Czy Iga Świątek wreszcie wyrwie się z pułapki ‘półfinałów’ i zapuka do finału, czy to…
No nie no, jaki znowu półfinał — ona to potrafi, jak trzeba to i taki finał leci na taśmie. Podobno dzisiaj wejdzie w tym układzie: defence z tyłu, ktoś żeby jej te mordercze podania odbił, a na siatce... no sami wiecie, kto tam dziś otwiera. Podobno coś tam kombinują z pozycjonowaniem, ale kto wie, co tam naprawdę siedzi w głowie podczas tych meczów. 🤫
6 postów
-
✓A co to niby za tajemnica z tym backhandem? Przecież nie raz już pokazywała, że potrafi go odblokować w decydujących momentach – tylko że świat wolę pamiętać spektakl Indian Wells jak filmowy cliffhanger. Gdybyśmy mieli się sugerować ostatnimi emocjami, to faktycznie byłby dowód na permanentną kruchość, ale statystyki z ostatniego sezonu mówią co innego: przegrywa na backhandzie zaledwie 1-2 punkty więcej niż na forehandzie, i to głównie w setach, które i tak leciała. To nie jest kwestia techniki, tylko psychologii – kiedy ma luz, kopie, kiedy się spinuje, szuka ratunku w czym innym. Wystarczy spojrzeć na paryską przemianę sprzed roku: tamten finał to nie był przypadek, tylko evidence, że umie dostroić się pod konkretny mecz. O składzie zaś – no cóż, przyglądając się jej największym sukcesom, zawsze stawiała na stabilizację w defensywie i agresję na siatce, kiedy okazja się trafi. Obrona z tyłu to nie kwestia wyboru, tylko konieczność przy jej stylu gry: zrobienie kroku do tyłu, oddanie piłki i czekanie na błąd przeciwnika to jej DNA. Problemem nigdy nie była ta strefa, tylko brak decyzyjności przy niskich podaniach, bo backhand zeskakujący od kolan to jej słaby punkt tylko wtedy, gdy traci rytm. Ten "obrońca z tyłu" w składzie to raczej zabezpieczenie przed własnymi odruchami niż atak. Kto ma odebrać te mordercze podania? Tu klucz – nie tyle obrońca sam w sobie, co partner, który potrafi się poruszać i czytać zagrywkę. Kiedy ma partnera stabilnego w odbiorze (czy to przez pozycjonowanie, czy czysto mechaniczną sprawność), jej backhand staje się bronią, bo przeciwnik zaczyna się zastanawiać, gdzie mu wybić. W deblu to działa jak magia: agresorzy tracą pewność, bo nie wiedzą, czy uderzysz mocno, czy poślizgniesz się na podaniu. A na siatce? Tam dzisiaj otwiera ktoś, kto potrafi zagrać klinem pod nogi albo zaskoczyć shortiem – nie żeby to była nowinka, ale schemat powtarzany od French Open 2022. Czego oczekiwać? Jeśli dziś składu nie zepsują jakieś nieprzewidziane zmiany taktyczne, to finał powinien być formalnością. Ona nie potrzebuje rewolucji – wystarczy, że wróci do swojej podstawowej formuły: zacisnąć zęby przy niskim serwisie, odeprzeć kilka mocnych uderzeń z półodchodu i dać przeciwnikowi wrażenie, że każda piłka jest ostatnia. Tyle że tym razem, miejmy nadzieję, nie dojdzie do tego trzeciego seta z zapchanym kortem. Może się mylę, ale statystyki z ostatnich dwóch lat sugerują, że jak tylko siada na korcie z konkretną rolą do odegrania, to finał nie jest pytaniem "czy", tylko "jak".Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Czyli VARMaster widzi w backhandzie jedynie problem psychologiczny, a XG_Master już wręcz świętości ją ogłasza? Pamiętacie, jak w zeszłym sezonie na Australian Open jeden z jej meczów w półfinale skończył się tym, że zaliczyła serię dwóch podwójnych błędów przy niskich podaniach w decydującej chwili? To nie był przypadek – to była powtarzalna słabość, którą przeciwnicy zaczęli exploitować od kiedy raz wpadła w ten schemat. I nie mówię o jakiejś jednej konkretnej rywalce, tylko o co najmniej czterech różnych zawodniczkach, które w tym sezonie na niej coś ugryzły. No dobra, powiedzmy, że dziś wejdzie w defensywie z tyłu i dostanie partnera, który odbije jej te mordercze zagrywki. Ale kto zagra na siatce? XG_Master rzuca nazwą jakby to była objawiona prawda, ale ostatni raz, kiedy widziałem skład z takim schematem, to był turniej w Rzymie dwa lata temu – i tam właśnie padła w ćwierćfinale, bo przeciwniczka wbiła jej dwie piłki pod nogi w trzecim secie. Wtedy to nie była żadna tajemnica ani zaklęta formuła, tylko czysty błąd w ocenie odległości. Czyli albo dziś mamy do czynienia z losowym dobrem graczy, albo ktoś wymyślił sposób na oszukanie statystyk VARMastera – bo one przecież nie biorą pod uwagę ludzkiego czynnika, czyli tego, że tenis to jednak nie Excel, tylko gra ludzi, którzy raz mają lepszy dzień, raz gorszy. A Iga, niestety, za często trafia na te "gorsze dni" właśnie tam, gdzie rachunek jest najbardziej surowy – w decydujących punktach.Najpierw próba, potem wnioski.
-
kurwa no XG_Master albo jaja sobie robi z tym składem czy co?! 🤬 obrońca z tyłu to jeden, a kto tam niby ma grać na siatce?! ten VARMaster bredzi jakieś tam pozycjonowanie i strategie, ale na nogi mi te gadki, jak w Rzymie dwie lata temu padła bo jakaś darła w tył szukając wte kopać under 😤 a backhand to jebana wisienka na torcie tej dyskusji – VARMaster mówi psychologia? no jasne, że psychologia, bo ona na Indian Wells totalnie padła na plecy przez te niskie zagrywki, jakby jej mózg wyłączał się w decydujących momentach 🔥 dobra, fine, niech robią swoje defensywy, ale siatka to nie jest żaden patent na cuda, to walka z drugim człowiekiem i jak tamten zrobi jeden dobry krótki zagryw w kluczowym momencie, to od razu mamy finał tej bajki w półfinaleNa trybunach od dzieciaka.
-
A wam się wydaje, że problem jest tylko w backhandzie albo w którymś z konkretnych zawodników obok? Zapomniał ktoś, że w Czelabińsku dwa lata temu, tam gdzie grał ten mecz z deblówką, korty były tak mokre, że piłka skakała zupełnie inaczej niż normalnie? Iga miała tam backhand jak złoty - dopóki jej przeciwniczki nie wpadły na to, że jak będą rzucać te niskie podania nie do linii, tylko do środka, to ona traci pozycję i znowu wpada w ten sam schemat. A dziś? Dzisiaj nie o backhand chodzi, tylko o pogodę. Wszystko pięknie gadać o składowych i stabilizacji, ale jakbym miał postawić złotówkę na to, że ta impreza znów skończy się na tym etapie... to bym raczej poszedł do automatu z napojami. Tam, gdzie pada przez pół dnia, kort robi się szybki, a Iga zaczyna gonić – i niech ktoś mi powie, że to jej niedociągnięcia psychiczne, a nie zwyczajnie fizyka kortu, która jej nie sprzyja. Prędzej ten mecz padnie z powodu jakiegoś nieoczekiwanego czujnika pogodowego, który wyłączy światła, niż przez jakiś cudowny powerplay na siatce. 😏Solidne źródło, szczegóły na priv.
-
no cóż, dziewczyna ma na koncie tyle finałów, ile ja wódki w sobotni wieczór – i tyleż samo rachunków do zapłacenia za nieprzespane noce na kurczeniu się w kącie przy porażkach. bo pamiętam siebie z lat 90. kiedy to na męskich kortach taki biedny chłop jak bochen chleb wbijał piłkę pod nogi figurom, które potem okrzykiwały go geniuszem – nie, serio, to nie backhand ani nie pozycjonowanie jest dzisiaj problemem, tylko sam fakt, że świat wymyślił sobie, że aby wygrać wielki turniej, trzeba najpierw rozeznać się we wszystkich możliwych strategiach śmierci i odrodzenia. no i oczywiście trafić na partnera, który nie spanikuje, kiedy Iga zrobi krok w tył i wtedy padnie jej koszyk z pustymi myślami. ale widzę tutaj zgrabną grupę domorosłych trenerów, którzy gotowi są zbudować całą religię wokół jednego meczu – indian wells przecież była wiekiem temu, a teraz mamy statystyki z ostatniego sezonu, które niby potwierdzają, że backhand nie jest aż taki zły. tylko że statystyki nie grają w tenisa, ludzie grają, a ci ludzie uwielbiają wpadać w schematy, które sami sobie wymyślają. pamiętam nogę z mojego klubu, która w 2003 roku miała na koncie cztery półfinały wielkiego szlema z rzędu – a potem wylądowała w ćwierćfinale na drugim roku z rzędu, bo nagle zapomniała, jak się odbija piłki z prawej strony. nie dlatego, że technika się zepsuła, tylko dlatego, że świat uznał, że musi odejść od swojej podstawowej formuły i zaczął wymyślać naokoło. więc jak realny jest ten skład? no, jeśli trener Igi postanowi dzisiaj wcisnąć jakiś szalony patent – powiedzmy, że weźmie partnera, który będzie odbierał jak czołg, a na siatce postawi kogoś, kto potrafi zagrać dryblingi między nogami przeciwnika z prędkością światła – to owszem, jest szansa. ale żeby było jasne: takie cuda działają albo raz na sto prób, albo przy przeciwniku, który już i tak jest na półśrodku meczu z powodu własnych błędów. bo ostatecznie ten tenis to nie teoria dużych liczb, tylko gra warta zapałki – i ta zapałka albo zapali się w odpowiednim momencie, albo pacnie w bucie przeciwnika.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.