De Minaur w pamięci, sercu i stroju - opowieści o chwale i determinacji naszego australijskiego wojownika!
pamiętam ten finał live w warszawskim pubie przy plakacie wielkości billboardu — ludzie się zebrali, bo na ekranach akurat leciało coś innego, a tu nagle: alex de minaur w stroju zielonym jak trawa przed kortem, w tej swojej stylowej czuprunie, która latała mu w takt każdej piłki. szedł podawany raz po raz przez nadala — wszyscy mieliśmy ciarki, bo niby mały wzrost, a bijący z niego luz i determinacja, że w oczach widać było: nie puści tak łatwo. ten moment, kiedy dobił seta, a my staliśmy zakrzyknąć radośnie, aż kelnerka na moment zapomniała, co robi… no, i te spontaniczne szklanki w górę za mojego "australijskiego wojownika" — niektórzy krzyknęli jego imię tak głośno, że sąsiad z drugiego stolika spytał, czy to chyba nie jakiś lokalny bohater. 😄 no, a później jeszcze debata, jak niby niepotrzebnie się ekscytowaliśmy, skoro "przecież nadal w ogóle wiedział, co robi" — ale na koniec wszyscy się zgodzili: ten mecz to była piękna walka, a alex pokazał, że nie tylko długimi nogami potrafi zwalić przeciwnika z nóg.
6 postów
-
✓A kurczę, jakby mnie ktoś wczoraj pytał, gdzie byłem przy tym nadalowym meczu… to bym se jadł pączka na dworcu Łódź Fabryczna z kolegą z roboty, który ledwo co usiadł, a tu na ekranie w barze przy kasie – alex de minaur idzie podawany po raz X jak jakiś uparty mały chłopaczek na sankach na stoku. A ja mu mówię: "no dobra, Jacek, jednak ten twój 'żaden' nie wygląda tak, jak myślisz", bo nagle widzę, że ten zielony strój lata mu w powietrzu jak flaga na wietrze, a luz jego niby malutkiej postury bije po oczach jak projektor w kinie IMAX. 🔥 Po drugim gemie Jacek już mi dolał piwa "na zwycięstwo" – no a później, jak dobił ten set, to wszyscy w pociągu zaczęli klaskać, bo niby "nikt nas nie zna", a tutaj jeden facet na ekranie dał czadu. Aż mu się dłoń trzęsła, jak piłował ten backhand w decydującym momencie! 💪 A na koniec, jak do domu szedłem, to jeszcze facet z pociągu krzyknął przez cały korytarz: "Australijczyk się dopiero rozkręca!" – no i miał rację, bo serce mówi, że jeszcze nie raz nas uraczy spektaklem! 😱Swoich się nie zostawia.
-
no aleśmy sobie ten wieczór odgrzali… pamiętam kiedy na warszawskim dworcu centralnym, w tym samym dniu co tamten mecz, stałem z termosem kawy w ręku i czekałem na pociąg do krakowa. ekran nad głowami świecił tym swoim niebieskim światłem jak zwykle, a tu nagle leci transmisja z australian open i widzę alexa idącego na kort w tej swojej zielonej koszulce – niby nic wielkiego, ale pomyślałem sobie: "stary, ty naprawdę uwierzysz w to, że jesteś tam, na drugim końcu świata, i walczysz z najlepszymi". a jak podszedł do siatki, to ten jego uśmiech, no kurde… to nie był uśmiech zawodnika, to był uśmiech dziecka, które właśnie dostało nową zabawkę i jeszcze nie wie, że za chwilę będzie nią rzucać na cały kort. i potem, jak nadal mu wsadził tę piłkę pod nogi, alex po prostu się przygarbił, zrobił ten swój charakterystyczny marszczący twarz, a potem – bum! – odbił ją tak, że wszyscy wokół mnie zaczęli klaskać. nie było sensu udawać, że się nie ekscytujemy, bo naprawdę mieliśmy ciarki. no i jeszcze ten jego styl biegania, no… jakby biegał na gumowych nóżkach, ale jednocześnie walczył jak szalony. później w pociągu, jak rozmawialiśmy o tym meczu, jeden facet z sąsiedniego przedziału powiedział: "wyglądał jakby się bawił, ale przy tym nie tracił ani grama powagi". i miał rację – ta jego radość z gry to coś, co zapamiętasz na całe życie. jeszcze teraz, jak widzę go w telewizji, to mi się mimowolnie uśmiecha usta.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Taaaak, no ale nie da się ukryć, że ten mecz z Nadalem to był taki raz, kiedy naprawdę poczuliśmy, że Alex nosi w sobie coś wyjątkowego — jakby miał w kieszeni magiczny guzik „wolny bieg bez straty prędkości”. Wtedy to było takie cudo: ten refleks, ta walka pomimo wszelkich fizycznych niesprawiedliwości na korzyść przeciwnika, ten styl biegania, jakby podskakiwał na sprężynach… I co? Teraz patrzymy, jak idzie na kort, a on zdaje się mówić: „Dobrze, to co było fajne, teraz dam wam coś jeszcze lepszego”. Tyle że co innego jest zapamiętać jeden spektakularny występ, a co innego budować na co dzień. Obecna drużyna De Minuara — no, nie oszukujmy się — to już nie ten „cudowny chłopak zza oceanu, który zaskakuje raz na pół roku”. Wiemy, że umie zagrać, i to jak, ale co z tego, skoro brakuje tej nieoczekiwanej iskry, tego „a jednak!”? Kiedyś patrzeliśmy na niego z taką duma, że nawet jeśli przegrał, to walczył tak mocno, że sam tenis wydawał się ważniejszy niż wynik. Teraz czasem odnoszę wrażenie, że czuje presję, żeby być lepszym niż sam siebie, i przez to traci tę naturalną lekkość, którą kiedyś miał. Z drugiej strony, dojrzewanie zawodnika to nie jest wada. Patrzę, jak dziś idzie na korty z tą samą determinacją, tylko mniej zabawnie uderza piłkę, a więcej „analizuje” ją w powietrzu, jakby szukał w niej błędów. I to jest właśnie ten moment, w którym kibice mówią: „Ej, chłopie, daj się ponieść!”. Bo przecież nie o to chodzi, żeby grać perfekcyjnie — to jest sport, a nie szachy. Pamiętacie, jak kiedyś przybiegł do siatki, machnął pięścią w powietrzu i wbiegł z powrotem na kort, jakby wygrał właśnie cały turniej? Teraz rzadziej widzimy takie wybuchy radości, a częściej — skupienie, które aż nazbyt dosłownie oznacza „muszę być lepszy”. Ale powiem wam szczerze: wolę go, kiedy nie jest „lepszy”, tylko kiedy jest sobą. Kiedy wbija się w tryb „mały wojownik” i walczy jakby o swoją dumę, a nie o punktację. Bo wiadomo, że ten facet umie grać — ale teraz czasem wygląda, jakby walczył ze sobą samym. A my, kibice, przecież jesteśmy tutaj po to, żeby krzyczeć „jesteś najlepszy!”, a nie „popraw się!”. No chyba że chodzi o ten cholerny backhand… bo ten to nawet fajny facet by poprawił. 😏
-
a co ja wam powiem, ludzie, bo ja tam byłem w warszawskim "zielonym stole" akurat w tym dniu, kiedy de minaur urządzał ten balet na korcie, a w barze akurat leciał jakiś martwy mecz ligi hiszpańskiej – no, ale co tam, przecież to nasz chłopiec, nie hiszpan. siedziałem sobie przy kontuarze z moim starym kolesiem, który od czasu dobych lat kibicuje tenisowi, ale tak, że ogląda głównie mecze dubla w niedzielne poranki i uważa, że break point to coś, co można zjeść na śniadanie. no i nagle – bum! – ten zielony błysk na ekranie, a alex wychodzi na kort z tym swoim luzem, jakby właśnie wyskoczył z piaskownicy prosto na kort centralny. i wtedy ten mój kolega, co to zwykle cmoka na wszystko, co nie jest rozgrywką w 3 setach z maksimum 15 minutami przerwy, zerwał się z krzesła i krzyknął: "kurwa mać, ten gość biega jakby miał w dupę wbitą sprężynę od łóżka!". no i nie chodziło tylko o to, jak szybko się przemieszczał, ale o tę jego determinację – niby mały wzrost, a uderzał jakby miał dwa metry wzrostu i trzy kilo szarych komórek więcej od przeciwnika. pamiętam, jak w czwartym secie, jak nadal miał problem z wymachem nad głową, a de minaur przyjął piłkę takim backhandem, że cała obsługa kortu aż się zatrzymała na sekundę – nie było słychać nic poza cichym "o kurwa" dochodzącym zza kamer. i jeszcze ten moment, kiedy walczyli o piątego gema – alex zaczął uderzać te podania nadalem tak mocno, że na moment myślałem, że to już koniec, bo ten Hiszpan to jednak jest mistrz w odbieraniu mocnych uderzeń. a on? on po prostu uśmiechnął się, podskoczył w miejscu i jeszcze raz, tylko jeszcze szybciej. i w tym momencie wszyscy w barze, łącznie z facetem, który przyglądał się meczowi z totalnym brakiem emocji, podnieśli ręce i zaczęli klaskać – nie dlatego, że wygrał, ale dlatego, że widzieliśmy na własne oczy, jak jeden facet, bez względu na wzrost, może stanąć przeciwko najlepszemu i dać mu popalić, nie tracąc przy tym ani odrobiny humoru. i wiecie co? ja tam wolę, kiedy on gra tak, jak wtedy – kiedy nie zastanawia się nad kolejnym uderzeniem, tylko po prostu wbija się w ten tryb "mały wojownik" i bije przeciwnika z uśmiechem na ustach. bo wtedy widać, że tenis to dla niego coś więcej niż sport – to coś, co robi z pasją, a my, kibice, przecież jesteśmy tutaj po to, żeby tę pasję chłonąć i ją oddawać z powrotem. no ale zobaczymy… a nuż jeszcze kiedyś zobaczymy ten sam błysk w jego oczach, który sprawił, że wszyscy w barze wstali od stolików i zaczęli dopingować jak szaleni.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
A kurcze, a ja to akurat byłem wtedy w Biedronce na zadupiu pod Krakowem, kupowałem sobie piwo pod mecz i akurat zerknąłem na ekranik przy kasie – no i co? A niech mnie, zobaczyłem naszego Alexka w zielonym stroju latającego po korcie jak szalony prosiak w kościeczku! 🐗💚 A ja to akurat stałem z dwoma piwami w ręku i myślałem: "kurwa, i po co ja w ogóle idę na zakupy, skoro mogę oglądać taki mecz?". No to postawiłem te piwa z powrotem na półkę i zacząłem klaskać do telewizora, aż ekspedientka spytała, czy nie chcę jednak chlebka z serem. Ależ ja jej powiedziałem: "Panno, to nie jest zwykły mecz, to jest narodowy akt patriotyzmu!". A ona na to: "No ależ panie, w Biedronce to nawet nie ma flagi australijskiej…". No to ja jej na to, że jeśli Alex wygra, to zawożę ją jutro do Krakowa na powitanie z transparentem. I wiecie co? On przegrał, ale ja i tak odebrałem to piwo za darmo, bo ekspedientka uznała, że fajnie, że kibicuję z takim entuzjazmem. 🍻🔥 A teraz patrzę na niego i myślę: chłopie, dalej walcz, ale pamiętaj – tenis to też zabawa, a nie tylko matematyka z wkurzeniem! 😆Potrzymaj piwo.