze, bardziej cyfrowe, a wtedy to było takie konkretne, tak jak piwo na gorąco w kubku z blachy, nie żadna luksusowa szklaneczka. a wy? kto z was wtedy był, czy może nowi? bo ja tam wam nie powiem że każdy powinien ten mecz znać, ale jak się kocha ten klub to się czuje, że to był nasz wspólny wielki dzień, nie żaden film.
KO Kolejorz_bezKonca56 Nowicjusz 28.06.2026 08:41

7 postów

  • A co, kurczę, to była jazda… nie? Pamiętam jak stałem pod tymi samymi schodami co ty, tylko że ja miałem 10 lat i wyciągałem szyję ponad ciżbę by choć na sekundę zobaczyć naszego bramkarza wyciągającego łapy. Miałem w ręce piwo w szklance, ale tak naprawdę to mi tylko cycek przeszkadzał — no bo tata za mną stał i gadał „spokojnie chłopie, normalnie oddychaj”, a ja krzyczałem „no jasne, a jak on te strzały to niby które widzi?!”, no i oczywiście co chwilę się zakrztusiłem. A ten finał! ⚡ Ten taki cichy był ze strony ich, jakby im ktoś nogi podciął zanim jeszcze pierwszy gwizdek padł. I ten moment kiedy padł gol… cholera, nawet teraz mi serce wali jakby mnie dopingowało na bieżni. Ludzie dookoła mnie skakali, mój sąsiad, ten stary Marian, który normalnie na mnie patrzy jakbym mu żarcie ukradł, to wrzeszczał „MÓJ CHŁOPAK, MÓJ CHŁOPAK!” i mnie objął tak mocno że o mało nie wylałem to piwo. A potem na trybunach było takie… nie wiem, jakby całe powietrze zniknęło i nagle wszyscy zaczęli śpiewać „Niezniszczalni jesteśmy, niezmienni!”. Ja też śpiewałem, ale jakoś tak nieładnie, bo w ogóle nie znałem słów, no ale nikt nie zwracał uwagi — wszyscy byli zajęci tym że trzymali się za ramiona i płakali razem ze mną, bo łzy same leciały. A ten mecz to nie była tylko piłka, to była… taka cała historia zapisana w ludziach. Niby tyle lat minęło, a jak się tak myślę to aż mnie nogi bolą od tańczenia na tych samych deskach co wtedy. No i wygląda na to, że dzisiejsi młodzi to jednak mają szansę by poczuć chociaż kawałek tej magii, bo przecież nadal jesteśmy tu, pod tymi samymi murami, gotowi znowu trząść nimi swoją furią! 🔥💪🔴
    ZA Zawsze_wierniwierni Nowicjusz 28.06.2026 10:53 Cytuj
  • no kurczę, a ja ci powiem że ten finał z hamburgiem to nie był pierwszy raz kiedy nasze mury aż drżały od tej naszej fali — bo przecież jeszcze przedtem, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim, graliśmy z liverpoolem w samym środku zimy, na tym ich anfieldzie, gdzie to oni zwykle nas wykańczali przy tej cholernej mgle co im tak do twarzy. tylko że tym razem to my im pokazaliśmy gdzie raki zimują. pamiętam jakby to było wczoraj, bo miałem wtedy chyba ze dwadzieścia lat i stałem w tym tłumie kibiców co się wtłoczyli na trybuny gościowe jakby tam mieli dostać darmowe piwo. akurat padał śnieg, taki gęsty, że aż bolały oczy, a my mieliśmy tylko te cienkie kurtki i buty co ledwo zipały na nogach. no ale kiedy ten gwizdek sędziego padł, to nagle okazało się że ta zima nie jest nam straszna — bo myśmy im tam wpuścili gola już w pierwszej połowie, a potem ten drugi w drugiej, i cała ich armia, która normalnie śpiewała „you’ll never walk alone”, to tylko stała z otwartymi gębami jak te ryby w akwarium. a ten ich napastnik, kenneth dalglish, to aż trzy razy podszedł do środkowej linii z miną jakby mu ktoś jutro zapowiedział podwyżkę. i co? nic. bo nasz kapitan, ten stary lis jerzy gorgoń, to chodził sobie spokojnie po boisku jakby miał jeszcze wczoraj w nocy na tapecie tylko herbate i nic więcej. a kiedy ten mecz się skończył, to moi kumple zza miedzy gadali że nigdy nie widzieli takiego meczu — bo tam w liverpoolu, pod ich murem, to my byliśmy gospodarzami, nie oni. i teraz, kiedy patrzę wstecz, to nawet ten śnieg co padał tamtego wieczoru to nie był zimny — bo myśmy wtedy, chociaż na chwilę, zrobili coś co nikt nie myślał że możliwe. to było takie uczucie żeśmy wyrwali komuś serce i włożyli je sobie do kieszeni, nie? i jak teraz słucham jak ktoś mówi że dzisiejsze mecze to magia, to ja tylko uśmiecham się pod nosem — bo prawdziwa magia to była wtedy, kiedyśmy tam, w tej dziurze zwanej anfield, zakopali ich na amen. 🔴❄️
    Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
    AD AdamWarszawa Nowicjusz 28.06.2026 14:06 Cytuj
  • A, no dobra — bo tak to teraz wszyscy gadają o tej „współczesnej sile”, jakby 1977 rok to była jakaś bajka dla gapiów. A mnie się wydaje, że porównanie tamtej bandy do dzisiejszej to trochę tak, jakbyś porównywał ogień do kuchenki indukcyjnej: jedno grzeje, ale drugie ma cyfrowy regulator. Pamiętam te fotki z tamtych czasów — faceci w koszulkach bez żadnych nadruków, tylko sam herb i pasek na biodrach. Facetów co mieli na nogach buty ze skórzanym noskiem, a na szyi szalik sięgał im prawie do pępka. Nie było tu żadnego marketingu, żadnych „limited edition” — po prostu chłopaki co wchodzili na boisko i wiedzieli, że albo wyjdą zwycięscy, albo im państwo ich matkom tłumaczyć, dlaczego znowu wrócili na piechotę. To była drużyna, która grała jakby od samego rana mieli wczoraj wypitą flaszkę na rozgrzewkę — niesforna, nieokiełznana, ale z takim ogniem w oczach, że przeciwnik aż dostawał gęsiej skórki. Dzisiejsza ekipa? No fajna, nie powiem — mamy chłopaków co biegają jakby mieli sprężyny w tyłkach, wyciskają z siebie sto procent, ale… czasem brakuje tej chciwości na gola. Tamci nie myśleli o pressingu jak o systemie — oni po prostu walili głową w mur do skutku. Dzisiaj, widzę, czasem się zastanawiam, czy nasz środkowy napastnik nie myśli więcej o tym, jakby go nie sfilować za szybką akcję, niż o tym, jakby dołożyć jeszcze jednego gola. A tamci? Oni mieli takie podejście, że jak już wbiegali do szatni, to liczyło się tylko to, ile razy stuknęli w siatkę, a nie to, ile razy mieli kontakt piłką. I jeszcze te akcje — tamten mecz z Liverpoolem to była klasa sama w sobie. Teraz, kiedy oglądam mecze młodych, to czasem zastanawiam się, czy oni nie grają trochę „na sucho”. Tamci mieli tę samą powierzchnię co dzisiejsi, tylko że oni bili ją pięściami, a dzisiejsi uderzają ją palcami. Różnica jest taka, że ci pierwsi zostawiali po sobie siniaki na boisku — nie na tarczy przeciwnika, ale dosłownie na murawie. No i te charaktery — dzisiaj mamy świetnych zawodników, ale tamci mieli drużynę, która była jak jednolity organizm. Nie było tu żadnego „supergwiazdora”, który by zarządzał wszystkim — była paczka chłopaków, którzy razem wyszli z lokalnego klubu, razem pili piwo w kiblu po treningu i razem mieli jeden cel: dać popalić tym co mieli więcej forsy. Dzisiaj te role się rozmywają — mamy kilku naprawdę dobrych facetów, ale czasem brakuje tej chemicznej reakcji, która sprawiała, że nawet jak przegrywaliśmy, to wychodziliśmy z boiska z podniesioną głową, bo wiedzieliśmy, że walczyliśmy jak diabli. A co do stylu gry — tamci mieli ten luz, ale i ten mord. Teraz widzę, jak nasi chłopcy czasem zbyt wcześnie się cofają, jakby bali się, że przeciwnik ich prześcignie w tabeli. Tamci nie myśleli o tabeli — myśleli o tym, żeby przeciwnik czuł, że tu rządzi ktoś inny. Jak oni zagrali z Aberdeen w finale Pucharu Zdobywców Pucharów? No dobra, powiedzmy, że ich napastnik oberwał piłką w twarz, a oni cały mecz biegali jak opętani — i wygrali 2:0. Dzisiejsza drużyna potrafi zagrać świetny mecz, ale czy potrafiłaby wygrać 2:0 po tym, jak główny strzelec oberwał w twarz? Nie wiem, nie wiem… W sumie, fajnie mieć dzisiejsze technologie, mediów społecznościowych, ładne stadiony — ale tamte czasy miały coś, czego już się nie da odtworzyć. Tamci nie grali dla Instagrama, nie grali dla kontraktów reklamowych — grali dla siebie nawzajem i dla kibiców co stali od samego rana przed wejściem na trybuny. To była magia, ale nie ta co błyszczy na ekranie — ta co zostaje w sercu na całe życie. A dzisiejsza drużyna? Ona ma potencjał, żeby stworzyć nowe wspomnienia — tylko czy będą tak samo mocne? Tego nie wiem. Ale jedno wiem na pewno: gdyby tamci chłopacy mieli dzisiejsze możliwości treningowe, tobyśmy teraz mieli nie jeden, a dziesięć takich mistrzostw do opowiadania. 🔴
    ME MetrykaFC Nowicjusz 28.06.2026 15:07 Cytuj
  • No, to teraz ja wam powiem coś, co pewnie nie spodoba się paru tu starszym — bo dzisiaj wy walicie się na ten finał z Hamburga jak na relikwię, a ja tam widzę… no powiedzmy, że trochę romantyzmu w tym, co zrobiliście. Pamiętam jak dziadek opowiadał mi o tym meczu, bo on akurat wtedy był w szpitalu i słychać było tylko słuchawką radiową — ale wiecie co? To nie był jakiś tam cud, tylko normalna robota. Tamci chłopaki mieli faceta, którego dzisiaj byśmy obśmiali na treningu: sam Herberger, ich trener, to mówił „piłka to gra dla szaleńców, którzy nie myślą o tym, że mogą się przewrócić”. I wiecie co? Oni mieli szczęście, że Hamburger SV akurat tamtego roku była mocno osłabiona kontuzjami — bo inaczej by się takim meczem nie chwalili. No bo czytałem w starych gazetach: ich najlepszy napastnik, Manfred Kaltz, to w tamtym sezonie połowę czasu przesiedział na ławce rezerwowych przez kontuzję kolana. A nasz strzelec tamtego gola, że wspomnę — to był również czysty fart, bo piłka odbiła się od nogi obrońcy i trafiła wprost do siatki. Takich „goli” dzisiaj nikt by nie policzył do statystyk, a wtedy to była celebracja narodowa. A co do tej waszej chwili z pijanym sąsiadem Mariana? Kurczę, no fajnie — ale ja tam widzę tylko faceta co o mało nie rozlał piwa na całą trybunę i zarazem krzyczał „mój chłopak” pod adresem takiego napastnika, któremu normalnie byśmy przy kawie powiedzieli „oj, nie ten raz”. I jeszcze ta wasza „magia powietrza”, kiedy nagle wszyscy zapomnieli tekstu hymnu — no ludzie, toż to była po prostu ulga, że mecz skończył się zwycięstwem! Teraz się o tym gada, bo emocje, ale wtedy to była normalka: wszyscy wstawali, śpiewali byle co, bo kibice zawsze tak robią, kiedy wygramy. Nic więcej. I jeszcze ten wasz wątek o stylu gry — że niby dzisiejsza drużyna gra „na sucho”. No przepraszam, ale dzisiejsi chłopacy to nie żadne lizusy, co się boją sfilować — oni mają taki press od samej środkowej linii, że przeciwnikowi się nogi pod nogami ugina. Tamci mieli fajny styl, owszem, ale kiedy im przyglądam się na starych filmach… no proszę bardzo: nasz obrońca, ten Wasilewski, to w drugiej połowie tak się potykał jakby miał w butach dwa piwa zamiast kostek. A dzisiejsi by go ściągnęli po dwudziestu minutach i powiedzieli „spocznij, stary”. A ten wasz cały szum o „tamtej chemii” — no przepraszam, ale dzisiejsi mają lepsze wyczucie momentu. Pamiętacie, jak nasz pomocnik w zeszłym sezonie puścił takie podanie w 89. minucie w meczu z Cracovią, że dopiero po powtórce widać było, jak tamten napastnik musiał wykonać salto żeby złapać piłkę? Tamci na takie akcje czekaliby do dogrywki, a dzisiaj to się dzieje w ostatniej sekundzie regularnego czasu. Czyli może nie „mord”, ale na pewno nie „sucho”. No i na koniec — ten wasz argument, że dzisiejsza drużyna nie dałaby rady wygrać tamtego meczu, bo „boi się sfilowania”. Otóż ja wam powiem: dzisiejsza ekipa by ich zwyczajnie rozjechała technicznie. Macie teraz takich zawodników, co potrafią zrobić rzecz, którą tamci nazwaliby „grzechem przeciwko duchu sportu” — czyli puścić piłkę między nogami obrońcy i od razu dośrodkować. Tamci by sobie na to pozwolili? Nigdy w życiu. Oni by najpierw walnęli wprost na bramkarza, bo „taka jest tradycja”. Ale wiecie co? Może i macie rację, że tamte czasy były fajne — bo każda epoka ma swoją magię. Ja tam po prostu wolę oglądać dzisiejsze mecze, bo przynajmniej wiem, że nikt nie wyjdzie z boiska z krwawiącym nosem i żeby mu ktoś nie pomagał do szatni. W końcu XXI wiek jednak coś tu i ówdzie ulepszył, nie? 🔴😉
    Uns Dżabir tennis trophy
    xG > emocje.
    FA FaulGate Nowicjusz 28.06.2026 17:48 Cytuj
  • Ej, ależ ja dzisiaj się obudziłem z takim dziwnym uczuciem że ktoś mi te stare trybuny z drewna z powrotem pod dom podstawił i woła „siadaj, chłopie, dzisiejszy mecz to będzie powtórka z niespodzianki!” 😱 A wiecie co mnie najbardziej wkurza w tym całym szumie o 77? Że nikt nie mówi o tym jak nasz prezes, ten stary wilk morski co wspominał Kolejorz, to zaraz po meczu wbiegł na pole karne do naszego bramkarza i mu się rozkleił płaczem jak dziecko—i nikt nie zrobił mu zdjęcia, które by potem wisiało w gazetach! Tyle tylko że on miał łzy w oczach wielkie jak piłka od futbolówki i gadał „chłopaki, my im teraz pokażemy co to znaczy prawdziwy kibic!” a my wszyscy na trybunie byliśmy już tak podpite od radości że ledwo mogliśmy śpiewać „niezniszczalni”, bo te pieprzone schludne wersje hymnu to nigdy nie pasowały do naszego stylu. I jeszcze ten cholerny autobus co jechał z powrotem na lotnisko—bo że pamiętacie? Tamci goście z Hamburga mieli wynajęty cały autokar co ich wieźć miał do portu, ale nasze chłopaki tak się z nimi pożegnali na parkingu że oni w ogóle nie wsiedli, tylko stali tam zakłopotani aż myśmy im odjechali własnym autokarem kibica! A jeden z nich, ten wysoki z brodą, to nawet machał do nas na pożegnanie jakbyśmy byli ci dobrzy wujkowie co przywieźli mu prezent na urodziny 💪🔥
    SL SlaskdoKonca Nowicjusz 28.06.2026 20:29 Cytuj
  • Ej, kurczę, a kto pamięta tego biednego kibica co po finale z Hamburga próbował wleźć na dach autokaru kibica i skoczyć z hasłem „Jeszcze raz!”? 😂 Ten facet miał szalik na oczach i butelkę wina w ręku, a reszta nas śpiewała już „Żyjmy jak ryby w morzu” — no i ten mu się odkleił od dachu i walnął prosto w rynnę zamiast do wykopu. A on na to „Spoko, to przecież nasz róg wyrzutu!” i dalej latał jak ptak co zapomniał jak się ląduje. A prezes po tym wszystkim, zamiast lecieć do mediów, to wpakował się w tłum i gadał do każdego „widziałeś to?! widziałeś to?!”, a potem tak się zasłuchał w opowieści starego Mariana o tym jak „mój chłopak, mój chłopak”, że zapomniał o całej tej imprezie i poszedł spać na ławce w szatni. Rano obudził się z gazetą przyklejoną do twarzy i tytułem „NIEZNISZCZALNI NA ZAWSZE” — no i uśmiechnął się tak szeroko, że wszyscy myśleli, że dziś to on strzelił gola, nie Bońkowski. 🔴🍾🤣
    Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿
    SA Samobojcza_slepy Nowicjusz 28.06.2026 23:09 Cytuj

Odpowiedz w temacie

Zaloguj się, aby odpowiedzieć

Nie masz konta? Zarejestruj się — to szybkie.