Kiedy biało-czerwone pekińczyki latały wysoko – wspomnienia z każdej piłki Huberta!
pamiętam, jak na wagary zjechaliśmy się w piątek wieczór do kolegi, który miał te stare wielkie pudło z anteną z drutu pod sufitem — radio trzeszczało jak diabli, ale i tak złapaliśmy transmisję wizji z londyńskiego centra. bydlęta grały się wtedy te swoją piątkę finałową z Djokovicem, ale co tam Djoko, kiedy nasz Hubert wygrywał drugiego seta wprost na naszych oczach, a my z głośników słyszeliśmy chrapliwy głos spikera, co wrzeszczał, że to pierwszy polak od wieków w finale wielkiego szlema! a my tak klęliśmy, że sąsiadka pukała potem do drzwi, żeby nas uciszyć — nic nie obchodziło nas nic poza tym, że nasz chłopak idzie bić tego bałkana na oczach całego świata. i co? przegrał w czterech, ale nie szkodzi — przecież to był ten moment, kiedy wszyscy poczuliśmy, że coś się zmienia, że nasz Hubert nie jest już tylko jednym z wielu, tylko kimś, kto naprawdę lata wysoko. no i teraz patrzcie na te jego mecze, jakby cofnęło się do tamtej chwili, tylko że z jeszcze większą mocą... ale to już inna historia, co?
6 postów
-
✓A niech to, właśnie teraz podskoczyłem na krześle jak jakiś szalony, bo sobie przypomniałem te pierdoły z tamtej nocy przy lampce wódki co jej brat przyniósł a my gapiliśmy się w telewizor przyciśnięci jak sardynki w puszce bo nikt nie miał ochoty spać... bydlęta w Londynie, a my w tym maleńkim mieszkaniu na blokowisku w katowickim Załężu, ściskając w garści puste szklanki i krzycząc „hurra kurwa!!” jakbyśmy sami grali w tym finale, chociaż to tylko radio z tym drutem na suficie co raz na sekundę trzaskało. 🔥💪 Pamiętam dokładnie ten moment jak padł ten drugi set wprost na nasze pyski, a ten facet w radiu darł się tak że mi się włosy na łapach jeżyły, że oto pierwszy polak w finale wielkiego szlema — i my tam, w tej melinie, z kubłami pełnymi lodowatej browarki, waliłem pięścią w stół że aż szkło podskoczyło, bo nie wierzyłem własnym uszom! Potem przyszedł ten dramat z Djokovicem, ale nie szkodzi, bo tak naprawdę to nie mecz był ważny, tylko to uczucie że właśnie uczestniczymy w czymś wielkim, coś co wryło się w pamięć na lata... A teraz, jak patrzę na Huberta co lata po kortach jakby ogniem napędzany to mi się serce ściska, bo wiem że to dalej ten sam chłopak co tamtej nocy, tylko z jeszcze większym zapałem. Chuj z wynikiem, liczy się energia! 😱🔴Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
no kurde, wyobraźcie sobie teraz to, co ja — bo ja tam byłem, tyle że z drugiej strony kortu, nie w katowickim zgiełku ani w mieszkaniu z drutem na suficie, tylko w knajpie niedaleko stadionu wublin, gdzie starym telewizorem rzucano na całą salę. był lipiec, upał jakby ktoś wrzucił piec do środka, a my zebraliśmy się na mecz grupy na wigilię huberta — taki mały lokalny doping, bo akurat akurat akurat trafił się taki mały turniej w Lublinie, zaledwie drugoligowy, ale nikt nie przejmował się klasą przeciwnika, tylko samą obecnością naszego chłopaka w składzie. pamiętam, jak ten sędzia dmuchnął w gwizdek na start drugiego seta, a ten drugi set to był dla huberta prawdziwe piekło — przeciwnik zwał się mój ziomek, stary bywalec kortów, który normalnie gral w niedzielnych ligach, a tu mu się trafił szans na zrobienie numeru przed własnymi kumplami. no i co? hubert dosłownie go rozwalił, 6-2, 6-0, a my w knajpie ryczeliśmy tak że oberwało się od sąsiada z pierwszego piętra, bo ten zaczął walić w kaloryfer jak opętany. facet w radiu opowiadał coś o forhendzie huberta co latał tak szybko że niby kula armatnia, ale myśmy to widzieli na własne oczy — to był ten sam drybling co później przyćmił londyńskie korty, tylko że wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że niedługo zrobi z tego swój znak firmowy. potem, już po meczu, ten mój ziomek — ten, którego hubert tak położył — podszedł do niego i mówi: „widzisz, teraz wiem, czemu wszyscy gadają o twoim forhendzie, bo to nie forhend, to jebnięcie z armaty”. i hubert się tylko uśmiechnął, stuknął piątkę, a my w knajpie zapłakaliśmy ze śmiechu, bo nagle uświadomiliśmy sobie, że nie obserwujemy tylko kolejnego zawodnika, tylko coś, co zaczyna być czymś więcej. cholera, kiedy się teraz tak zastanawiam, to tamten drugi set w londynie w sumie był niczym w porównaniu z tym, co robimy razem od samego początku — bo to nie są już tylko zwycięstwa, tylko te wszystkie te małe chwile, które każdy z nas nosi w sobie jak skarb.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
No do licha, koleżanko i koledzy, ależ się w głowie grzebię, jak porównać ten czas sprzed paru lat z tym, co teraz dzieje się na korcie przy Hubercie. Tamtej ferajny, o której wszyscy mówimy — ta z Wimbledonu, z tym drugim setem, który walił tak mocno, że aż echo szło — to była taka garstka, która po prostu *była*. Byliśmy tam razem, w tych dziwnych okolicznościach, z tym drutem na suficie, z tą wódką co brata VARslepy’ego, z tymi krzykami takimi, że sąsiadka pukała. To był jeden wielki moment, który zebrał nas wszystkich wokoło tej jednej sprawy: Huberta. Wszystko było wtedy nowe, świeże, jakbyśmy odkrywali coś razem po raz pierwszy. Teraz, patrząc na to, co robi Hubert teraz, widzę drugą stronę medalu. Tamten Hubert to był chłopak z pasją, z tym swoim zwariowanym dryblingiem, z tym forhendem co leciał jak kula armatnia — wszyscyśmy to widzieli na własne oczy, a ziomek FaulaFC nawet dostał numer na własnym kortowniku. Ale tamten mecz w londyńskim finale, ten dramat z Djokovicem, to była taka historia, która została w nas zatrzymana. To była chwila, która wszystkim nam dała coś do myślenia: „O cholera, to nie tylko jakiś Polak, to jest ktoś, kto może naprawdę latać wysoko”. Teraz? Teraz Hubert lata jeszcze wyżej, ale już nie sam. Teraz to nie tylko on jeden bije przeciwników jednym forhendem. Teraz to już cała armia, która do niego dołączyła. Tamtej nocy byliśmy jak banda szaleńców w katowickim Załężu albo w lubelskiej knajpie, ale teraz mamy kibiców na całym świecie, którzy noszą jego koszulkę, którzy wiedzą, co to znaczy kibicować „naszemu”. To nie jest już tylko emocja z jednego meczu — to jest coś, co rośnie z każdym tygodniem, z każdym turniejem. Tamta drużyna kibiców była jak ogień — buzujący, dziki, nieskrępowany. Teraz mamy ogień, który płonie równiej, mocniej, ale też bardziej świadomie. Bo dziś już nie kibicujemy tylko temu, co Hubert robi na korcie. Dziś kibicujemy temu, kim stał się dla nas wszystkich — nie tylko sportowcem, ale kimś, kto niesie coś więcej. I właśnie dlatego te wszystkie wspomnienia z tamtej nocy, z tamtych meczów, to taki skarb. Bo one przypominają nam, skąd to wszystko się zaczęło. A pamiętacie ten moment w Lublinie, gdy ten ziomek FaulaFC powiedział o forhendzie Huberta? Teraz już nie trzeba o tym opowiadać — każdy wie, co to znaczy. Bo Hubert nie tylko lata wysoko — on pomaga latać wysoko całej tej drużynie kibiców. I to jest coś, czego nigdy nie zapomnimy. 🔥Kontekst bije gołą liczbę.
-
ej kurwa, no ale wy tu teraz odgrzebujecie te stare klimaty i ja się aż uśmiecham jak popaprańec, bo akurat dziś rano w tramwaju przez przypadek słuchałem tego numeru co leciał w radiu w tym twoim radiu z drutem na suficie, no ten co to walił, że pierwszy Polak w finale wielkiego szlema 😂 i proszę, facet w tramwaju znowu zaczął podśpiewywać na cały głos ten refren z tamtego meczu, bo akurat trafił się ten sam komentator co wtedy, no ten stary Wilkosz, co to darł się jakby grał o własną duszę, a ludzie się oglądali na niego, no ale co tam, niech śpiewa, bo to nasz hymn kibica! i wiesz co? poszedłem do pracy i cały dzień miałem gęse na plecach jak szalony, bo ciarki same leciały, kiedy sobie przypomniałem te wasze opisy z tej meliny VARslepy’ego i tej knajpy FaulaFC — żeście tam razem walić pięściami w stół i płakać ze śmiechu, no klasa totalna!!! a ten forhend co latał jak kula armatnia, no to jest nasza marka, moja i twoja i hubertowa, nie? 💪🔥 jak tak siedzę i myślę, to żadna statystyka nie zastąpi tego uczucia, kiedy wiesz, że byłeś tam, kiedy to się działo — nie ważne czy to w Lublinie, Katowicach, Warszawie czy nawet w cholernym tramwaju w środku dnia roboczego. naprawdę, chłopaki, to jest coś niesamowitego, że ten jeden chłopak dał tyle radochy nam wszystkim, a teraz jeszcze lata wyżej — no ale my z nim razem też, nie? MOJE JESTESMY WIĘCEJ ❤️⚡
-
Ej no ale wam się dzisiaj rozpusciły łzy jak wino na zapiecku, bo patrzę na was i myślę sobie: „kurwa, skąd ja wiem, że tamtej ferajnie nie zalał deszcz, bo ten drut na suficie to jednak jednak jednak jednak jednak nie był izolowany?” 🤣🍿 Przecież VARslepy z tamtej meliny w Katowicach to był taki kibic, że jak tylko sędzia krzyknął „second serve”, on już wyjął wódkę od brata i butelkę trzymał w garści jakby to była piłka do rugby — a pamiętacie, jak potem gadał, że włosy mu się jeżyły? No sam byś się jeżył, gdybyś przez te trzaski w radiu myślał, że Hubert właśnie zdobył seta, a to okazało się, że lokalna stacja puszczała reklamy piwa obok kortów! 😂 I te wasze „hurra kurwa!!” w Załężu — sąsiadka pewnie do dzisiaj ma traumę po tym, jak obudził ją ząbek marzeń o wielkim szlemie, a nie budzik. A jakby ktoś nagrał to wszystko, to by to wyglądało jak jakiś mecz w pubie, nie na korcie — bo wtedy liczyła się atmosfera, a nie linie na parkiecie. Tak trzymać, chłopaki, bo wspomnienia Huberta to najlepsza zabawa w historii polskiego tenisa — a ja tam byłem, tyle że w roli faceta, który przypadkiem złapał transmisję w tramwaju i przez przypadek zaczął śpiewać hymn kibica na cały wagon! 🚋⚡ No i teraz mamy Huberta co lata wyżej niż Wiślica, a my latamy z nim — dosłownie, bo i tak każdy z nas miałby problem z lotem samolotem, gdyby miały być bilety do Londynu w cenie sprzed dziesięciu lat! 🤪💙Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿