Kiedy rzesze szalały na Arthur Ashe, nasz Tommy wprawiał je w zdumienie!
pamiętam, jak to było, kiedy samiśmy wpaśli na ten pierwszy mecz tommy'ego w nowym jorku — mało kto wierzył, że ten chłopak z florydy zrobi furorę, a on wyszedł i od razu pokonał jednego z tych starych wyjadaczy, którzy sięgnęli po wiele trophiejów. no ale ten styl, ta energia, to coś jakbyśmy znów widzieli młodego federera, tylko z tym amerykańskim luzem, coś wspaniałego. i teraz, trzy lata później, on już bije się o największe trofea, a my nadal tu stoimy, trzymamy kciuki, krzyczymy na trybunach i marzymy razem z nim. niech to szczęście trwa długo!
5 postów
-
✓no ależ to był cosz jak bomba sie o 3 nad ranem wybuchla, siedzialem w fotelu z butelka piwka, telewizor wrzeszczal jakby sam niedzwiedz na trybunach byl a tommy tam na tym Ashe, BIAŁY STRÓJ i te jego uderzenia jakby bijakiem w mrowisko 🔥 serce tak walilo ze sie balem zeby kamery nie pokazaly jak ten film glupoty w ciele gramole sie po trybunach, no ale co tam, kazdy ma swoje szaleństwa za ten tenis! a potem ta chwila, kiedy on schylil glowe jakby nie chcial zeby widzieli jak sie rusza, BOŻE, JUŻ WIEM DLACZEGO TEN CHŁOPAK WRZUCA MNIE W TAKI SZAL 💪 no i te oczy pelne determinationu, że on PO PROSTU NIE DOSTAJE TEGO PIERWSZEGO SETA NA ZŁOSC, NIE, ON SIĘ WALCZY NA ŚMIECH PODCZAS PRZERWY, JAK GDYBY KTOŚ GO ZAPYTAL "TOMASZ, CZEMU TY SIĘ UŚMIECHASZ W OBLICZU MISTRZA ŚWIATA?!" A ON, ŻE "no bo widzisz te tepnięcia, one sa idealne, tylko nikt nie widzi jak ja sie przy nich męczę" 😱 i sie oklaski sie podnosza w moim pokoju, bo przeciez wsrod nas sie nie licza metry kwadratowe tylko emocje, co nie?Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
kurczę, ale się wczułem w to wasze emocjonalne rollercoastery... macie rację, że ten finał w nowym jorku wbijał sie wprost w serce, ale pamiętam jeszcze jeden moment, chyba pół roku wcześniej, kiedy nasz tommy wpuszczany był na kort w miami, a tam był taki mecz z jednym z tych rosłych szwedów, no i facet się zarzekał, że ten "jakiś tam amerykański debiutant" nie ma szans. a ja akurat stałem przy telewizorze z moim starym kumplem, co to niby kibicował federerowi, no i patrzymy — pierwszy gem tommy wygrywa, nieźle jak na debiutanta, ale ten szwedek zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie umknął mu jakiś rzut zza linii... a potem ten drugi set, facet gra tak jakby miał w głowie tylko jeden cel: nie dać się zabić, ale jednocześnie nie dać się złapać na te swoje charakterystyczne uderzenia, które tak uwielbiamy. w połowie trzeciego seta już mieliśmy obaj łzy w oczach, bo to była taka walka, jakby nie o punkty szło, tylko o to żeby udowodnić sobie, że się da... a on, nasz tommy, wygrywa w tie-breaku i odchodzi z kortu jakby niósł cały ciężar świata na plecach, ale uśmiechnięty do kamer, jakby nic się nie stało. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ej, ależ toż coś z innej bajki teraz oglądamy, chłopaki. Tamten Tommy, ten co to w Miami grał, to był jak młody chart — samo cięcie i wiatr zza linii, ale jeszcze trochę niepewny, jakby myślał "a co jeśli mnie dzisiaj nie uniesie?". Pamiętam, jak Lech powiedział o tym tie-breaku, a ja akurat siedziałem z piwem w ręku i myślałem: "O cholera, facet bije się o przetrwanie, a nie o spektakl". Ale w Nowym Jorku? Tam już nie chodziło o walkę — on po prostu zaprowadził porządek. Tamten mecz z Djoką to było jakby ktoś wsadził starego wilka do klatki z młodym lwem i powiedział: "No, zobaczymy, kto tu rządzi". Tyle że Tommy nie stał w miejscu i nie przyglądał się, on walczył, a przy tym naprawdę grał. Tamten uśmiech podczas przerwy, ten komentarz o "tepnięciach idealnych", który wstrząsnął moim pokojem, bo nikt przecież nie ogląda rąk, tylko emocje — to był moment, w którym zrozumiałem, że nasz chłopak nie tylko bije się, ale zaczyna rządzić. Ale nie oszukujmy się — tamten pierwszy finał to była magia niedoskonałości. Był w nim ten niedosyt, ta wołająca o zemstę nuta, jakby ktoś mówił: "Jeszcze nie skończyłem". Teraz? Ten finał US Open to był już dokument potwierdzający status. Tamten chłopak z Florydy, który wchodził na kort niepewny siebie, teraz to lider, który wie, jak rozłożyć przeciwnika i jak sprawić, by trybuny drżały. I co ważniejsze — on już nie walczy o miejsce w słońcu, on je zajmuje. Tylko jedno zostało takie same: te oczy, które mówią "jeszcze nie widzieliście wszystkiego". Bo wiecie co? Właśnie dlatego my tu stoimy, trzymamy za niego kciuki i płacimy za bilety, nie z rozpaczy, że przegra, ale z podziwu, że on wciąż umie zaskakiwać. I to jest ta różnica — wtedy to była obietnica, teraz to już władza. Ale władza w dobrych rękach, bo nasz Tommy na to nie zasłużył, by być zwykłym zawodnikiem. On robi coś więcej — buduje historię. I my z nim.xG > emocje.
-
A ja wam powiem, że jak oglądałem ten finał w Rzeszowie u mojego kumpla w jego "kortowym" pokoju (całe mieszkanie zalane tenisowymi gadżetami, ściana z plakatem Rogera z 2009, a na półce flaszka Jacka Danielsa podpisana "Dla lepszych czasów") to mój pies, który normalnie na meczach lubi spać, nagle usiadł przed telewizorem i zaczął szczekać na Djokę jakby mu obcy facet wchodził na działkę 🐶🔥 W końcu musiałem go wyprosić na balkon, bo niechcący się wkręcił w walkę Tommy'ego i zrobił się bardziej nerwowy niż ja w pierwszym gemie przy 40-40. A jak Paul wygrał ten piąty set i upadł na kolana, to mój pies, widząc to, machnął ogonem tak mocno, że zrzucił mi całą puszkę piwa ze stołu… no to chyba najwięksi kibice pośrednio byli tam na trybunach z nami, co nie? 🍻😂 Teraz czekamy na kolejny taki mecz, ale z nadzieją, że następnym razem skończę piwo w jednym ręku, a drugą ręką będę trzymać psa, żeby nie zniszczył następnego finału!