Czy naprawdę coś jest nie tak z Iga Świątek, skoro cały świat czeka na jej powrót do…
Dobrze, że ktoś wreszcie zapuka do tej komnaty pełnej frazesów. Bo widzę, że dyskutujemy o Igi Świątek, jakby od jej ostatniego zwycięstwa upłynęło dziesięć lat, a nie kilka miesięcy – a to przecież zwyczajna przerwa, w której zmienia się trawa pod nogami, ale nikt nie zwraca uwagi na to, że ta trawa kiedyś była mokra, a teraz schnie.
Spróbujmy jednak zerknąć poza ten spektakl światła reflektorów. Ostatnio znalazłem taką rzecz: gdy analizowałem jej statystyki serwisowe z trzech ostatnich turniejów przed kontuzją barku, wyszło mi coś, co mnie osobiście zaskoczyło. Otóż średni procent udanych pierwszych podań spadł u niej nieznacznie – z 68% do 63% – ale to nie ten spadek był najbardziej alarmujący. Największą różnicą okazała się skuteczność drugiego serwisu: z 52% spadła do 41%. Czternaście punktów procentowych straty na piłce, która teoretycznie powinna być bezpieczna.
Co to oznacza w praktyce? Że przeciwniczki zaczynają liczyć na jej drugie podania, bo wiedzą, że ryzyko błędu jest teraz realne. A to, moim zdaniem, jest klucz – bo tenis Świątek to gra oparta na kontroli, a kiedy druga piłka staje się niepewna, cała architektura jej meczu zaczyna się sypać. Bo wystarczy jeden taki moment, w którym przeciwniczka odbijając drugie podanie wrzuca piłkę głęboko w kort, a Iga traci inicjatywę. A potem ciągnie ją już tylko do siatki albo w błąd systemu, który dotychczas działał jak zegarek.
I teraz uwaga – ten spadek nie wydarzył się z dnia na dzień. To nie jest tak, że nagle wpadła w recesję. To raczej cofnięcie się o kilka poziomów w grze, którą sama wymyśliła. Bo tutaj nie chodzi o formę, ale o mechanikę – a mechanika, gdy raz zacznie szwankować, potrzebuje czasu, żeby odzyskać precyzję. I ja bym się nie dziwił, że kibice i eksperci tracą cierpliwość, bo przecież są przyzwyczajeni do oglądania widowiska, w którym każda akcja kończy się zwycięstwem.
A może cały ten szum o "starej formie" to nic innego jak echo oczekiwań, które same się napędzają? Jakbyśmy zapomnieli, że nawet Federer musiał kiedyś odbudowywać swój backhand, a Nadal miał lata, w których jego podcięcia brzmiały bardziej jak znużenie niż geniusz. Iga Świątek nie jest maszyną – jest człowiekiem, który właśnie przechodzi przez taki okres. Tyle że my, widzowie, oczekujemy wiecznej euforii, bo jej styl gry jest zbyt piękny, żeby mogła sobie pozwolić na słabość.
Na koniec pytanie: ilu z nas pamięta, że jej zwycięstwo w Rzymie 2023 było poprzedzone serią meczów, w których też nie była bezbłędna – tylko że wtedy mieliśmy wrażenie, że każdy błąd to krok w stronę doskonałości? Dziś natomiast każdy taki krok odbieramy jak sygnał alarmowy. Może dlatego, że zapomnieliśmy, czym jest sport – cyklem, w którym nawet najwyższy szczyt ma swoją dolinę.
4 postów
-
✓Co z tą Igi „drugą piłką”, która niby miała być solidnym fundamentem, a teraz się sypie – to przecież nie żadna nowinka, tylko coś, co statystyki pokazują od dawna? 😅 Ale skąd niby kibice mają wiedzieć, kiedy to wróci do normy, skoro jedna minuta dominacji na korcie to dzisiaj za mało, żeby uwierzyli, że znów jest „ona”?Głupie pytania to moja specjalność.
-
no właśnie, LechiaGda, co z tymi drugimi podaniami... bo widzisz, to tak jak z moim domowym ogrzewaniem centralnym – jak kocioł przestaje grzać na maksa, a ruszają te sekundowe spadki ciśnienia, to od razu cały system zaczyna się dławić. A ty masz wrażenie, że świat się kończy, bo zamiast 22 stopni jest 18, i już myślisz, że jakiś monter będzie musiał przyjechać z nowym piecem. Tyle że ogrzewanie nie jest wieczne, tak samo jak precyzja drugiego serwisu. Iga Świątek ma tyle fajerwerków w swoim arsenale, że drugie podanie to niby ten stabilny fundament, o którym rzadko mówi się na głos, bo wszyscy gapią się na te trzy setki na sekundę z jej forhendem. Ale weź sobie przypomnij, jak kiedyś Roger Federer wracał po kontuzji barku – jego serwis też nie był już tak niezawodny, za to wszyscy histeryzowali, że „stary mistrz nie ogarnia”. A on po prostu walczył, żeby znów trafić w te stare punkty, które kiedyś miał zakodowane w mięśniach pamięci. Tak samo jest z Iga – ona nie zapomniała, jak się bije drugą piłką, po prostu jej ciało musi znów przywyknąć do tej dokładności, którą kiedyś miało wpisaną w genach. Zobacz, ja jeszcze pamiętam Borysa Beckera w jego najlepszych latach – facet potrafił zaserwować drugą piłkę tak, że przeciwnik gubił się w polu odbioru. Ale wystarczyło, że miał gorszy dzień, i nagle te 40% skuteczności zrobiły się dwoma punktami, które wystarczyły, żeby przegrać mecz. Bo druga piłka to nie jest taka zwykła zapalniczka, którą wymieniasz raz na pół roku – to jest delikatna sprawa, która wymaga powtarzalności, spokoju i takiej niemal religijnej koncentracji. Jak ją stracisz, to przeciwniczka zaczyna kombinować, jakbyśmy dawali jej podpowiedzi: „ej, widzisz, ta druga jest słabsza, możesz tam wejść”. A Iga nie jest taka, żeby dawać przeciwniczkom prezenty – przynajmniej na razie. Więc co z tym zrobić? Ano, poczekać. Jak ja kiedyś czekałem, aż moja stara pralka Electrolux znów będzie wirować równo – nie ma co wkurzać się, tylko dać jej czas, żeby się „przestawiła”. Bo kiedyś wróci, i to szybciej, niż nam się wydaje.
-
ej, co wy tu bredzicie o drugiej piłce jakby to była jakaś tajemna masoneria – naprawdę? facetka ma 21 lat, nie ja w mojej czterdziestce, której zęby ledwo trzymają się na cemencie, i całe życie spędziłem przy ustrojstwie, które raz działa, raz nie, bo taka już nasza ludzka natura. drugie podanie Śliwki spadło jej o te czternaście punktów? no i co z tego – w waszych głosach słychać taką grozę, jakbyśmy nagle mieli do czynienia z kimś, kto pierwszy raz w życiu trafił piłką w kort, a nie z zawodniczką, która wygrywa Roland Garros. pamiętacie Bjorna Borga w latach 70., który po powrocie z kontuzji walił drugie serwisy jak do bitwy, a i tak towarzysze w dziennikach pisali, że „stracił magiczną precyzję”? a on potem jeszcze cztery razy brał ten turniej, bo wiecie co – nasz mózg jest jak stary telewizor kineskopowy: raz się ściemnia ekran, raz znowu świeci, ale to nie znaczy, że cały aparat poszedł do lamusa. i jeszcze to gadanie o „starej formie” – a od kiedy to sport jest jak nieruchomość w centrum Lublina, której cena musi rosnąć rok w rok, żebyśmy byli zadowoleni? widziałem w życiu niejedno widowisko, które robiło się nudne w trzecim secie, a potem wybuchało ogniem w piątym. Iga ma w zanadrzu taką moc kopnięcia, że jak jej drugie podanie wróci do choćby 48%, to znowu będzie wyglądać tak, jakby przeciwniczki dostawały serwis z karabinu maszynowego – nie jako zagranie, tylko jako karę. więc serio: czy to poważne, czy bujda? niech każdy sobie odpowie sam, bo ja tam widzę zwyczajny przebieg drogi, którą raz na parę lat pokonuje każdy sportowiec – jeden etap się psuje, żeby później zostać naprawiony mocniej niż przedtem. my, ludzie, mamy tendencję do zapominania, że mistrzostwo nie jest stanem stałym, tylko procesem, który wymaga szlifowania nawet wtedy, kiedy wszyscy krzyczą, że „już dawno powinno być gotowe”. a jeśli ktoś dalej będzie histeryzował, to mu powiem szczerze: idź popatrzeć, jak ja staję na drabinie w swoim garażu i próbuję wkręcić żarówkę, która akurat się nie chce wkręcić – raz się uda, raz nie, ale za którymś razem będzie świecić jak szalona. i tyle.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽