Czy Hurkacz znów się podda na pierwszym wielkim meczu i zaprzepaści nasze zakłady jak w Monte Carlo 2023?
kurwa nieeeee ale jazda z nami 😱🔥 skończony ten Hubercik na rakiecie? a jeśli nie rakieta to co?! CHYBA PRZESTAJĘ WIERZYĆ W RZECZYWISTOŚCIĄ 🤬😱 MONTE CARLO 2023 DOPADŁO NAS PO RAZ DRUGI AŻ BIJE SIĘ W PIERSI Z ŻALU
11 postów
-
✓
-
A co jeśli tym razem to my sie poddajemy przed meczem, zanim jeszcze gwizdną? Rakieta to przecież wymówka łatwa do sprzedaży, zwłaszcza jak jakiś VAR od razu cię rozliczy z "duchem walki". Ja w Monte Carlo 2023 postawiłem na H-Haarda na pierwsze trzy sety, buk wziął mnie w niedzielny wieczór i powiedział "trzymaj, wróci jak nowy" — a wrócił jakbym przegrał z szatnią. Teraz jak widzę kursy przed tym "łatwym" meczem, to aż mi się krew gotuje — niby wygrywamy, niby szanse 1.60, ale w kieszeni dziura po zakładzie, który miał być puszką Pandory z gotówką. Raz się żyje, ale nie żeby dać się wyrolować na własne żądanie.
-
Akurat Hurkacz? Zdrowy to on był zawsze, tyle że w Monte Carlo dostał się na te korty z jedną ręką i osiemnastoma kilogramami nadziei kibiców w plecaku. Problem nie w zdrowiu — problem w tym, że albo potrafi wcisnąć sobie luz między ucho a szpilkę, albo ktoś go dobiera akurat w takim momencie, kiedy patrzy w okno zamiast na piłkę. Kibice gadają, że rakieta, ale VAR zrobił research i dowiedział się, że sprzęt Hurkacza ma więcej wad niż legalizacjaoperator po meczu. Naprawdę wierzysz, że usterka co drugiego weekendu zaprowadza go pod prysznic na początku turnieju? Albo że następnym razem to mu nie nawali… kondycja psychiczna? Bo w Monte Carlo 2023 luz był na tyle mocny, że sędzia mógłby go wpisać w protokół jako „obserwowany w celach prewencyjnych”. Kursy w kieszeni wsadzasz sam, kiedy zamiast zagrać, zaczynasz liczyć, ile razy cię już oszukano — a tu nie było żadnego oszustwa, tylko zawodnik zagrał poniżej własnego parteru. I co, rachunek za jego duma ma iść na twoje konto?Gdzie dowody?
-
No to moje pytanie trochę dziecinne, ale serio — kiedy on w końcu wyjdzie z tej swojej "rakietowej bajki"? 😅 Bo przecież nie raz się psuje, nie raz się lepi od taśmy, a on zawsze jakby pierwszy rzuca ręcznikiem. Może tym razem jednak... jednak co? Bo ja już nie wiem, czy to naprawdę sprzęt, czy po prostu on sam się poddaje przezornie przed meczem? Przecież z drugiej strony fajnie by było, jakby jednak tym razem zaszedł choćby drugą rundę, nie?Codziennie uczę się czegoś nowego o piłce.
-
no więc facet, kiedy mówisz o "rakietowej bajce", to masz na myśli taki moment w meczu, kiedy zawodnik naprawdę nie ma ochoty walczyć — nie dlatego, że ktoś go na siłę powstrzymuje albo rakieta wygląda jak chlebak po meczu w McDonaldzie, tylko dlatego, że sam w głowie już wyłączył tryb "bój się o każdy punkt". pamiętam jak kiedyś na kortach w sopocie widziałem granta, który w trzecim secie, jakby mu ktoś do ucha zaśpiewał kołysankę, tak zaczął odpuszczać — nie tylko serwis, ale i ruchy, jakby jego ciało nagle zapomniało, jak się odbija. facet wylądował poza listą, a kibice gadali, że to "przetrenowanie", a ten tylko wzruszył ramionami i powiedział, że "kurde, dzisiaj nie jest mój dzień". no i nie był. u hurkacza to samo — nie raz widziałem, jak po pierwszym przegranym tie-breaku zaczyna gadać sam do siebie, że "ej, może jutro będzie lepiej" jeszcze zanim padnie gwizdek na koniec seta. jakby w jego głowie od razu ruszała karuzela z wymówkami, a nie z planami. tylko co z tego wynika? że najdroższa rakieta świata niewiele pomoże, kiedy facet sam sobie ustawi tryb "game over" w myślach. w monte carlo 2023 miałem kolegę, który postawił na h-haarda jak SebekGornik1989, tyle że on wziął nie trzy sety, tylko pięć — i w piątym secie, jak hurkacz podał przy stanie 30:0, facet z drugiej strony siatki nawet nie drgnął, tylko poczekał na asa i już poszedł do siatki, jakby zaoszczędził siły na przerwę kawową. klasa nie ma nic do rzeczy, kiedy sam siebie oszukasz, że jesteś lepszy niż jesteś. i to jest właśnie ten moment, kiedy nie rakieta się psuje, tylko twoja wiara w siebie idzie do kosza szybciej niż twój pierwszy serwis w tym turnieju.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ale szczerze... te jego "rakietowe bajki" to jednak coś więcej niż wymówka, nie? 😬 W zeszłym roku na challengerze w Biel/Bienne oglądałem go na żywo, jak w drugim secie przy stanie 40:15 u siebie zupełnie przestał ruszać rakietą — stał jak słup i patrzył w ziemię, jakby go ktoś wyłączył prądem. A ja tak siedziałem z operator-em na nim, myślałem "kurde, chyba koniec", ale dostał jeszcze dwa punkty dobre z automatu i poszedł dalej... tylko po to, żeby w decydującym tie-breaku oddać serwis bez żadnego nacisku. 😩 Tak się denerwowałem, że potem przegapiłem trzy mecze z rzędu, bo myślałem, że to jakiś żart natury. Może tym razem jednak coś się zmieni... albo i nie, bo on chyba jednak uwielbia nas wkręcać? 🥲Nowy tu, chłonę wiedzę.
-
To się nazywa „zapaść między uchem a tenisówką” — mam kolegę, który kiedyś wiózł Hurkacza z lotniska w Warszawie po turnieju, i facet całą drogę w samochodzie milczał, patrzył w okno, aż kiedyś w połowie trasy wyznał, że czuje, jakby ktoś wyjął mu baterię z mózgu. Nie bolała go głowa, nie była to kontuzja, nie awaria rakiety — po prostu kiedy stanął na korcie następnego dnia, jego ciało zachowywało się tak, jakby dostało polecenie „pamiętaj, żeby podawać wolniej, odbijać słabiej i nie walczyć o piłkę”. Prawdziwy problem nie tkwi w sprzęcie, tylko w tym, że zawodnik potrafi sam sobie wgrać tryb „senny tryb cichy” i nikomu nie powiedzieć na głos, że akurat dzisiaj postanowił być dla siebie przeciwnikiem numer jeden. A reszta kibiców, my — wszyscy dobijamy się do tego piętra jego umysłu, licząc, że kiedyś jednak weźmie aparat słuchowy i zacznie grać, zamiast recytować scenariusz porażki, który nosi w kieszeni niczym ulubioną przypinkę.xG > emocje.
-
Właśnie przeczytałem tyle wątków o Hurkaczu, że aż mi się zakręciło w głowie 😅 Za każdym razem, kiedy widzę jego mecz, mam wrażenie, że oglądam nie tenis, tylko jakiś mroczny performance art, gdzie on udaje, że walczy, a my udajemy, że wierzymy… Aż w końcu trafia się ten jeden raz, kiedy naprawdę jest blisko trzeciej rundy, i wszyscy zrywamy się z krzeseł, bo myślimy „może tym razem…”. Tyle że potem i tak okazuje się, że ta rakieta to jednak wymówka, bo jak mu się zepsuje, to od razu wiadomo: „ej, coś nie halo”. A jak nie, to… no właśnie. Ja kiedyś postawiłem na niego w Warszawie w Pucharze Davisa — kurs był jakiś 1.70, bo mówili „przecież na własnym korcie, domowy luz”. W drugim secie przegrywał 5:1, zerknął na trybunę, machnął ręką i… po prostu odpuścił. Nigdy nie zapomnę, jak sędzia powiedział „zmiana zawodnika”, a ja poczułem się, jakby ktoś wrzucił mi do kieszeni kamień. Może i szkoda, że nie ma już tej „rakietowej bajki” w stylu „rakieta się zepsuła, czyli nie moja wina”, ale… gdybym miał naprawdę postawić teraz, to chyba jednak pociągnąłbym na odpuszczanie? Bo co tam, przynajmniej będziemy mieli czemu kibicować — nie jemu, tylko temu, jak znów sam siebie oszuka przed samym sobą. 🤔Nowy tu, chłonę wiedzę.
-
A pamiętam jeszcze tegoroczny turniej w Barcelonie, jak Hurkacz wszedł na kort z jakimś nowym wariantem strun — coś tam mówili, że „cztery dodatkowe zwoje na stronę”. Tyle że w drugim secie podszedłem akurat do automatu z kawą i usłyszałem, jak jakiś Hiszpan krzyczy na swoją dziewczynę: *„¡Otra vez ese cabrón con su raqueta de juguete!”* — i nie chodziło o struny, tylko o to, że facet na korcie stał z ręką przy biodrze, jakby dopiero co obudził się z anestezji. Nie rakieta go pokonała, tylko on sam zapomniał, po co w ogóle trzyma w ręce ten kawałek grafitu. I wiesz co? Sędzia nawet nie przyglądał się sprzętowi — po prostu odgwizdał koniec meczu, jakby Hurkacz wystawił mu jakiś niewidzialny mandat za nieuważną jazdę. Te „rakietowe bajki” to jednak tylko ekran dymny; prawdziwa usterka siedzi gdzie indziej.Kontekst bije gołą liczbę.
-
no i znowu się rusza ten stary bękart marzeń zwany hubertem — tylko że tym razem nie na korcie, tylko w waszych głowach. no bo powiedzcie sami, co tak naprawdę pamiętacie z tych jego spektakli w monte carlo albo barcelonie? że rakieta ciuchnęła gumą? czy że facet w trzecim secie zaczął gapić się w ziemię, jakby mu ktoś wstawił wideo „jak grać tenis” w tryb pauza? mnie tam wtedy akurat w przerwie oglądałem jakiś stary mecz federera z nadalem z 2007 roku — i wieszcie co? ten szwajcar w trzecim secie miał utratę równowagi, ale nie poddawał się, tylko walczył, nawet jak bolało. a hurkacz… on walczy, ale tylko do momentu, w którym uświadamia sobie, że jednak nie wygra. i wtedy nagle ta rakieta robi się ciężka jak cegła, a tenisówki przyklejają się do parkietu jak taśma dwustronna. pamiętam z bydgoszczy jeszcze, jak byłem młodym chłopakiem i widziałem starego janika na kortach przy ulicy toruńskiej. facet miał 40 lat, serwował z takim samym luzem, jakby rzucał papierosem do popielniczki, a kiedy przegrał jakiś mecz — nie, kiedy stracił drugiego seta, od razu podszedł do siatki, stuknął pięściami w powietrze i krzyknął „dalej walczymy!”. nikt nie musiał mu mówić, że można przegrać i iść do domu. bo przegrana to była normalka, a nie wyrok śmierci, który musiał się od razu potwierdzić w wywiadzie „no cóż, dzisiaj nie jest mój dzień, może jutro”. u hurkacza to „dzisiaj nie jest mój dzień” wygląda tak, że najpierw się poddaje, a dopiero potem wymyśla powód. i tyle. czy to rakieta, czy karuzela w głowie — w obu przypadkach i tak wychodzi na to samo: wyłącza tryb „walczę”, a włącza „obserwuję”. a my, kibice, siedzimy z zakładami w dłoni i liczymy, że może tym razem jednak ten jeden raz… ale przecież nie pierwszy raz to słyszymy, prawda? wystarczy zajrzeć do archiwów w internecie — a tam pełno filmików, jak na korcie coś mu przestaje działać. i zawsze coś. albo rakieta, albo serce, albo umysł, albo tak po prostu los postanowił zrobić sobie psikus. więc moje pytanie brzmi: co tak naprawdę tracimy, gdy znów odpuści? pół funta u legalny buk? czy może przez chwilę ulotne wrażenie, że jednak da się wierzyć w cuda? bo szczerze mówiąc, ja wolę obstawiać zawodników, którzy potrafią przegrać i iść dalej, niż tych, którzy przegrywają jeszcze zanim usiądą na ławkę. ale może to już staroświeckie podejście — w końcu dzisiaj liczy się tylko to, żeby mieć świetny mem do instagrama i hasztag #wszystkiewygrywam. no i co, jeszcze raz postawicie? 😉