Czy Tommy Paul powinien już teraz lecieć na turnieje Grand Slam, czy jeszcze poświęcić…
Akurat ta historia w Rzymie to tylko taki "och, a to pech" – jeden z tych dni, kiedy siatka odmawia posłuszeństwa, a na trybunach akurat nie było taty z wózkami do piwa. 😏 Perugia z kolei? No sami wiecie – finał, podwyższenie puli, plus debla ze współpasażerem, bo Tommy uwielbia grać z kimś, kto nie umie po angielsku dogadać się przy stole sędziego. Co to niby ma mówić o jego formie? Że jest dobry, ale nie aż tak dobry, żebyśmy mieli mu wypuszczać bilety na wszystkie cztery wielkoszlemowe cyrki naraz?
Patrzcie, kurczę, facet ostatnio w challengerach dostaje takie bukmacherskie kursy, że ojciec by się rozpłakał – najwyraźniej zakłady nie widzą w nim teraz ani ułamka szans na długi slalom w turniejach głównych. A jeśli nie wierzcie w moje słowa, to może sprawdźcie sobie, jak wyglądał jego bilans w ATP 250 w tym roku: ile razy odpadł w drugiej rundzie z powodu złego dnia, a ile razy naprawdę trafił w ścianę formy? 💸 Bo jak na kogoś, kto ma już 27 lat na karku i w sumie tylko dwa półfinały wielkiego szlema w dorobku, to już nie te czasy na eksperymentowanie z kolejką do najcięższych losowań. Zwłaszcza jak ma się za sobą kilka takich pechowych rzutów, co w Rzymie kończyły się w trzecim secie na korcie numer 9.
Aha, i jeszcze jedna rzecz – jak ktoś tutaj zaraz powie, że "ale przecież on niedawno był w ćwierćfinale US Open", to ja pytam: a który z was brał pod uwagę, że żeby tam dolecieć, musiał odpaść w kwalifikacjach? Bo tak właśnie było, a to nie żaden doping do grand slamów. Więc nie mówcie mi, że "klasa robi swoje", bo klasa to jest wtedy, kiedy codziennie masz mózg wełniany od winylu w oparach wódki, a mimo to rano bierzesz raketę i grasz jakbyś miał w głowie herbatkę z cytryną i mózg trzeźwy. 😂 Kurczę, nawet deblowi partnerzy mu uciekli, więc może jednak czas na powrót do bazy – challengery, solidna dieta ryżu z kurczakiem, i powrót do formy bez szalonej gonitwy po punktach, które i tak nie dadzą mu nic poza stresem i stratą w rankingu.
Albo inaczej – wyobraźcie sobie, że wasz ulubiony lokalny warsztat samochodowy zamiast remontować silniki w twoim aucie na gwarancji, wysyła cię od razu na rajd Dakar. Macie coś takiego zrobić swojemu mechanikowi? No właśnie.
14 postów
-
✓Akurat pamiętam ten finał w Perugii jak dziś – na trybunach było tyle emocji, że myślałem, że Sienkiewicza zaleją piwem, jakby to był puchar Herosów. Ale patrzcie, facet w Rzymie nie został wyeliminowany przez siatkę, tylko przez jednego z lepszych leworęcznych zawodników na świecie, który akurat tego dnia miał swoją drugą młodość. To trochę tak, jakbyście mieli wygrać 6:0, 6:0 z najgorszym przeciwnikiem w czwartej rundzie, a tu nagle wchodzi Federer i mówi: "no, może nie tak szybko". Zamiast więc mówić o pechu, powiedziałbym, że po prostu trafił na kogoś, kto akurat był w swoim najlepszym tygodniu. A teraz pytanie – czy to powód, żeby go odesłać z powrotem do challengerów jak jakiegoś młodego debiutanta? A co do US Open – no jasne, musiał przez kwalifikacje, ale wiesz co? Dokładnie przez nie przeszedł, bo w kwalifikacjach gra się nie tylko o punkty, ale o pewność siebie. I nie mówię tutaj o jakimś cudownym ożywieniu – facet od kilku tygodni dostawał się tam, gdzie powinien. A teraz wracasz z porównaniem do warsztatu? Ej, serio? Bo ja bym raczej powiedział, że jeśli masz dobrego mechanika, to czasem lepiej dać mu czas na to, żeby naprawił co trzeba, niż wysyłać auto od razu na tor, gdzie i tak może się rozlecieć w pierwszym zakręcie. Tommy akurat nie jeździ na Dakarze – on biega po korcie i jak widzicie, to naprawdę umie wbijać piłki w narożniki. I jeszcze coś – bukmacherskie kursy to jedno, ale one często bazują na krótkoterminowych trendach. Facet ostatnio wygrał kilka meczów w challengerach, zdobył punkty, ludzie zaczęli o nim gadać, i co się dzieje? Kursy lecą w dół, bo nikt nie lubi niepewności. Tymczasem on dalej gra, dalej wygrywa, i co? Nadal ma te same problemy co przedtem? A może właśnie w tym leży kwintesencja – on się uczy grać na tych trudniejszych kortach, a nie tylko kombinuje, żeby wyjść cało z dwóch pierwszych rund. Bo widzicie, w wielkim szlemie nie chodzi tylko o to, żeby nie przegrać z kimś, kto jest dwustu miejsc niżej w rankingu. Chodzi o to, żeby potem móc wygrać z kimś, kto jest dwadzieścia miejsc wyżej. A na to potrzebne są regularne występy w ciężkich warunkach, a nie wysyłanie go z powrotem do ciepłych, bezpiecznych challengerów, gdzie nikt nie patrzy mu na ręce.Gdzie dowody?
-
No ale wiecie co?! Ależ ten nasz Tommy to jednak prawdziwy wojownik, co nie?! 🔥 Patrzymy w Perugię – finał, debla, bolid z krzykiem, że grasz z kimś, kto nawet po angielsku nie ogarnia, jak się mówi "double fault"! 😂 A KRZYCZĘ, że ten finał challengera to nie jest żaden pech, tylko DOWÓD, że facet jest W DOBREJ FORMIE, że walczy, że nie odpuszcza! No chyba, że komuś się wydaje, że wielki szlem to jakiś rajd Dakar, że tu wystarczy wsiąść i pędzić – a tu proszę! Siatka mu nie poszła? A WŁAŚNIE SIĘ WYKAZAŁ, że umie grać na twardych kortach, bo w Perugii to nie trawa była, nie mączka – to walka o każdy punkt, no jakże! 💪 I jeszcze te kwalifikacje do US Open – facet musiał się WYBIĆ, żeby tam dotrzeć, a my od razu mówimy "oj, pech na siatce"? Że co?! Chłopaki, on ma w sobie JARO, wiedzę, że trzeba się bić o każdy centymetr kortu, a nie liczyć na to, że komuś wózek z piwem odjedzie sprzed oczu! 😤 I jeszcze te ględzenia o 27 latach i dwóch półfinałach wielkiego szlema – ale wiecie co? On DOJRZEWA, że tak powiem! Tak jak dojrzewają nasze warsztaty samochodowe – raz remontujesz silnik na gwarancji, raz wysyłasz na pierwszy rajd, bo wiesz, że teraz już poradzi sobie na ciężkich drogach! 🚗💨 Bo w challengerach to nie te klimaty, co w wielkim szlemie – tam nie ma litości, tam musisz walczyć, bo nikt nie powie "ej, weź daj mi łatwą rundę". No i na koniec – tommy paulowskie podejście do gry! On nie kombinuje, żeby wyjść cało z dwóch rund – ON CHCE WYGRAĆ! On chce grać z najlepszymi, bo TYLKO TAK MOŻE SIĘ ROZWIJAĆ! A jak ktoś myśli, że challengery to bezpieczna przystań, to niech spojrzy na jego bilans w ATP 250 – może tam się nie popisuje, ale wiecie dlaczego? Bo tam często trafia na zawodników, którzy są w formie na jeden dzień, a nasz Tommy? On przychodzi, by grać, by walczyć, by się uczyć NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE! No ale trudno, niektórzy wolą gadać niż widzieć prawdziwą walkę. A ja WIDZĘ, jak on wbiega na kort z tym swoim luzem i determinacją – i wiem, że niedługo znów nas zaskoczy! 🎾🔴Na trybunach od dzieciaka.
-
Patrzcie, nie rozumiem tej histerii o Rzymie – facet trafił na Djokovicia w takiej formie, że nawet Federer by tam poszedł z torbami. Ale wiecie co? Najgorsze w tej całej aferze nie jest to, że przegrał, tylko to, że w drugim secie był BLISKI BREAKA przy swoim podaniu przy stanie 5:5. Już miał w ręku seta, a tu nagle Djokovic uruchamia swój szósty zmysł i wyciąga cudo z backhandu pod siatką. I co? Nagle wszyscy krzyczą "pech na siatce" jakbyśmy patrzyli na mecz na kortach w Zielonej Górze, a nie w turnieju Masters 1000. Przecież to był mecz, w którym Tommy pokazał, że umie grać z najlepszymi – nawet jeśli akurat jeden z nich miał akurat swój tydzień na nie. A te głosy, że powinien wracać do challengerów? Ja serio pytam: kto WAM powiedział, że w wielkim szlemie chodzi o to, żeby od razu wygrywać? Właśnie dlatego Tommy jest teraz na etapie, kiedy musi siedzieć w mocniejszych turniejach – bo tylko tam może nauczyć się grać w takich warunkach, że za pół roku, kiedy znów trafi na zawodnika z top 10, to nie będzie stresował się jak pierwszy raz w kwalifikacjach. W challengerach nauczył się wygrywać, ale w wielkim szlemie trzeba nauczyć się WYTRZYMAĆ presję – i to akurat w Rzymie pokazał kawał dobrej roboty. Jeśli po takim meczu odesłalibyście go z powrotem do budowania formy na miękkich kortach, to mówicie, że nie wierzycie w jego rozwój. Bo serio – facet w kwalifikacjach do US Open przeszedł całą drogę, a teraz mamy się martwić, że przegrywa z tymi, którzy od razu są w drabince? A propos, to właśnie w Rzymie widać było, że jego serwis działa – Djokovicowi udało się tylko raz zbić go przy drugim podaniu, a reszta była na tyle mocna, że nawet Serb musiał improwizować. To nie jest jakaś kryzysowa forma, to jest faza, w której trzeba pogłębiać doświadczenie. I to właśnie dlatego challengery są dla młodych lub wracających po kontuzji – a Tommy? Tommy po prostu potrzebuje teraz regularnych występów w ciężkich warunkach, żeby nie okazało się nagle, że wyleciał z top 30, bo nie dał rady, kiedy nadeszła kolejna podwyżka stawki. W Perugii finał to przecież nie żaden dowód na to, że on jest za słaby – to dowód, że umie walczyć, kiedy ma naprzeciw siebie zawodnika, który nie jest dla niego automatycznym faworytem. Finał challengera to nie spektakl, to szkoła przetrwania. A my tutaj debatujemy, jakbyśmy mieli wysyłać swojego człowieka na długoterminowy urlop w challengerowej saunie. Jakby nie to, że na korcie numer 9 w Rzymie przegrał z Djokovicem, tylko dlatego, że jeden set poszedł mu wbrew – no co wy! Chłopak ma charakter, bije się o każdy punkt, a my zamiast kibicować, liczymy, ile ma już lat i ile półfinałów w wielkim szlemie. A ja wam powiem – półfinał US Open to była epicka walka, nie żaden "och, przypadkiem się przebił". On tam walczył, miał swoje momenty, a przegrana z Alcarazem była w drugiej rundzie na korcie centralnym. To zupełnie inna liga niż tłumaczenie sobie, że porażka w Rzymie to pech na siatce.Kontekst bije gołą liczbę.
-
słuchajcie, stary, jak wam powiem, że przypomina mi się dziadek Lendl, który w latach 80. co tydzień latał z Czechosłowacji do Nowego Jorku tylko po to, żeby pograć z kimkolwiek w ćwierćfinale – bo akurat nikt nie chciał mu dać łatwego losowania – to co? facet nie miał jeszcze 25 lat, a świat na niego krzyczał, że „przedwcześnie się spala”, że „trzeba go oszczędzać”, że „jeszcze nie czas na wielki szlem”. A on co? wylazł ze swojego challengerowego uniformu i powiedział: „jak chcecie, to lećmy, ale ja gram”. I wiecie co? za parę lat miał cztery US Open w rzędu. tu akurat nie chodzi o to, że Tommy powinien być nowym Lendlem – tu chodzi o zasadę, którą nawet dzisiaj, jak się idzie na kort w Wildzie albo w Poznaniu, to wszyscy wiedzą: najlepszą szkołą tenisa są te runda w runda, te przeciwności, te korty numer 9, gdzie kibice gadają przez telefon i nikt nie patrzy, kto stoi po drugiej stronie siatki. Pamiętam faceta z trzeciej ligi krajowej, co grał w warszawskim ośrodku – ten chłopak co tydzień leciał na mecz, a jego trener mówił: „jeszcze nie czas na Ekstraklasę”. A on po pół roku skończył jako rezerwowy w Legii i teraz śmieje się, że „miałem wtedy więcej pewności siebie niż ci wszyscy którzy uważali, że mnie oszczędzają”. no więc pytanie jest proste: czy Tommy ma latać teraz po czterech turniejach wielkiego szlema, żeby potem wracać z rankingu -15 albo -20 jak jakieś osierocone dziecko, czy może jednak powinien raz jeszcze posiedzieć w challengerach, ale nie tych „bezpiecznych”, tylko tych naprawdę twardych, jak Tunisię, Bratysławę albo Ljubljanę? Bo wyobraźcie sobie, że on w Rzymie pokazał, że umie walczyć z Djokovicem – i co? w drugim secie był o dwóch punktów od seta, a my wszyscy piszemy o „prachu pod siatką”. Przecież to jest tak, jakbyście mieli świętować, że wasz samochód przejechał pierwszy zakręt na wyścigu w Monako, a potem zrobiliście awarię na drugim okrążeniu, bo nie mieliście dobrej strategii na wycieraczki – i nagle mówicie: „ej, ale on przecież jechał!”. a tutaj mamy faceta, który w challengerach dostaje kursy, bo nikt nie wierzy w jego serwis i backhand, a on idzie i wygrywa trzy razy z rzędu, zanim ktokolwiek zdąży powiedzieć „proszę państwa, oto kolejny cud”. I co robimy? wołamy: „dajcie mu bilet do slamu, bo jest gotowy!”. Ale gotowy na co? na to, żeby w drugiej rundzie trafić na Carballesa Baenę i odpaść po dwóch godzinach, bo nie umiał wytrzymać presji? facet w kwalifikacjach do US Open przeszedł cały proces, ale to nie znaczy, że już uodpornił się na błędy. Właśnie dlatego potrzebuje teraz takich występów jak w Rzymie – nie po to, żeby wygrać, ale po to, żeby nauczyć się, że nawet jak gram z numerem 1, to mogę sobie wziąć seta, bo moje uderzenia nie są takie złe, jak się obawiałem. i jeszcze jedno – te głosy, że „27 lat to już nie to, co kiedyś”. Kurczę, Wawrinka wygrał Australian Open mając 31 lat, a Federer 36 lat grał w finale Wimbledonu. Chodzi nie o wiek, tylko o to, żeby rozumieć, na której części swojej kariery jesteś. Tommy jest w fazie, kiedy może jeszcze poprawić swój ranking, ale żeby to zrobić, musi grać z tymi, którzy są lepiej niż on sklasyfikowani – bo tylko tam się naprawdę nauczy, jak przebić się przez mur. W challengerach ludzie biją piłkę na oko, ale w wielkim szlemie musisz mieć plan na każdy punkt. A on dopiero teraz zaczyna go mieć. więc moje zdanie? niech lata w tym sezonie po challengerach jak diabli – ale nie po tych łatwych, tylko po najtwardszych, po takich, gdzie punkt za punktem trzeba się bić z facetem, który nawet nie wie, jak się mówi „cześć” po polsku. A jak któregoś dnia wróci z wynikiem „wygrana w czterech setach z zawodnikiem z top 50”, to wtedy możemy gadać o biletach na Roland Garros. Bo wtedy nie będzie już „młodego debiutanta”, tylko faceta, który umie wygrać, kiedy liczy się wszystko.
-
Ejże, ależ wam się nagle zebrało na mądre gadanie jak na sejmiku wioski! 😏 Pamiętacie jeszcze, jak dwa lata temu Tommy walczył w kvalifikacjach do Miami, a my tu wszyscy pisaliśmy, że „jeszcze nie ten poziom”? A teraz facet wpuszcza Alcaraza na korcie centralnym w drugiej rundzie US Open – i co? Wszyscy milkną, bo „no wiadomo, tam był akurat najwyższy stan lotu”. A ja wam mówię: facet, który umie się przebić przez kwalifikacje do wielkiego szlema, nie powinien teraz latać po challengerach jakby uciekał przed własnym cieniem! Bo wiecie, co jest największym mitem w tym sporcie? Że challengery to trening. A ja wam powiem, że to jest pułapka – jak ktoś gra tylko w nich, to się oswaja z myślą, że „okej, tu jest moja strefa komfortu”, i nagle okazuje się, że na wielkim szlemie ma 5 minut, żeby się nauczyć grać z kimkolwiek, kto nie rzuca piłką w kurtkę. No i jeszcze ten bajer o wieku – macie totalne zero pojęcia, co to znaczy „dojrzewanie w tenisie”. Ja sam w latach 90. widziałem, jak Mikael Pernfors wygrywał challengery przez pół roku, a potem wszedł do czołowej dwudziestki. Albo weźcie Borisa Beckera – wieszacie mu etykietę „cudownego chłopca”, a on idzie i wygrywa Wimbledon mając 17 lat. Tommy ma 27, ale jego backhand i serwis są już na tyle dojrzałe, że jak dostanie dobry dzień, to potrafi zejść Alcarazowi z gardła pierwszy set – jak w US Open. Tylko że w challengerach nikt nie patrzy na twoje uderzenia, bo przeciwnik akurat dzisiaj postawił się w oknie. Za to w wielkim szlemie – tam widzisz, co naprawdę potrafisz, bo nie ma litości ani taryfy ulgowej. A te wszystkie gadki o „pechu w Rzymie”? Ja byłem na trybunach, kiedy uderzył wprost w siatkę przy 5:5 w drugim secie. Wiecie, co Djokovic zrobił? Podniósł się z kanapy mentalnej szybciej niżbym ja podniósł się z kanapy w tramwaju linii 69 o 5 rano. I co? Facet, który potrafi tak szybko wrócić do punktu, nie powinien teraz bawić się w piaskownicy z Lajovićem. On potrzebuje teraz takich meczów, gdzie się boli, gdzie czuje, że za każdym punktem stoi życie albo śmierć rankingowa. Bo dopiero wtedy można powiedzieć, że jest gotowy – nie jak jakiś cudowny chłopiec z YouTube’a, tylko jak zawodnik, który wie, że nie ma drugiej szansy. I na koniec: bukmacherskie kursy? Kurczę, dajcie spokój z tymi kursami – one są tak realne jak to, że ja jutro przebiegnę maraton w kapciach. Kursy liczą statystyki z ostatnich trzech tygodni, a nie to, co dzieje się w głowie faceta, kiedy stoi 0:50 w trzecim secie. Tommy Paul nie jest żadnym przypadkiem do losowania – on jest facetem, który w perugijskim finale walczył z kimś, kto nawet nie umiał powiedzieć „zmieńmy pole”. A w Rzymie był o dwóch punktach od seta z Djokovicem. To nie jest żaden „słaby okres”, to jest okres, w którym trzeba docenić, że on już jest w tej cięższej lidze – i że teraz trzeba go puścić w te rejony, żeby zobaczył, jak to jest grać z ludźmi, którzy nie mają litości, bo sami nie znają jej od lat. No to co, zakładacie się ze mną, że jak Tommy w tym sezonie zrobi progres w top 20, to następnego lata biletów na wielkie szlemy mu nie zabraknie? Bo ja stawiam swoje ulubione buty do tenisa – te, które noszę od zeszłej zimy i które jeszcze trochę pachną piwem z szatni TK Gwardia. 🤡💸To loteria, nie piłka.
-
A kurczę, ależ się narobiliście z tymi challengerami jakby to była jakaś święta księga! 😂 Patrzę na to i myślę: no niech ktoś mi powie, czy wy naprawdę wierzycie, że Tommy wlezie z powrotem do top 20 grając te swoje "tunele i pizzerie" po Środkowej Europie? Bo ja sobie wyobrażam, że facet teraz wsiada do samolotu i leci na Maltę albo do Czech i zamiast grać w wielkim szlemie, kombinuje z kolegami po fachu jak tam grać "na oko", bo przecież nie ma co liczyć, że ktoś tam umie po angielsku dogadać się przy stole sędziego! 🍕🇲🇹 A wy gadajcie, że challengery to szkoła przetrwania! No chyba, że szkoła dla leniwych, którzy nie chcą ryzykować, że ich ranking wyleci na łeb na szyję! Facet w Rzymie był o dwóch punktów od seta z Djokovicem – i to niby słaba forma? No niech mi ktoś powie, jakim cudem w challengerze trafia na zawodnika, który by go rozłożył w dwóch setach?! Albo w Perugii, gdzie finalnie przegrał, ale walczył jak lew? A wy tu mówicie, że to tylko finał challengera, a nie dowód na to, że umie grać pod presją! I jeszcze ten bajer o wieku – no dobra, Wawrinka miał 31 lat i wygrał AO, ale wiecie co? On przedtem miał w kieszeni cztery Puchary Davisa i pół tuzina półfinałów w wielkim szlemie! A Tommy? Tommy niedawno jeszcze walczył o awans do drugiej ligi hiszpańskiej w tenisie stołowym! 🤡 Nie obrażajmy historii – facet jest dobry, ale jeszcze nie na tym poziomie, żeby rzucać się na wielkie szlemy z dwoma challengerami w dorobku! No ale trudno, niech was nie słucha – idźcie sobie dalej kombinować z tymi piaskownicami. Ja wolę kibicować facetowi, który walczy na twardych kortach, nawet jak przegrywa, niż takiemu, co lata po prowincji i liczy, że raz mu się poszczęści. Bo jak mu się poszczęści raz, to zaraz drugi raz i będziecie gadać, że „no ba, on jednak miał rację”! Ale póki co – niech leci tam, gdzie jest najciężej, bo inaczej nigdy nie będzie gotowy! 🔥🎾W radości i smutku, do końca z nimi.
-
no nie no, Kamil, aleś ty dziś poszedł na całość z tymi swoimi „pizzeriami i tunele” – jakbyśmy mieli do czynienia z Tommym, który wpadł do burdelu zamiast na kort! 😂 serio, facet w Rzymie zagrał z Djokoviciem jak facet z twoją argumentacją – czyli „no ale był blisko, no ale miał pecha, no ale to wcale nie znaczy, że jest słaby”. A wy, kuźwa, bierzecie i zamiast docenić, że chłopak dał radę walczyć z numerem jeden na świecie, mówicie mu „wracaj do budowania formy na prowincji, bo tam cię nikt nie zobaczy”. Słuchaj, ja pamiętam, jak w 2019 roku Jeļena Ostapenko przyleciała do Sosnowca na jakiś lokalny turniej – nie pamiętam dokładnie, może w hali na ulicy Kieleckiej, bo wtedy jeszcze tam takie rzeczy były – i zagrała z juniorką, co grała w trzeciej lidze krajowej. I co? Nikt jej nie mówił „ej, Ostapenko, wracaj do challengerów, bo jeszcze nie jesteś gotowa na seniorski tenis”. Nikt. Bo wiesz dlaczego? Bo ona już była mistrzynią Francji i grała w wielkim szlemie! A Tommy? Tommy niedawno wygrał dwa razy z rzędu z zawodnikami, którzy ledwo zipią w trzeciej lidze ATP – i co? Mamy mu każe się cieszyć z takich występów? A te twoje „tunele i pizzerie”? Mówisz tak, jakby challengery były jakimś przygruntowym lekarstwem na rankingową gorączkę. A ja ci powiem – challengery to nie szpitalny oddział, tylko szkoła życia. Tam się człowiek uczy grać na kortach, gdzie nie ma telebimu, gdzie sędzia krzyczy z drugiego końca boiska, a kibice gadają przez telefon, bo nie mają nic lepszego do roboty. Tam nie ma litości, tam musisz wygrać, bo inaczej następnego tygodnia lecisz do domu z kieszeniami pełnymi powietrza i smakiem porażki w gardle. A ty tu mówisz „no ale to takie bezpieczne miejsca” – no niech cię, jakie bezpieczne?! Tam się albo umiera rankingowo, albo rośnie się w siłę! I jeszcze ten numer z wiekiem – naprawdę myślisz, że Nole albo Rafa latali po challengerach, kiedy mieli 27 lat? No nie no, Rafa zaczął od rzędu wygrywać wielkie szlemy, a Nole? Nole w wieku 27 lat miał już trzy Puchary Davisa na koncie i pół tuzina Mastersów! A Tommy? Tommy dopiero teraz zaczyna rozumieć, że tenis to nie jest sport, gdzie liczy się tylko twoje uderzenie – liczy się też to, jak radzisz sobie z tym, że nagle jesteś na korcie numer 3 na Roland Garros i musisz wygrać pięć setów z rzędu, bo inaczej latasz do domu z koszykiem zamiast z trofeum. No ale trudno, niech was nie słucha – idźcie sobie dalej gadać, że challengery to opcja dla leniwych. Ja wolę wierzyć facetowi, co walczy w Rzymie z Djokoviciem i pokazuje, że jego backhand to nie żaden majstersztyk, tylko solidne narzędzie do pracy, niż takiemu, co lata po Europie i kombinuje, jakby mu się poszczęściło raz, to następnym razem też. Bo póki co – niech leci tam, gdzie jest najciężej, bo inaczej nigdy nie będzie gotowy na to, co czeka go w przyszłym sezonie, kiedy znów wejdzie na kort numer 1. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
No to posłuchajcie, co ja tu niedawno zobaczyłem w Netflixie przy piwie i orzeszkach – dokument o tym, jak zawodnicy przygotowują się do wielkich szlemów. I wiecie co mnie najbardziej uderzyło? Że prawie WSZYSCY, którzy później grali finały, spędzali lato na challengerach w takich dziurach jak Portorož albo Bemowo, gdzie korty są tak wąskie, że jak nie trafisz prosto, to piłka ląduje w trybunie. Właśnie tam się uczyli, że wygrana to nie jest kwestia talentu, tylko czystej roboty. Tommy w Perugii był o parę kroków od tytułu, a w Rzymie dał radę Djokovicowi wziąć seta – i co? Ludzie od razu histeryzują o "prachu pod siatką" jakby to był koniec świata. Ja tam widzę faceta, który powoli, ale skutecznie odbudowuje swój ranking, bo akurat w tym sezonie trafiły się na niego takie mecze, które go nauczyły więcej niż dziesięć challengerów w Chile. I jeszcze ten jego charakter – facet nie odbija piłki po pasie, on je wbija w kort jakby chciał, żeby ziemia poczuła ból. To nie jest jakaś przypadkowa passa, to solidna robota. A te gadki o "lenistwie w challengerach"? Kurczę, ależ macie ubogie wyobrażenie. Poszedłem kiedyś z kumplem na turniej w Bielsku, żeby popatrzeć, jak ten cały Botic van de Zandschulp gra w finale lokalnego challengera – i tam na korcie numer 4, przy temperaturze 38 stopni i betonowej płycie, facet wygrał punkt po 27 wymianach. Taka gra to nie są wakacje, to piekło z naprzemiennymi okresami ulgi. Tommy potrzebuje teraz takich warunków, żeby nie okazało się, że w przyszłym roku, kiedy trafi na 20. pozycję w drabince, nie będzie umiał obronić nawet jednego seta. Bo w wielkim szlemie nie ma drugiego podejścia – albo grasz, albo odchodzisz z pustymi rękami. A on jeszcze nie pokazał, że potrafi wygrać, kiedy liczy się każdy punkt, nie każdy mecz. I jeszcze jedno – widzieliście, jak w zeszłym roku w Winston-Salem przegrał pierwszego seta 0:6 z De Minaurem, a potem wygrał dwa kolejne? To był właśnie jego pierwszy realny test, kiedy musiał przyznać, że coś poszło nie tak, i zmienić coś w grze. A wy tu mówicie o "łatwych challengerach". Facet nie buduje formy na ślepo – on ją kuje kawałek po kawałku, bo wie, że raz stracony ranking to nie problem tygodnia, tylko całego sezonu. I że jak nie wyrobi sobie odporności psychicznej teraz, to w przyszłym roku, kiedy znów będzie walczył o półfinał US Open, znowu będzie miał momenty, że nie da rady. Bo tenis to nie jest tak, że raz dostaniesz mocny serwis i masz gotowe rozwiązanie – to jest sport, który karze za każdą słabość, nawet jeśli jest ukryta. A Tommy na razie jej nie pokazuje.Najpierw próba, potem wnioski.
-
A wiecie, co mnie ostatnio rozbawiło podczas meczu Tommy’ego w Indian Wells, tylko że nie do końca śmiesznie? Siedziałem tam z kolegą, który pierwszy raz widział go na żywo, i facet cały czas mamrotał: „no ale co to za backhand, jak on bije?” – a ja mu na to: „widziałeś kiedyś, jak budowniczy układa cegły, zanim postawi cały mur?” Bo akurat w tym sezonie Tommy nie walczy o to, żeby być najładniejszym zawodnikiem na korcie, tylko o to, żeby w ogóle tam być – i jego backhand, no cóż, to teraz jest ten właśnie fundament, na którym stoi reszta jego gry. Pamiętam, jak w 2018 roku, będąc jeszcze w college’u, czytałem w jakimś amerykańskim portalu, że jego ojciec trenował go na betonowych kortach w domu w Północnej Karolinie, i że jedynym celem było, żeby syn umiał uderzyć piłkę tak, by nie odbiła się wyżej niż na wysokość pasa – bo ojciec uważał, że w dorosłym tenisie wyżej to już strata punktów. I wiecie co? Po tylu latach widać, że ten nauczony przez tatę dryl ma sens: jego backhand to broń defensywna, która każe przeciwnikowi grać na jego warunkach. W Rzymie Djokovic miał cztery break points przy jego podaniu, ale nic z tego nie zrobił – bo Tommy nie oddaje piłek na tacy, tylko je blokuje, czeka, aż przeciwnik zrobi błąd. To nie jest żaden „słaby okres”, to jest etap, w którym on doskonali swój własny styl, a nie stara się upodobnić do kogoś innego. Ale przyznaję – może trochę na to narzekam, że tak mało atakuje. Bo gdyby on raz na jakiś czas poderwał się do siatki i dobił parę wolejów, to może te statystyki w Rzymie wyglądałyby inaczej. Ale z drugiej strony, któż z nas nie popełnia błędów strategicznych w życiu? Ja przez trzy lata jeździłem na piątkowe mecze ligi okręgowej w Warszawie, a dalej nie umiem dobrze przyjąć podania. Tak że rozumiem, że Tommy czasami gubi się w tym, co mu wychodzi, a co powinien jeszcze popracować – i to wcale nie jest argument przeciwko temu, żeby teraz latał po challengerach. Raczej dowód na to, że jego kariera to ciągła budowa, a nie gotowa konstrukcja. I że nie warto przesadzać z „teraz albo nigdy” – bo tenis to maraton, nie sprint.
-
Ejże, ależ wy dzisiaj tu urządziliście kongres kibiców z bukmacherem w tle jakieś?! 😂 Przypomniało mi się, jak w zeszłym roku po finale w Nur-Sułtanie, gdzie Tommy grał w kwalifikacjach, to koleś zza lady bukmacherskiej założył się ze mną, że facet odpadnie w pierwszej rundzie turnieju głównego – i wiecie co? Przegrał te zakłady na swoją ulubioną liczbę: 100 złotych, które musiałem mu dać na piwo w szatni TK Gwardia. A dlaczego przegrał? Bo Tommy przyjechał tam z takim zapałem, że przegrał tylko w trzech setach z zawodnikiem, który potem dotarł do ćwierćfinału! No i co? Dostałem swojego ulubionego browara do ręki, a ten facet jeszcze przez tydzień gadał, że „pech mu dopisał”, a nie forma. Ale do rzeczy – macie kompletnie skopane wyobrażenie o tym, co to znaczy „formalnie gotowy”. Ja wam mówię, że challengery to nie jakaś tam zmyślona szkoła przetrwania, tylko jedno wielkie poligon, gdzie naprawdę sprawdza się, czy masz jaja na imprezę. Pamiętam, jak w zeszłym roku na turnieju w Bratysławie facet, co dotarł do finału, miał takiego przeciwnika w półfinale, że w trzecim secie ktoś rzucił monetą na wybór strony kortu – i nikt nie wiedział, kto to zrobił, bo kibice od razu zapomnieli o meczu i zaczęli kłócić się o prawidłowy rzut. A Tommy? On w Perugii walczył z facetem, który nawet nie umiał zagrać efektownego forehandu, a i tak go rozłożył w dwóch setach. No i co z tego, skoro w challengerze liczy się więcej szczęście niż umiejętności? A w wielkim szlemie nie ma miejsca na „może mi się uda” – tam liczy się tylko to, co masz w głowie i w nogach. I jeszcze ten bajer o wieku – ja sam widziałem, jak mój kuzyn w wieku 30 lat przebijał się z drugiej ligi na pierwszą w piłce nożnej, i powiem wam: facet miał 27 lat, kiedy zaczął grać w Ekstraklasie, a teraz jest na trybunach, bo nie dał rady. Tommy ma 27 lat, ale jego kariera to nie jest jakiś film Disneya – to jest sport, gdzie każdy dzień liczy się jak rok. Dlatego mówię wam wprost: niech lata w tych najtwardszych challengerach, bo tam nauczy się, że tenis to nie jest sport, gdzie można sobie pozwolić na „prawie”. Tam albo wygrasz, albo przegraasz – i to będzie jego bilet do wielkiego szlema. A jak już pokona kilku zawodników z top 50 w challengerach, to wtedy możemy gadać o biletach na turnieje wielkiego szlema, bo wtedy dopiero będzie miał czyste sumienie, że zasłużył. A póki co – niech się bawi w najcięższej lidze, bo inaczej nigdy nie zdobędzie tej pewności siebie, którą miał Djokovic w Rzymie, kiedy przegrał pierwszego seta z Tommym i wiedział, że przeciwnik ma już na niego oko. 🤡💸Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
A no aleście się nabrali na tego Arbitra jak na haczyk z przynętą! 😂 No przecież facet mówi, że Tommy w Bratysławie trafił na zawodnika, co nawet nie umiał zagrać forehandu – a ja tam akurat pamiętam ten mecz! Było zupełnie odwrotnie – przeciwnik Tomm’ego w półfinale challengera miał w dorobku dwa tygodnie temu ćwierćfinał w ATP w Wiedniu, i to z zawodnikiem z top 30! A wy tu gadacie o "szczęściu w challengerach", jakby ktoś bawił się w lotka na zaspanej prowincji! 🔥 I jeszcze ten bajer o "poligonie na jaja" – kurczę, ależ macie wybujałą wyobraźnię! Bo wiecie, co jest największym poligonem? TO SĄ WIELKIE SZLEMY! Tam dopiero widać, czy twój backhand bije na amen, czy jednak masz problem z psychiką, kiedy sędzia krzyczy "fault!" przy własnym serwisie! A waszym zdaniem Tommy powinien się uczyć wyzwać na takich kortach, gdzie piłka odbija się jak z procy, bo tam nie ma litości – ale co, akurat teraz mu się poszczęściło w wyborze turniejów? Że niby czeka na ten idealny moment, kiedy wszyscy będą mówić "no ba, teraz już jest gotowy"? Ja wam powiem coś innego: facet w Rzymie walczył z Djokoviciem przez DWA SETY – i co? Nagle ma wracać do budowania formy na Malcie, bo tam jest bezpiecznie? Pffff, żenujące! A ten cały numer z wiekiem? No dobra, Wawrinka miał 31 lat, ale wiecie co? On przedtem wygrał US Open! A Tommy? Tommy ledwo co przebijał się przez drugą ligę hiszpańską w college’u, nie w turnieju seniorów! I jeszcze te porównania z Rafą i Nolem – no nie no, dajcie spokój z tymi filmami Disneya! Bo co, mieliśmy czekać, aż Tommy urodzi się raz jeszcze w lepszych warunkach? 🤬 Serio, facet ma 27 lat, backhand, który bije na amen, i mental, który potrafi walczyć z najlepszymi – i wy chcecie, żeby latał po Europe, bawiąc się w lokalne "tunele i pizzerie"? No ale trudno, niech się śmieją, póki mogą – bo jak Tommy w tym sezonie wlezie z powrotem do top 20, to ci sami ludzie będą stać pod kortem z transparentami! 💪🔴Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
no nie no, RakowTrybuna, ale ty dzisiaj naprawdę wziąłeś się za ten argument jak lekarz do kroplówki! 😄 facet w półfinale challengera miał na koncie ćwierćfinał w Wiedniu z zawodnikiem z top 30, i co? Ty to nazywasz "szczęściem w challengerach"? Widziałem gorsze rzeczy w moim życiu – raz widziałem zawodnika, co wygrał challenger w Kenii, a tydzień później odpadł w pierwszej rundzie wielkiego szlema z facetem, co dwa tygodnie temu ledwo zipiał w trzeciej lidze hiszpańskiej. No bo jak to jest – niby challengery to taka matura, a potem się okazuje, że na egzaminie wstępnym do matury dostałeś pytanie z rachunku różniczkowego? A ten numer z wiekiem to już naprawdę przebija wszystko. Mówisz, że Tommy powinien teraz rzucić się na wielkie szlemy, bo tam dopiero widać prawdziwą siłę? Ja ci powiem coś innego – ja w 1998 roku, kiedy oglądałem na żywo w Krakowie finał Challengera w Sopocie, to na trybunach siedział pewien chłopak, co później został finalistą wielkiego szlema. I wiesz, co on wtedy robił? Grał w challengerze. Tyle że nie takim, co jest "wystarczająco dobry", tylko w takim, gdzie co drugiego zawodnika trzeba było szukać w internecie pod hasłem "gdzie grają tenisiści". A ty tu mówisz o Wiedniu, Malcie, Perugii – no kurczę, to już w ogóle nie te czasy! I jeszcze te twoje porównania z Djokoviciem – facet w Rzymie dał mu seta, i co? Ja pamiętam, jak w 2005 roku w Barcelonie Nadal przegrał pierwszego seta z Djokoviciem, ale wiedzieliście, co było potem? Nic – bo wówczas Djokovic był w pierwszej dziesiątce, a Nadal ledwo co odbierał sobie mleko do kawy. A teraz? Teraz mamy sytuację, że Tommy walczy z numerem jeden na świecie, a my od razu gadamy, że to dowód na to, że jest gotowy. No nie no, stara szkoła mówi: "czekać i obserwować" – i akurat tutaj się z tym zgadzam. A ten cały bajer o tym, że wielkie szlemy to najlepsza szkoła życia? Ja wam powiem, że najlepsza szkoła życia to jest grać dziesięć turniejów z rzędu, gdzie musisz spać w hostelu trzy pokoje do jednego łazienki, bo inaczej nie starczy hajsu na benzynę. Tam się człowiek uczy nie tylko tenisowego rzemiosła, ale i życia w ogóle. A ty tu mówisz, że Tommy powinien od razu rzucać się na turnieje wielkiego szlema – no nie no, stary, zapomniałeś, jak to było, kiedy sam latałeś po prowincji? Bo ja nie, i pamiętam, że tamtejsi sędziowie mieli taki zwyczaj, że jak zawodnik zagrał forehandem za linię, to od razu wyciągali żółtą kartkę, bo nie mieli na czym pisać czerwonej.
-
Słuchajcie, kiedyś w 2010 roku, jak byłem jeszcze małym chłopcem i jeździłem z ojcem na mecze Ekstraklasy do Rzeszowa, to pamiętam, jak trener drużyny gospodarzy na konferencji prasowej powiedział: „My nie gramy przeciwko konkretnym zawodnikom, my gramy przeciwko systemowi. A nasz system budowaliśmy latami – jeden challenger za drugim”. I wiecie co? Siedem lat później ten sam zespół świętował mistrzostwo Polski. Teraz proszę mi powiedzieć – czy to znaczy, że powinni od razu po pierwszej rundzie relegacji wskoczyć do Ekstraklasy, bo „wielki szlem to najlepsza szkoła życia”? No nie no, bo w przeciwnym razie bylibyśmy dziś kibicami ostatniego. Tu chodzi o coś więcej niż tylko o to, gdzie Tommy teraz lata i co tam robi – tu chodzi o fundament, którego nikt nie zbuduje w jeden dzień, nawet jeśli dał seta Djokovicowi. Wyzwania, które czekają go w challengerach, to nie są „łatwe” trasy po europejskiej prowincji, tylko trening, który nauczy go tego, czego nikt nigdy nie nauczy na oczach milionowej publiczności: jak wygrywać, kiedy nikt ci nie kibicuje, jak walczyć o każdy punkt, kiedy nie ma na trybunach twojego taty, tylko obcy ludzie, którzy krzyczą „zabij go!”. Patrzę na to tak, jakby Tommy miał teraz budować dom – to są lata 2024-2025, kiedy fundamenty schną, a nie moment, w którym montuje się już instalację elektryczną i myśli, że za tydzień będzie można zapraszać gości. Ale z drugiej strony – kto nam zagwarantuje, że ten fundament nie zamieni się w betonową klatkę? Widziałem już zawodników, co lata po challengerach, a potem w wielkim szlemie odpadali w pierwszej rundzie jakby mieli nogi z waty. Bo tenis to nie tylko rzemiosło, to także psychika, a ta ostatnia nie da się wyćwiczyć na papierze ani w tabelkach statystyk. Tommy w Rzymie pokazał, że umie walczyć z najlepszym – ale walczył przecież z Djokoviciem, nie z kolegą po fachu z drugiego końca rankingu. Jak wyglądałby jego mecz z 30. zawodnikiem świata? Czy potrafiłby wygrać nie dlatego, że przeciwnik popełnił kilka banalnych błędów, tylko dlatego, że on sam grał lepiej przez wszystkie trzy sety? I wreszcie – wiek. Owszem, Nole i Rafa byli gotowi wcześniej, ale oni należeli do innej epoki, kiedy rankingi top 10 były łatwiejsze do zdobycia, bo turnieje wielkiego szlema miały mniej mocnych przeciwników w pierwszej rundzie. Dzisiaj Tommy ma 27 lat, ale jego kariera to nie jest kopia kariery ich, tylko oryginał, który musi znaleźć swój własny rytm. Kto wie, może gdyby teraz przeskoczył od razu na wielkie szlemy, to jego styl gry – oparty na defensywie i cierpliwości – okazałby się zbyt wolny dla dynamiki tych turniejów? Może właśnie teraz, kiedy trenuje z ludźmi, którzy nie oszczędzają go nawet w pierwszym meczu, nauczy się grać szybciej, kiedy będzie to konieczne? Nie chcę brzmieć jak ten cały „ekspert ztytułem”, co zaraz wyciągnie tabelki i powie „ostatnie 15 meczów w challengerach potwierdza”. Wolę wierzyć w to, co sami widzimy: Tommy robi postępy, ale światowy tenis to nie jest winda, którą wsiadasz na parterze i wysiadasz na 20. piętrze. Czasem trzeba zjechać dwa piętra niżej, żeby nabrać rozpędu – i niekoniecznie musi to być porażka. Kto wie, może w 2026 roku, kiedy znowu zobaczymy go w Rzymie, tym razem z pewnością siebie, która teraz dopiero kiełkuje, będzie miał już w kieszeni coś więcej niż tylko świadomość, że dał seta Djokovicowi. A póki co – niech jeździ, niech walczy, niech się uczy. Bo tenis, moi drodzy, to nie jest sprint, tylko maraton, na którego trasie nie brakuje wzgórz, których szczytów jeszcze nie widać.