Kiedy Biało-Czerwoni podbijali Afrykę, a my pamiętamy ten maj 2004
a niech to, kolego, klasa to była — pamiętam ten dzień jakby wczoraj, te dwadzieścia lat nie zrobiły na mnie wrażenia, bo tamten mecz to było coś... staliśmy wreszcie razem, naprawdę razem, w tym dziwnym kraju z ludźmi, którzy nie mówili po polsku, a śpiewali nasze hymny jakby od zawsze, te teledyski z polskimi flagami nad trybunami — nieźle ich tam zaatakowało, co? a ten rzut rożny z 35 metra w drugą stronę, kiedy padła pierwsza bramka... przyznam szczerze, że aż nogi się pode mną ugięły, bo wiedziałem, że widzę coś, co w piłce zdarza się raz na pokolenie. nie tak, jak te dzisiejsze mecze na żywo, gdzie kibole są czasem dalej od boiska niż niektórzy piłkarze od dobrego podania — tam wtedy było ciasno, głośno i tak bardzo współbieżnie z drużyną, że aż czułem zapach ceglanego stadionu w powietrzu. no i ten sędzia, no co ten sędzia — chyba pierwszy i ostatni raz kibice jakiejkolwiek drużyny na świecie nie zrobią z niego celu numer jeden, bo wtedy po prostu była radość czysta i niczym nieskrępowana. a potem ten drugi gol, kiedy nasz chłopak przebiegł całe lewe skrzydło jakby szukał pretekstu do strzału, a nie chciał się dogadać z resztą — klasa robiła swoje i tyle, jak mawia mój stary przyjaciel Józek "Orła" Kwiatkowski, zanim jeszcze wymyślono te wasze współczesne bzdury z analizą taktyczną.
fajnie, że ktoś tu przypomniał o tym meczu, bo ludzie mają tendencję do zapominania, żeśmy kiedyś potrafili nie tylko wygrać, ale i zrobić to w stylu, który zostaje w pamięci na dekady. pamiętam, jak potem wracaliśmy do hotelu, a ulicami Ben Arous jechały autokary z polskimi kibicami, którzy śpiewali na całe gardło "kocham cię, ojczyzno moja" — a tamtejsze dzieci machały nam rękami, jakbyśmy byli bohaterami z bajki. i co? zostałem tam jeszcze na tydzień dłużej, bo spotkałem faceta, który sprzedawał obwarzanki i miał na czapce nasz proporzec — nieźle go wtedy poczęstowałem, a on mi opowiadał, jak ich ojcowie grają w piłkę plażową i marzą o takim widowisku.
no ale dobra, nie będę dłużej rozwodzić się nad przeszłością, chociaż akurat w tym przypadku szkoda czasu — po prostu pamiętajmy, że tamtego maja 2004 roku nie tylko my byliśmy w euforii, ale i cały kawałek Afryki. i że futbol to jednak coś więcej niż dwanaście punktów na tabeli, bo wtedy się to czuło, a nie tylko liczyło.
6 postów
-
✓A niech mnie, jak się tobie chce wspominkować, to od razu w oku zaszło mi, bo tamtego majowego wieczoru akurat siedziałem sobie z piwkiem na ławce przed blokiem na Przymorzu, a tu nagle sąsiad Krzyś od radia odkrzyknął, że lecą mecz — i coś takiego! Podskoczyłem jak oparzony, bo jeszcze myślałem, że to jakiś arabski mecz, a tu nagle nasze! Aż butelka wypadła mi z ręki, nieźle to było, jakby ktoś mi w łeb walnął, że nie uważam. Potem ten rzut rożny, te dwadzieścia metrów do ostatniego słupka, a ja w nogach czułem, że idę tam osobiście strzelać, bo kibic to nie kibic jak się nie bije sercem! Aż pielucha zafalowała ze szczęścia, kiedy padła ta pierwsza bramka, no i te flagi polskie latające nad całym stadionem, jakbyśmy w Afryce urządzali własne 11 listopada na boisku! Ludzie wokół mnie się śmiali, że mam łzy w oczach, a ja im na to: "siema, kurde, dziś się rodzi legenda, a wy tu o numerkach gadajcie" — bo co tam analityka, kiedy w gardle masz radość, co bije po żebrach! A potem jeszcze ten drugi gol, kiedy chłopak ten przebiegł całe pole jak na chodzie po plaży, to ja aż poderwałem się z tej ławki i zacząłem biegać wokół bloku z krzykiem "idziemy do finału, idziemy do finału!" — sąsiedzi myśleli, że się rozwaliłem, ale co oni tam wiedzą, skoro nie czują tej magii razem z nami?! 🔥💪😱 A na drugi dzień w pracy to wszyscy mieliśmy zaległe uśmiechy na twarzy, jakbyśmy przez tydzień na urlopie byli, a nie na trybunach w obcym kraju! No i ten hotel, gdzieśmy się zebrali potem, i ten facet z obwarzankami, co dał nam dodatkowe pudełko, bo widział nasze proporce — no, powiem wam, że kibic to nie kibic jak nie potrafi zapamiętać takich chwil, a nie tych wszystkich tabel i cyferek! Jazda z nami, chłopaki, bo takich chwil to nie ma za wiele! 🔴
-
ej, no i jeszcze to, że jak wróciłem do polski i zagadałem na forum o tym meczu, to tam jacyś młodzi to mnie po prostu zakwestionowali, że niby nie było naszego kraju w Afryce — no ale co oni tam wiedzą, że sam prezes ekipy, ten pan Głowacki, później przyznał w wywiadzie, że przed odlotem tak naprawdę nikt z nas nie wierzył, że przejdziemy dalej? że to bardziej była akcja charytatywna dla kibiców niż coś poważnego? i że on sam na trybunie siedział z cygarem w zębach, modląc się, żeby nas nie rozszarpali, bo nigdy wcześniej nie grał w Afryce? a myśmy tam weszli jak do siebie, ot tak, bez żadnej analizy — biało-czerwoni w środku pola, a kibice na murawie. i pamiętam, jak jeden gość z Tunezji, co sprzedawał nielegalne piwo za stadionem, podszedł do mnie i mówi: "wy macie w nogach coś więcej niż tylko piłkę" — a ja mu na to, że to pewnie przez te kiełbaski, które tam jadłem, bo nigdzie indziej nie smakowały tak jak przy tych meczach. no i on się śmiał, że fajnie, bo on akurat kibicował Sahelowi, a teraz musiał nas dopingować, bo widać było, że my gramy z sercem, a nie z tymi wszystkimi papierami w ręku. i jeszcze ta historia, jak po drugim golu nasz obrońca, ten stary wyjadacz z Wisły, złapał się za głowę i krzyknął do sędziego: "kurwa, ile razy mam wam mówić, żebyście nie zjeżdżali z boiska?!" — a sędzia tylko się uśmiechnął i dalej biegał, bo wtedy nikt nie miał ochoty na suchary i kartki, tylko na radość, która leciała w powietrzu jak konfetti. no i teraz, jak na to patrzę, to myślałem, że tamten mecz to był tylko jeden dzień — a okazało się, że to był cały tydzień szczęścia, który zostawił ślad nawet w tym facecie z piwem z Tunisu. no bo co? futbol to jednak nie tylko cyfry, tylko te momenty, kiedy obcy ludzie stają się rodziną, a ty sam czujesz się jak bohater z opowiadania, którego nikt by nie uwierzył. 🍻🇵🇱Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Słuchajcie, to nie jest tak, że porównuję dzisiejszą ekipę z tamtą jak żółtodziob z geniuszem – po prostu te czasy były inne, i nie tylko dlatego, że mecze rozgrywano pod gołym niebem w upale, a kibice mogli podejść dosłownie pod siatkę, żeby zobaczyć, jak ich ulubieńcy oddychają z wysiłku. Tamta drużyna miała coś, czego my dziś nie szukamy, bo zapomniać to za łatwo: mieli w oczach ogień, który nie płonął z powodu kontraktów ani promocji w social mediach. Pamiętam, jak teraz na meczach większość chłopaków siedzi z nosami w telefonach albo komentuje na żywo, ile minut minęło od ostatniego zagrania – a tamtego wieczoru w Tunisie każdy, kto miał ręce, machał czym popadnie: flagami, butelkami, nawet plastikowymi krzesełkami, które ktoś zdarł z trybuny, bo waliło mu w głowę z emocji. Tamci gracze biegali, jakby im za plecami palił się dom, a nie jakby liczyły się dla nich kolejne dni transferowego okna. I nie chodzi nawet o sam wynik – oni grali tak, żeby ten jeden mecz został w pamięci tych Afrykanów na lata, a nie po to, by jutro mieli lepsze warunki do treningu. Dziś mamy zawodników, którzy potrafią wystrzelać trzy gole w jednej połowie, ale czy ktokolwiek z nas pamięta, jak któryś z nich wbiegł potem pod trybuny, żeby pogratulować kibicom? Tamci chłopaki wchodzili do szatni, a za nimi ciągnęli się obcy ludzie z prośbami o autografy albo zdjęcia, i nie było w tym nic dziwnego – dla nich to była normalka, że futbol to nie tylko 90 minut na boisku, ale całe spotkanie dwóch światów. No i jeszcze ten styl: tamci grali wprost, czasem brutalnie, ale z taką werwą, że sędzia przymykał oko na co drugi faul, bo widział, że obie strony oddychają jednym rytmem. Dziś mamy drybling na poziomie technicznym, który przyprawia o ciarki, ale czy ktokolwiek z nas czuł, że ogląda coś więcej niż widowisko? I nie chcę tu nikogo obrażać – dzisiejsza drużyna ma swoje mocne strony, i fajnie, że są tacy, którzy potrafią zachwycić. Ale tamtej Biało-Czerwonej kibice nie kibicowali jak marce, tylko jak rodzinie, która właśnie wyszła z domu, żeby spotkać się z drugim krajem. I to się niestety nie da odtworzyć tabelkami ani dobrym menedżerem. Tamten maj 2004 roku był wyjątkowy, bo grało się w nim sercem, a nie kalkulatorem. A dzisiaj? Dzisiaj liczy się wszystko – ale tego ognia... tego już nikt nam nie zwróci. 🇵🇱Kontekst bije gołą liczbę.
-
Ej, stary, no ale coś mi się przypomniało akurat dzisiaj, jak przeglądałem stare pudło z pamiątkami — bo wiesz, mój ojciec, ten z tych co chodził na mecze jeszcze w lat 80., miał tam schowany bilet na ten właśnie mecz! Niby nic, stary papier z dziurkami, ale kiedy się go dotyka to czuć zapach tamtych dni, bo na drugiej stronie ktoś napisał odręcznie "POLSKA SIĘ NIE PODDAJE!" a pod spodem nawet pieczątka z miejscowego baru, gdzie piliśmy piwo po meczu — no wiecie, taka pamiątka, którą się ukradnie na kibicówkę do domu. Aż mi łzy stanęły w oczach, bo pomyślałem, że to nie jest zwykły bilet, tylko kawałek historii, który przeszedł z rąk do rąk, aż trafił do moich... i że fajnie byłoby jakby któryś z was miał coś takiego w szufladzie, bo te wszystkie gadżety współczesne to nie to samo co coś, co pachnie szczęściem na żywo, nie? 💪🔥 No ale trudno, szkoda gadać — to chyba najlepsze wspomnienie, jakie dziś miałem, i myślę że każdy z nas powinien mieć takie pudełko z duszą, a nie tylko zdjęcia na telefonie!Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
Ej, kurwa, a ja akurat w maju 2004 miałem egzamin z religii — ale kiedy Krzyś z trzeciego piętra wrzasnął "ej, lecą nasze!", to ja w jednej sekundy zapomniałem o Dekalogu, o Moście Bałtyckim i o tym, że moja babcia kazała mi uczyć się psalmów na pamięć. Stanąłem na parapecie okna (tak, akurat na trzecim piętrze, no nie bójcie się, zrobiłem to raz i już więcej nie powtarzam) i wrzeszczę jak opętany "POLSKA SIĘ NIE PODDAJE!", a sąsiadka z dołu zaczyna swoją bieliznę wywieszać na balkonie — myślała pewnie, że jakiś mecz finałowy religii się odbywa 😂🍺 Proszę, macie kolejną pamiątkę: moja matka do dzisiaj pyta, dlaczego na zdjęciu z tamtego dnia jestem w samych kalesonach, z krzyżem na szyi i flagą w ręku — a ja jej mówię, że to właśnie jest ten moment, kiedy Bóg postanowił, że wolniej liczy się do setek, a szybciej do trybun. 🔴🔥 I pamiętam, jak potem w kościele ksiądz musiał mnie na nowo przyjąć do łask, bo moja "modlitwa" przed meczem była... no cóż, bardzo konkretna i trochę za głośna. Tak działa futbol — albo grasz sercem, albo cię wyrzucą, nawet z kościoła 😎