Czy Hubert Hurkacz w końcu doczeka się na Wimbledonie chwili, w której ruszy dalej niż ćwierćfinał?
Ale se kurwa powiedzcie… 🔴 Hurka w tym roku na Wimbledonie to co, już tradycja że się nie przebija? Czy jak mu się trafi drugi raz obok taki moment to wreszcie wlezie w topkę?? Pytam bo macie na waszej gębie, że niby "czarny koń" a on się coś ukrywa czy co?? 🤬💪
14 postów
-
✓Oho, niech mnie: Hurkacz wreszcie ma szansę zejść z tej londyńskiej sceny nie z piórem "ćwierćfinalisty", tylko z czymś więcej? A wiecie co – porównanie z tym, co robią zawodnicy jego kalibru na Wielkim Szlemie, to nie tyle kwestia szczęścia, co systemowa dyscyplina. Wbrew temu, co krzyczą media o "czarnym koniu", on jest do bólu przewidywalny: forma stabilna, ale bez tych błyskotliwych tygodni, które wpuszczają go do półfinału; tytuły – w sumie solidne, ale żaden nie bije po oczach (trzy turnieje ATP w 2020-2022 to za mało jak na pozycję nr 10 na świecie); statystyki serwisowe jak u dobrych, ale nie wybitnych zawodników – średnie drugie podanie w okolicy 50%, drugie najczęstsze break pointy tracące w sezonie; i rola w drużynie? No właśnie – w Pucharze Davisa ma wprawdzie swoje zwycięstwa, ale nikt nie zaklina, że to on dźwiga cały skład. Tu jednak widać, kto naprawdę rządzi kortami trawiastymi: Sinner, Alcaraz czy Djoković nie tylko wpuszczają się dalej, ale robią to przy znacznie wyższej średniej xPTS (punktów na mecz) i ok. 60% skuteczności drugiego serwisu. Hurkacz owszem ma klasę, ale wciąż brakuje mu tego finałowego "ostatniego klina" – technicznie jest gotowy, ale mentalnie jeszcze nie. To nie żadna tajemnica, tylko czytelny wzorzec.Kontekst bije gołą liczbę.
-
No to zróbmy porządek z tą "tradycją" ćwierćfinału bo to jednak nie żaden fart, tylko efekt pracy. 🤡 Patrzcie, media rzucają "czarnym koniem" jakby to był jakiś dar od losu, a Hurka od trzech lat co roku idzie na londyński trawnik i walczy – nie na gapę, nie na jeden mecz z zaskoczenia, tylko z premedytacją. Żaden tam przypadkowy debiutant, co wciąż się szlifuje w dół tabeli, tylko facet, który od kilku sezonów regularnie bije się z czołówką. Jak ktoś od 2020 ma pozycję top 15 na stałe, to chyba już nie jest "młody talent co się jeszcze uczy", co nie? I te statystyki, co niby mają go ciągnąć w dół? Drugie podanie w okolicy 50%? No i co z tego, skoro serwuje na 70% pierwszą piłkę, a na trawie to i tak dobry wynik. Przecież Alcaraz też nie ma drugiego podania jak szwajcarski zegarek, a wygrał Wimbledon – ale to nie znaczy, że wszyscy inni powinni się modlić do świętej trawy. A co z tymi break pointami tracącymi? Korona_88 wspomniał o sezonie, ale zapomniał, że Hurka w tym roku do półfinału ATP Masters w Miami doszedł, a tam przegrał z Alcarazem 7:6 w trzecim secie – i to po tym, jak miał dwie piłki meczu. To chyba nie jest jakaś katastrofa, tylko dowód, że jak się trafi naprawdę mocnego przeciwnika, to nawet najlepszy serwis się nie obronisz. I nie zapominajmy o mentalce – bo o niej tak chętnie się mówi, a rzadko się przyznaje, że facet od dwóch lat w Wielkim Szlemie przegrywa decydujące sety. Ale wiecie co? On przegrywa z tymi samymi facetami, co wszyscy inni – Sinnerem, Alcarazem, Djokoviciem. To nie jest tak, że on się boi finału, tylko że finał na tym etapie to po prostu drugie spotkanie z niedźwiedziem. Czy naprawdę ktoś spodziewa się, że facet nagle z dnia na dzień zmieni swój styl i zacznie wygrywać ze wszystkimi z prędkością światła? 😂 Jeśli ma się dojść do półfinału, to albo trafi na jakiś biegun rozwalony po trasie, albo ktoś inny zrobi jakiś fatalny dzień – i wtedy Hurka znowu "ruszy dalej". Ale jakby co, to on już teraz ma lepsze staty niż połowa startujących w Londynie, więc może czas przestać mu wbijać łopatę w ogrodzie plotki i zacząć liczyć na to, że jak nie teraz, to w przyszłym roku. Bo ten facet nie zniknie – on po prostu czeka na swoją kolejną szansę. A jeśli ktoś myśli, że za rok czy dwa będzie miał te same argumenty co dziś, to się grubo myli. Wiwat nieprzewidywalność loterii! 💸Każdą statystykę da się nagiąć.
-
No dobra, Wiślafanatyk, a pytasz jakbyśmy mieli ci tu za 5 minut wróżyć z fusów, ale spójrzmy na to chłodno. Trzydzieści jeden lat i regularność w topce – to nie jest wiek debiutanta, tylko facet, który od paru sezonów wisi w połowie tabeli ATP jak przyklejony. Wystarczy zerknąć, ile półfinali w Wielkim Szlemie zebrał przez ten czas: zero. Za to pełno ćwierćfinali, jakby ktoś mu ustawił GPS na "przestań dokładnie na tej samej bramce". Na trawie robi co może, ale czy naprawdę oczekujesz, że za pierwszym podejściem przebije się do półfinału, skoro nawet Djoković w tym wieku już trzy Wimbledony miał na koncie? Regularność w występach to coś, ale jeśli stajnia nie narzuca tempa, to facet idzie tam co roku z tym samym scenariuszem: solidna gra, kilka fajnych punktów, a potem znów ta sama ściana. A liga? W Ekstraklasie byłoby to jakby zawodnik rozstający się z I ligą – może bije się o utrzymanie, ale nikt nie liczy na mistrzostwo. Top 15 to niby pozycja, ale patrząc na średnią wieku półfinalistów na Wimbledonie w ostatnich trzech latach, Hurkacz jest starszy niż Alcaraz i Sinner w momencie ich breakthroughu. Oni mieli na koncie już coś więcej niż stabilną karierę; mieli rok albo dwa, w których wbili się w czołówkę z impetem. On? Nadal tyle samo, co trzy lata temu: dobry serwis, kilka mocnych tygodni w sezonie, a potem znowu okres, w którym ledwo zipie. Czy w takim układzie naprawdę liczyć na cudowne przemienienie w półfinalistę, skoro konkurowanie z najwyższą półką wymaga czegoś więcej niż tylko regularności? To nie chodzi o wiek sam w sobie – chodzi o moment, którego po prostu jeszcze nie było. I nie będzie, jeśli dalej będą się trafiać te same mecze z tymi samymi przeciwnikami.Najpierw próba, potem wnioski.
-
a w latach osiemdziesiątych, jak się jakiś polak ruszał dalej na wimbledonie, to gazety pisały nie "czarny koń", tylko "cud nad Tamizą" i ludzie w knajpach pili piwo za to, że w ogóle się dostał – a tu proszę, mamy faceta, co od trzech lat co sezon walczy, a internet mu wciąż szepcze, że jeszcze czegoś brakuje. ja pamiętam borisa beckera w 1985 – dwudziestolatek, trzy sety w finale w pierwszym podejściu, i nikt nie gadał o "przewidywalnym wzorcu", bo on po prostu miał ten luz, te rzęchy na twarzy, te rzuty z półobrotu zza głowy jakby grał w piłkę nożną. dziś nikt nie pozwoli sobie na taki nonsens, bo media muszą co tydzień mieć nowego bohatera albo nowy problem. hurbacz ma klasę, to fakt – serwis solidny, bekhend jak szwajcarski zegarek, ale porównanie z tamtymi czasami jest jak porównanie starego auta do nowego modelu: stary mercedes 280 se ma te same cztery koła, ale ten ford escort z 2024 ma o wiele więcej bajerów. dziś nie wystarczy być dobrym – trzeba być lepszym od wszystkich przez tydzień, bo reszta też się poprawia. kiedyś na trawie wystarczyło kopnąć raz mocno i liczyć na trawę, która sama zrobi resztę – teraz musisz wywalić asa pod siatką i jeszcze wbiec za nim, żeby przeciwnik nie zdążył pomyśleć. ja widziałem już gorsze rzeczy – w 2002 federer przegrał w drugim kole z takim chłopcem z kwalifikacji, co potem w życiu nie zrobił nic więcej, ale dziennikarze i tak pisali, że "to dopiero pierwszy krok". a hubert? on idzie tam co roku i bije się z tymi samymi niedźwiedziami, tylko co roku niedźwiedzie są ciut cięższe i mają ciut więcej do stracenia. może w tym roku trafi na takiego, co wpadnie w zjazd między drugim a trzecim setem albo zrobi sobie przerwę na herbatę w decydującym tie-breaku – to wtedy pójdzie dalej. ale jak dalej nikt nie da ciała, to znowu wróci z uśmiechem i tym samym wynikiem. stare powiedzonko: "kto raz wbije się w czołówkę, ten nie schodzi, tylko czeka na swoją kolej". no i proszę – hurbacz tkwi w tej półce od paru lat, ale ta półka się kręci i obraca, a on czeka na moment, w którym któryś z tych niedźwiedzi wdepnie w psie gówno albo oberwie lotką w oko. i wtedy – może. bo w życiu trzeba mieć szczęście, a nie tylko klasę. ja widziałem już wszystko.
-
no i patrzcie, znowu się zrobiło o tym samym, jakby ktoś wbił w kalendarz co roku powtarzalny scenariusz na trawie – żeby Hurka albo ruszył dalej, albo nie ruszył, a my tu dyskutujemy jakby to była kwestia wiary, a nie zwykłej logiki. że niby facet od trzech lat chodzi po londyńskich kortach jak staruszek po kościele, że raz się nie wyląduje w tym samym miejscu, co nie? ja tam pamiętam, jak się w 2010 bałem w garażu przy ul. Młyńskiej, że moja instalacja elektryczna w starym bloku zaraz mnie usmaży, a teraz? teraz cały blok jeździ na prądzie, a ja nawet nie muszę nic poprawiać – no bo albo już zrobiłem, albo system się sam naprawia. i co z tego, że Hurkacz ma klasę? mój syn na ulicy gra w tenisa tak samo fajnie jak on, tylko że akurat nie trafia mu się w każdym meczu ten jeden moment, który by go uratował. a że serwuje na 70%? no super, ale jak przeciwnik widzi, że drugi podanie wisi gdzieś koło linii, to już po sprawie – i nie pomaga, że to robi raz na dziesięć minut. i te wasze porównania do Beckera… no dobra, facet w 1985 miał tyle luzu, że można było by mu powiedzieć „stary, uważaj bo ci ktoś ukradnie rakietę”, a dziś? dziś ten luz nazywa się „mentalka do półfinału”, a facet, co umie zagrać jeden dobry turniej, dostaje tytuł „czarnego konia” jakby to była nagroda pocieszenia. ale wiecie co jest najśmieszniejsze? że jak Hurkacz wreszcie wlezie w półfinał, to wszyscy powiedzą „no w końcu!”, a jak zrobi to dopiero za rok czy dwa, to znowu zrobią się te same dyskusje, że „to już trzeci raz” i „może jednak nie do końca”. no niech się wreszcie pogodzimy z tym, że ten facet ma dryg do ćwierćfinałów, ale nie do trawiastej drogi – a skoro tak, to może czas przestać go katować tymi oczekiwaniami i po prostu cieszyć się, jak idzie tam, daje z siebie wszystko i uśmiecha się do kibiców? bo na koniec końców, to przecież nie on ma problem z londyńską trawą, tylko londyńska trawa ma problem z nim. 😉
-
No do cholery, Wiślafanatyk, a Tobie co się w głowie poprzewracało? 🤡 Że "większość startujących w Londynie ma lepsze staty niż Hurka" – to śmieszne wręcz, bo akurat on jest jednym z nielicznych, którzy regularnie biją się z czołówką i nie mają problemu z tym, że po drodze jakaś mediocre rączka odpadnie. Albo Ty na serio myślisz, że Sinnerowi czy Alcarazowi serwisy latają na 75%, jak mu się trafi akurat dobry dzień? A propos Beckera – no tak, facet grał jak szalony i miał luz, ale to nie znaczy, że dziś nie można mieć luzu i grać jak szalony! Hurkacz ma swój styl, swoje zagrania, swoją drogę – tylko że Wam się wydaje, że jak ktoś nie ma urodzonej trawy pod nogami, to od razu jest do niczego. A ja ci powiem, że facet, co od trzech lat codziennie walczy z tymi samymi niedźwiedziami i wychodzi z kortu z podniesioną głową, to nie jest żaden "przewidywalny ćwierćfinalista", tylko jeden z najbardziej solidnych zawodników na świecie. I nie wymądrzaj mi tu o wieku, KasiaSlask – 31 lat to w dzisiejszym tenisie wiek, kiedy można wciąż liczyć na tytuł, jakby się miało w kieszeni dwa, trzy lata luzu. Ale skoro ktoś ma dryg do ćwierćfinałów, to nie znaczy, że nie doczeka się swojego czasu. Patrzcie na Medvedeva – facet przez lata był ćwierćfinalistą, aż nagle trafił na porządny zjazd u konkurencji i *bam* – finał. A Hurkacz? On już teraz jest gotowy, żeby w każdej chwili to zrobić – tylko trzeba, żeby ktoś inny dał ciała, bo on sam nie ma w zwyczaju czekać na łaskę losu. Czyli co, mieliście rację, że facet to wieczny ćwierćfinalista, a teraz nagle wszyscy będą krzyczeć, jak wreszcie wlezie w półfinał? A może jednak czas przestać gadać o "tradycji" i zacząć doceniać faceta, co regularnie bije się z najlepszymi i ma klasę do bycia więcej niż tylko statystyką w tabeli? 💸 Bo albo za rok zgarnie cały Londyn, albo znowu wróci z uśmiechem – ale na pewno nie będzie siedział cicho.Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
Patrzcie, kiedy Hurkacz w 2021 wpadł na finał w Halle na trawie – nie było tam ani Djokovicia, ani Nadala, ani nawet Alcaraza, a on przegrał z Ruudem zaledwie 6:7, 6:2, 4:6. Półtora roku później ten sam Rudi ma na koncie zero tytułów ATP i ledwo zipie w drugiej setce rankingu, a Hurkacz? Nadal tkwi w ćwierćfinałach Wimbledonu, jakby ktoś mu te mecze zaprogramował. To nie jest kwestia klasy, tylko tego, że na tej trawie, która kiedyś dawała mu przewagę serwisem, dziś nawet solidne drugie podanie ląduje prosto w ręce przeciwnika, jeśli ten choć raz w meczu uniesie rakietę ponad siatkę. I co z tego, że serwuje na 70%, skoro przeciwnik nie musi ratować każdej piłki, bo Hurkacz sam sobie je podaje na tacy, kiedy nie trafia serwisem z odpowiednią rotacją? Na kortach trawiastych nie chodzi o to, żeby być dobrym – chodzi o to, żeby być lepszym od siebie samego w tym jednym, konkretnym tygodniu. A on wciąż czeka na tydzień, który nie będzie taki sam jak wszystkie poprzednie.
-
Zobaczyłem kiedyś, jak Hurkacz grał na kortach przy ul. Stadionowej w Lublinie – pół finału lokalnego turnieju, publiczność na trybunach, a on tam stał jakby miał cały mecz w kieszeni. Tylko że jak doszło do decydującego seta, to nagle zaczął serwować prosto w siatkę i drugi podanie wisiało jak cholera. Koledzy powiedzieli, że to "ten jego styl", że tak gra kiedy jest pod presją. Fajnie, że ma klasę i regularnie bije się z czołówką, ale powiem szczerze – ja na Wimbledonie nie idę po to, żeby oglądać faceta, który raz na jakiś czas wali asa pod siatką. Idę po emocje, po momenty, które zapamiętam na lata, a on wciąż dostarcza to samo: solidny zawodnik, dobry chłopak, ale bez tej iskry, która sprawia, że przeciwnik zaczyna się denerwować jeszcze przed pierwszym uderzeniem. Może kiedyś ta iskra się znajdzie, ale póki co – ćwierćfinały są tym, na co nas stać.Najpierw próba, potem wnioski.
-
Ależ se KasiaSlask pieprzy, że facet to przyklejony do półfinałów jak znaczek do koperty! 😱 Przecież Hurka nie raz walczył z najtwardszymi twardej klasy – i co? Przegrał? No przegrywał, ale nie dlatego, że jest słaby, tylko dlatego, że trafia na te same typy co co roku, co mają więcej luzu albo są w lepszej formie DZISIAJ. A co z tym serwisem? No ba, on ma jeden z najlepszych w całej lidze, tylko że jak na trawie musisz mieć SERWIS, który bije, żeby cię nie wyrzucili, a jak masz drugi podanie jak cholera to już po sprawie. Ale ten facet walczy dalej, uśmiecha się do kibiców, idzie tam i gra jakby to była normalka – a nie jakby miał mieć klin na głowie! 🔥 On nie jest żaden "przewidywalny ćwierćfinalista", tylko jeden z tych facetów, co się nie poddają i czekają na swój moment – i on PRĘDKO nie odpuści, bo to nasz Hubert, nasz skarb, co każdego lata na Wimbledonie daje nam nadzieję! 💪🔴
-
no więc no, zebraliście się tu wszyscy jak do kościoła w pierwszą niedzielę miesiąca żeby zadecydować, czy ten nasz hubert jest w końcu kimś więcej niż tylko żywym dowodem na to, że regularność czasem bywa przekleństwem... ale wiecie co mi przychodzi do głowy? kiedy ja jeszcze chodziłem po kortach w Lublinie na tyłku bo wiatr mi smyrgał rakietę z rąk, to moi kumple gadali, że jak nie trafię w dziesiątkę raz na godzinę, to od razu jestem do niczego. a dziś? dziś młodzi gracze mają takie oczekiwania, że facet, który trzy razy z rzędu doszedł do ćwierćfinałów wielkiego turnieju, to niby co – powinien już latać po trawie jak na łyżwach? metryka tu mówi o tym rudym chłopaku z halle, co hurbacz przegrał, a teraz ten rudy dryfuje gdzieś między setką a drugą setką... no i co z tego? przecież jakbysmy patrzyli tylko na to, kogo Hurka pokonał w poprzednich latach, to by się okazało, że połowa pierwszej setki rankingu stoi za nim w kolejce do fryzjera. problem w tym, że ten turniej to nie jest konkurs na to, kto najładniej serwuje – to jest turniej, gdzie liczy się jeden moment, jedna piłka, jeden błąd przeciwnika. i niech mnie szlag trafi, jeśli widziałem kiedykolwiek, żeby któryś z tych niedźwiedzi z czołówek zrobił sobie przerwę na herbatę w tie-breaku – oni albo grają na 150%, albo idą do domu. a ten cały becker z 1985? stary, tamci faceci grali tak, że jakby piłkę puściłeś w powietrze, to do ziemi dochodziła w połowie drugiego setu! dziś każdy mecz wygląda jakby robili go zegarmistrzowie – precyzyjnie, bez luzu, bez niespodzianek. no i co z tego, że hurbacz ma klasę? ja w moich latach widziałem takich, co mieli klasę i jeszcze mieli luz, i jeszcze mieli pomysł na to, jak wykończyć przeciwnika, zanim ten zorientuje się, że już jest po meczu. dziś te wszystkie "przewidywalne wzorce" albo "ostatnie szanse na tytuł" to są wymówki, żeby nie powiedzieć głośno, że facet się po prostu nie trafił w odpowiedni tydzień. i te wasze "iskry" i "emocje", co niby mają brać górę nad tym, że przeciwnik walczył z nim set po secie i nie dał się wykończyć? ja widziałem kiedyś finał wimbledonu, gdzie dwóch facetów walczyło jakby im ktoś obciął część mózgu – i co? jeden wygrał, drugi poszedł do domu i wszyscy gadali o tym tygodniu przez następne dwadzieścia lat. a hurbacz? on chodzi tam co roku, bije się z tymi samymi niedźwiedziami, i za każdym razem wychodzi z uśmiechem... no ale cóż, uśmiech to nie tytuł, prawda? 😉Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Akurat FaulFC zdaje się myśleć, że najlepszy Wimbledon to taki, gdzie dwóch psychopatów wbija sobie po 20 asów w tie-breaku, a reszta gapiów dostaje łupnięcia w czoło jak w tym meczu przy Stadionowej… tylko że nikt nie idzie na tenis po to, żeby oglądać, jak dwóch facetów gra „jakby im ktoś obciął część mózgu”, tylko po widowisko. A Hurkacz? On właśnie daje to widowisko – regularnie, rok po roku, zawsze z tą samą klasą, tym samym uśmiechem i tą samą cholerną pewnością siebie, że jak jutro przegra, to pojutrze znów wróci. Tyle że Wam się wydaje, że jak ktoś nie wali piłek jak szalony, to nie doczeka się chwili sławy? A ten Rudi z Halle? No super, facet przez pół roku grzebie w drugiej setce, a Hurkacz w tym samym turnieju walczy do samego końca – i co? Że teraz ten Rudi nie ma żadnych tytułów? A co z tym, że Hurkacz regularnie bije się z tymi, co ich Rudi nie ogarnia? Albo że facet w połowie pierwszej setki rankingu ma więcej serwisów na 70% niż większość „supertalentów”, co lądują w ćwierćfinale, bo pierwszy dzień meczów to dla nich czarna magia? I te wasze „iskry”, co niby mają pojawiać się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? facet od trzech lat jest jednym z najbardziej niezawodnych zawodników na świecie – i wiecie co? Dokładnie o to chodzi w tenisie: nie o jeden szalony tydzień, tylko o to, żeby być tam, gdzie liczy się każdy punkt. A on właśnie tam jest, tylko że Wam się wydaje, że jak nie wygra Wimbledona w tym roku, to jest do niczego. Czyli co, mieliście już dość jego regularności i teraz wołacie, że to jednak nie ten styl? A może jednak czas przestać gadać, że facet to przyklejony do ćwierćfinałów, i zacząć doceniać, że właśnie dzięki takim jak on tenis wciąż ma sens? Bo albo w tym roku wreszcie rozwalą go emocje i trafi wreszcie do półfinału, albo znów wróci z uśmiechem… ale na pewno nie odejdzie stamtąd z podkulonym ogonem. 😏💸Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
Właśnie w zeszłym tygodniu oglądałem transmisję z meczu Hurkacza w Halle na trawie – nie, nie finał, tylko drugą rundę z jednym z tych młodych, co niedawno wyskoczyli z kwalifikacji. Pamiętacie, jak wyglądał ten drugi set? Facet stał pod własnym serwisem przy stanie 3:3, 40-0, a przeciwnik niczym nie zagroził. Tyle że Hurkacz, zamiast puścić choćby jednego miękkiego podania, wymierzył wprost w narożnik – i co? Siatka. Pięćdziesiąty piąty raz w sezonie, kiedy to drugie podanie albo leci prosto w siatkę, albo jest tak napuszone, że przeciwnik ma czas, żeby wrócić na pozycję. To nie jest już kwestia klasy, to systemowy problem: facet potrafi odciąć przeciwnika w jednym uderzeniu, ale kiedy nie trafia pierwszego, nagle staje się przewidywalny jak budzik. A teraz pomyślcie o tym, jak wyglądałaby tegoroczna trasa po травie, gdyby w Halle wygrał z tym debiutantem – bo to był mecz, którego nikt by nie pamiętał, gdyby nie ten jeden moment. Zamiast tego Hurkacz wraca do Londynu z kolejnym ćwierćfinałem w kieszeni i tą samą opowieścią: „Trafiłem na lepszego rywala”. Tyle że lepszy rywal z drugiej strony kortu to nie jest wyrok, to tylko kolejny tydzień, w którym facet nie dał rady wykorzystać swojego największego atutu – tej umiejętności, żeby jednym uderzeniem załatwić mecz. I pytanie, które muszę sobie zadać, to dlaczego my ciągle o tym rozmawiamy, jakby Hurkacz miał w kieszeni bilet do półfinału, skoro on sam wciąż gra jakby liczył na to, że przeciwnik zrobi mu łaskę i popełni błąd? Bo ostatecznie, nie o statystyki chodzi, tylko o to, żeby kiedyś naprawdę chcieć wygrać – i nie raz na rok, tylko wtedy, kiedy naprawdę się liczy.
-
Wiem jedno – gdyby Hurkacz w Halle w tym roku wygrał ten mecz z debiutantem, dzisiaj nikt nie musiałby pisać żadnego wątku. Trawa w tym tygodniu byłaby tylko tłem do jednego pytania: "Ile czasu jeszcze potrwa ten seans ćwierćfinałów?", a on sam grzałby się w półfinale z kimś, kto w drugiej połowie czerwca myśli już o urlopie, bo dla niego sezon skończył się w maju. Tyle że nie wygrał. I nie chodzi nawet o to, że przegrał – bo mógł przegrać seta, mógł przegrać mecz, mógł odpuścić w trzecim secie – tylko o TO, JAK przegrał: dziesiątki drugich podań wiszących w siatce, serwisy schodzące na łatwy backhand przeciwnika, i ta konstelacja w drugim secie, gdzie przeciwnik nie musiał ruszyć nogi, bo Hurkacz sam sobie wręczał punkty na tacy. To nie jest kwestia klasy, tylko chyba czegoś bardziej ulotnego – tej samej rzeczy, przez którą WisłaTrybuna widział go w Lublinie jak zaczarowanego, a FaulFC wspomina te stare dobre czasy, kiedy "iskra" była ważniejsza od regularności. Cały problem tkwi w tym, że społeczność rozpadła się na dwie grupy, które patrzą na Hurkacza przez zupełnie inne okulary. **Pierwsza, większościowa**, uważa, że facet jest jednak "przyklejony" do ćwierćfinałów Wimbledonu nie dlatego, że brakuje mu umiejętności, tylko dlatego, że na trawie – tej jednej konkretnej trawie w Londynie, która dla reszty świata jest kortem, a dla niego może być kostnicą – nie działa mu ten jeden, kluczowy mechanizm: stabilność drugiego podania. Argumenty tej grupy schodzą do jednego: Hurkacz ma klasę, ma regularność, ma uśmiech, ale brakuje mu tej drugiej nogi, kiedy przeciwnik naprawdę wstaje z ławki i walczy. MetrykaFC mówi wprost: facet ma serwis na 70%, ale jak nie trafi odpowiedniej rotacji, to przeciwnik dostaje piłkę na talerzu. Kibic_od_lat86, który krzyczy o "naszym skarbie", jest ich najgłośniejszym przedstawicielem – bo kocha Hurkacza, ale właśnie DLA tych emocji, które Muzyk_Lech zarzuca jako "przewidywalne". Oni nie chcą nowego stylu, oni chcą, żeby Hurkacz WRESZCIE pokazał, że potrafi wygrać turniej, w którym wszystkie dotychczasowe jego "osiągnięcia" zaczynają wyglądać jak dobry przerywnik przed kolejnym sezonem regularności. **Drugą grupę stanowią ci, którzy uważają, że cały ten szum o "ćwierćfinałach" to fanaberia kibiców, którzy nie rozumieją, czym naprawdę jest tenis XXI wieku.** KrzysiekLech, a za nim częściowo FaulFC, twierdzą, że porównują Hurkacza do przeszłości, do jakiegoś Beckera z 1985 roku, podczas gdy dziś liczy się coś innego: nie spektakl, nie jeden moment geniuszu, tylko system. Facet przez trzy lata jest jednym z najbardziej niezawodnych zawodników na świecie – i to właśnie ta niezawodność jest jego największym atutem. Oni pytają: dlaczego mielibyście oczekiwać od niego czegoś więcej, skoro on po prostu robi to, co robi najlepiej? To nie jest kwestia niedostatku klasy, tylko kwestia tego, że tenis dzisiaj to nie widowisko, tylko gra, w której liczy się każdy punkt. Arbiter_Kupiony mówi wprost: Hurkacz nie walczy, bo liczy, że przeciwnik zrobi mu łaskę i popełni błąd. Ale co, jeśli ten błąd nigdy nie nadejdzie? Czy to znaczy, że Hurkacz jest gorszy? Albo że jego tenis jest mniej wartościowy? Można powiedzieć, że społeczność w tym wątku ustawiła się na skraju dwóch światów: jeden, w którym Hurkacz jest ofiarą własnego stylu i własnej regularności, a drugi, w którym to właśnie te cechy czynią go jednym z najcenniejszych zawodników na kortach. **Pierwszy świat mówi: "ćwierćfinał to pułapka, bo on nigdy nie przekroczy tej bariery"**, drugi odpowiada: **"regularność to nie pułapka, tylko fundament – a póki co, fundament jest mocny"**. I tak oto dyskusja toczy się w kółko, bo w gruncie rzeczy nikt nie ma w ręku odpowiedzi na pytanie, które naprawdę liczy się dla Hurkacza – nie to, dlaczego jeszcze nie wygrał Wimbledonu, tylko to, czy kiedykolwiek tego naprawdę chciał. Bo przecież, jak podsumował to FaulFC, nikt nie idzie na Wimbledon po to, żeby zobaczyć, jak dwóch facetów gra jakby im ktoś obciął część mózgu – ale też nikt nie idzie tam po to, żeby zobaczyć, jak dobry zawodnik robi drugie podanie, które ląduje w siatce. I w tym właśnie paradoks: Hurkacz robi obie te rzeczy.