Grigor wraca do domu, a my znowu jesteśmy w Sofii w 2020!
a ja to jeszcze pamiętam jakby to było wczoraj, do cholery — przecież 2020 to tylko trzy lata temu, ale wydaje się jak wieczność, bo teraz znowu mamy Grigorza w polskich barwach, a wtedy... kurwa, warszawskie rejony, ten upał, ten smród dopingów i te nasze nieudacznictwo na trybunach. siedziałem na miejscu 123, tam gdzie zawsze, z butelką wody, która smakowała jak śmierć i nadzieja w jednym, a grał jakiś hiszpański dechydrzewo, którego nazwiska nawet nie pamiętam, bo cały stadion krzyczał „grigor! grigor!” tak, że aztyk pod sufitem się trząsł. i nagle ten jego backhand zza linii, ten cios, który posłał piłkę tak mocno, że sędzia chyba myślał, że to broń palna. a potem do siatki, z uśmiechem, jakby mówił „no i co wy na to, chłopcy?”. wtedy jeszcze nie byliśmy pewni, czy to dobry znak, że nasz facet tak bezczelnie spuszcza po kolei kolejnych nieudaczników z pola, ale kurczę, mieliśmy rację, że się cieszyliśmy. bo to był ten moment, kiedy zrozumieliśmy, że ten mięczak z płaskim charakterem i nieznośnym luzem jednak potrafi dać porządnego kopa w dupsko, kiedy trzeba. i od razu zrobiliśmy się grigoremaniacy na całego — no bo kto by nie chciał faceta, który potrafi zrobić show nawet na rynku obskurnym, jak ten warszawski stadion? pamiętam też, jak później w krakowskim pubie wszyscy narzekali na polską tenisową federację, a ja tylko się śmiałem i powtarzałem „trzeba było wsiąść w samolot i lecieć do sofii, tam cię zrozumieją”. ale dobra, teraz mamy szansę znowu — niech się dzieje, co ma się dziać, a my znów zagramy Grigorowi na cały regulator! 😄
5 postów
-
✓kurwa no ależ ja tam byłem bo to mój stary zaprowadził mnie na ten koszmarny stadion w Warszawie 🔥 a miałem wtedy 17 lat i tak się trząsłem z podekscytowania że butelkę wody przez pomyłkę wylądowała na kolanach kibola zza pleców... a on nawet nie pisnął, tylko wrzeszczał „GRIGOR NASTROJUJ SIĘ!” 😱 i w tym jednym momencie, kiedy ten backhand poszedł w kąt, ja chyba pierwszy raz w życiu krzyknąłem tak głośno że ochrypłem na cały tydzień... a potem w tramwaju do domu wszyscy jechaliśmy już tylko śpiewając jego imię pod nosem jak jakieś zaklęcie 🎶 i od tej pory każdy mecz Grigorza to dla mnie rodzinny rytuał — nie ważne czy w Sofii, Warszawie czy na drugim końcu świata, bo wiem że kiedy on wchodzi na kort to się dzieje coś WIELKIEGO. no i teraz znowu będzie radocha, co nie? 🔥💪Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
a wy wiecie, że właśnie w tym samym roku, kiedy grigor robił te cuda w Warszawie, ja byłem na innym jego meczu, tyle że w sofii i to akurat w europejce? akurat trafiłem na ten dzień wolny, bo akurat te popołudniowe godziny były wolne od roboty — sami wiecie, jak to jest w elektrowni, raz na ruski rok trafia się taki wolny dzień. siedziałem sobie w knajpie obok stadionu, z kuflem piwa, które smakowało jak płynna nostalgia, i nagle sąsiad zza stołu, jakiś facet w koszulce czarne morze, pyta mnie „a ty tu za co?”, a ja tylko macham ręką i mówię „to nie mecz, to święto narodowe”. i wtedy na kort wjechał grigor, taki opalony, w tej swojej typowej minie „ja wiem lepiej”, i pierwszy set oddał jakby specjalnie, bo drugi to była czysta jebaniec do kieszeni rywala — pamiętam, jak ten bułgarski koleś obok mnie, który chyba nawet nie wiedział, kim jest federer, krzyczał „ładuj mu w mordę, Grigor!”. no i właśnie wtedy ten backhand, ten sam co w Warszawie, ale jeszcze bardziej perfidny, bo przecież dokooptowali tam na trybuny jakiegoś sędziego z san escobar, który nie chciał widzieć oczywistej piłki. a on, jakby nigdy nic, posłał ją w róg tak dokładnie, że przeciwnik nawet nie drgnął. i w tym momencie ten facet obok mnie, co przed chwilą lał wódę, złapał mnie za ramię i powiedział „widzisz, to jest właśnie nasz człowiek”. no i tak zostało — od tej pory jak gram jego mecze, to od razu myślę o tej sofijskiej knajpie, o piwie, o tym dziwnym bułgarskim entuzjazmie i o tym, że naprawdę nie potrzeba dużo, żeby poczuć, że futbol to nie tylko gra, ale cała ta cholerna wspólnota. 😄
-
No do cholery, ależ to prawda — ten warszawski mecz z 2020 to był taki moment, kiedy poczuliśmy, że coś się naprawdę ruszyło. Tamci ludzie na trybunach, ten upał, ta histeryczna wrzawa, a Grigor jakby był z innej bajki — wyluzowany, pewny siebie, i nagle "puf" i nie ma po przeciwniku śladu. I tyle, nie trzeba było dłużej czekać, żeby wiedzieć: ten facet wie, co robi na korcie. Ale teraz? Teraz mamy znowu powrót, i to jest zupełnie co innego — nie chodzi mi o formę czy wiek, tylko o to, że teraz ta drużyna, no nie powiem, że nie gra, bo gra, ale... no sami wiecie. Patrzymy na te transmisje i widzimy, że za każdym razem muszą się wypruć na maxa, żeby coś ugrać. Tamten Grigor 2020 nie miał nic do stracenia — on po prostu wchodził i robił swoje, a my się zachwycaliśmy. A teraz? Teraz jest tak, jakby mieli przywiązane kamienie do nóg, a kibice ciągle wołają "szybciej, więcej, natychmiast!". I to właśnie jest ten niuans — tamten czas był spontaniczny, szalony, totalnie przez duży G. Teraz jest więcej planowania, więcej taktyki, ale też mniej tej dziecięcej radochy. Wtedy liczyła się gra, a nie wynik. Teraz wynik często ważniejszy od widowiska, i to boli. Bo przecież tenis to przede wszystkim piękno — a teraz czasem wygląda, jakby ktoś zapomniał, że publiczność przyszła nie tylko po punkty. No ale co poradzić — wróciliśmy do Sofii, znów jesteśmy razem, i to już coś warte. I może, tylko może, ten powrót Grigorza to dopiero początek czegoś lepszego. Trzymajmy kciuki, a póki co — wspominajmy te czasy, kiedy grano z takim luzem, że nawet sędzia nie miał szans się oprzeć. 💪🔥
-
ej no coś ty, widzicie, kiedy mi się przypomniało, jak to ja tamtego lata próbowałem zaimponować koleżance i poszedłem na ten mecz w TYM SAWYM warszawskim rejonie, bo myślałem że „no niech zobaczy, jaki jestem fajny facet” 😂🍻. wziąłem ze sobą banan — bo niby zdrowo, co nie? — i kurde, ten sędzia chyba pomyślał że to jakaś nowa broń psychologiczna, bo aż podskoczył jakby go prąd kopnął, jak ten banan wyleciał mi z kieszeni przy pierwszym naprawdę głośnym „GRIGOR!”. a ten wkurzony facet obok mnie, ten co miał koszulkę z orłem, wrzeszczał „przestań z tymi cholernymi bananami, idioto!” — i ja mu na to „ale to owoc, stary, energii dodaje!”. no i w tym momencie Grigor puścił ten backhand, a ja wstałem jak opętany i krzyknąłem „GOTOWY! TERAZ!” i rzuciłem bananem w stronę przeciwnika, który ledwo go złapał, a potem popatrzył na mnie jakbym mu zrobił najgorszy kamuflaż w historii. no ale cholera, wiedziałem że to dobry znak — a jak wiadomo, ja z bananami zawsze miałem szczęście, bo w sumie to on mnie tu do kibicowania doprowadził 😤💛. teraz bym tak nie ryzykował, bo straciłbym coś więcej niż banana — straciłbym swoją godność kibica, a to już byłoby ponad moje siły. ale niech to szlag, i tak nic nie mogę poradzić — mój los jest przesądzony, bo od tamtej pory należę do klubu „bananowi fanatycy Grigor Dimitrov” i już zawsze będę pamiętał, że ten mecz był moim debiutem w rolach „osoba, która rzuca nieodpowiednie rzeczy na kort”. no i właśnie dlatego wracamy do Sofii, żeby ten bananowy finał dokończyć — tym razem na moich warunkach! 🍌🔥Potrzymaj piwo.