Byliśmy tam, gdzie inni marzyli – ciepło trybun w chłodzie grudniowych wieczorów
pamiętam ten grudniowy wieczór przy Łazienkowskiej, powietrze tak czyste było, że aż szkodliwe, a my jakbyśmy witali stolicę gołymi rękami wiatr nam dmuchał w twarze, a on taki ciepły akurat dziwnym trafem – niby mróz szczypie, ale my niczym się tym nie przejmowaliśmy
był z nami wtedy dziadek franek z biała czapeczką klubową i papierosem zwisającym z warg, który nie palił od 20 lat, a tamtego wieczora jakoś mu się odblokowało bo „młody, trochę tlenu nie zaszkodzi” – trzymał w jednej ręce kubek z prawdziwkami (cokolwiek to znaczyło), a w drugiej transparent „nie damy się liteksom tym swoim ubóstwem”
i nagle ta chwila, gdy sędzia dał rzut rożny i cała loża ryknęła „dimiiiiitroovv”, że chyba ptaki z budynek pawia uciekły przez okno – nie słyszałem nigdy takiego krzyku, a miałem już swoje lata i pekińskie derby za sobą
później, jak skończyliśmy śpiewać hymn na głosy, zrobiło się tak gęsto od szalików i oddechów, że aż zaparowały mi okulary – klasyczny kibicowski efekt
i wiesz co? do dzisiaj, jak komuś opowiadam, że byliśmy tam razem w tej grudniowej mgle, to mi nie wierzą, że to w ogóle możliwe – a przecież to było naprawdę 😄
6 postów
-
✓co wy mi tu opowiadacie o Łazienkowskiej, ja byłem WŁAŚNIE TAM przy stadionie, gdzie takie gniazdo zimna że ciarki same chodzą po plecach, a myśmy mieli butelkę bimberku w papierowej torebce, którą raz-dwa wyciągaliśmy jak się facet na boisku potknął 😂 pamiętam tego wieczora jakby to było wczoraj – nasza loża naprzeciwko, taka że aż powietrze drżało, a dookoła sami obcy faceci z banderami, ale patrzyli na nas jak na braci bośniaków w chorwackim mieście – i nagle „GRRR” taka fala do drużyny, że aż śnieg z dachów posypał się! jak Dimitrov wbiegł na boisko w tym swoim stylu, bosy prawie, to myśmy wyskoczyli jak na komendę i wszystkie gardła puściły ryk – nie wiem czy ktoś jeszcze coś usłyszał poza tym jednym słowem „DI-MI-TROOVVVV” lecącego nad całym miastem 🔥 i wtedy zobaczyłem starego Józia z Trzebini, tego co nosi szalik od 1998 roku, jak szlochał otwartym buziom, a mnie serce tak zrobiło „bum”, że aż mój kubek z gorącą herbatą wylał się mi na kurtkę – nie bolało, bo ciepło tej chwili było silniejsze niż mróz!!! do dzisiaj jak się spotykamy w knajpie przy ulicy Dobrej, to pierwsza rzecz to „a pamiętasz ten grudzień z Liteksem?” i od razu wszyscy wybuchamy śmiechem i beczką za burtę 🍻 wspólne zimno, wspólny krzyk – tego nikt nam nie odbierze, bo to nasze, kibicowskie Święte Graale 💪Na trybunach od dzieciaka.
-
a mnie tamten grudzień przy moście chełmskim przypomina, kiedyś mieliśmy mecz ligowy, a na trybunie rządek starszych panów z lublina w tych samych niebieskich czapkach, które to pamiętają jeszcze ligę z czasów starego kuby — no i ten jeden facet, pan heniek, co to zawsze przychodził z termosem herbaty zaprawionej jakąś tajemnicą, ale tamtego wieczora coś tam dodał do tego termosu, bo nie dość że głosy mieliśmy jak dzwony, to jeszcze samemu sędziemu się zachciało tej herbaty i poprosił o kubek i niech mnie szlag trafi, jak Dimitrov wyprowadził ten kontr zza linii, a my wszyscy tak mocno wdepnęliśmy w ziemię, że aż nasze buty zrobiły dziury w śniegu — niby proste zagranie, a cała loża zrobiła się jednym wielkim organem, który grał piosenkę kibicowską a capella i ten pan heniek, co go znamy od dziesięciu lat, to akurat w tym momencie zrobił taki gest ręką, jakby dyrygował całym stadionem, a potem podniósł kubek i powiedział: „załatwiliśmy im dzisiaj wieczór” — i wiesz co? nie mieliśmy wątpliwości, że ma rację, bo takie chwile to nie są przypadek, tylko właśnie magia kibicowania 🍵🔥Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
A ten grudzień z Liteksem, no to był jakiś inny poziom — naprawdę. Wtedy mieliśmy w sobie coś takiego, że kibicowanie to było nie tyle doping, co wręcz wspólne świętowanie, jakbyśmy wszyscy razem wychodzili na ulice i ganiali za tą radością. Pamiętam, jak ta loża przy Łazienkowskiej, przy moście, wszędzie — wszyscy byliśmy jak jedna fala, która się nie zatrzymuje. Dzisiaj też mamy swoje chwile, nie ukrywajmy, ale to co innego. Wtedy mieliśmy ten... nie wiem, ten zapał, który był tak prawdziwy, że nawet zimno nie miało znaczenia. Teraz? Teraz kibicujemy tak, jakbyśmy mieli świadomość, że każdy mecz to ważny kawałek sezonu, że trzeba trzymać fason. Ale tamtego wieczora było tak, że kibicowanie to było niczym nie skrępowane „jesteśmy wszyscy razem i basta”. I co najgorsze — dzisiaj brakuje tego, co tamten grudzień nam dał: tej wspólnoty, która była tak mocna, że aż fizycznie czuło się jej ciepło. Teraz mamy swoje grupy na trybunach, fajne gadki, dobre herbaty, ale to nie to samo. Tamtej loży nikt nie podrobi, bo to był stan ducha, nie tylko zbiór ludzi. No i jeszcze coś — wtedy mieliśmy Grigorja, który był jak ten ogień na boisku. Teraz też jest dobry, ale nie ma tej... tej iskry, która wtedy tak wszystko rozpalała. Kibicujemy, dopingujemy, ale to nie bije już od razu tym samym ogniem co kiedyś. I tak jakoś smutno to porównać, bo wiadomo, że czas płynie, drużyny się zmieniają, ale tamten grudzień? On został w naszym sercu na zawsze. To było coś wyjątkowego, czego nigdy nie zapomnimy. I tyle.
-
Akurat tamtego grudnia przy moście mieliśmy marznący mecz z napastnikiem, który w ogóle nie trafił ani raz do bramki, a wyście mieliście się za jakiś chór anielski? Szczerze? Trochę mnie to bawi, jakbym słuchał zespołu, który bije brawo za to, że ktoś zapomniał włączyć mikrofon. Ale poważnie — pamiętam, jak chodziłem tam z kolegą, co się kiedyś w kostnicy uczył, i on cały czas powtarzał „tu jest taki mróz, że nawet jaja ptasie by zamarzły”, a ja mu na to: „no to może powinniśmy byli wziąć kurtki z puchu, a nie te liche płaszcze z lumpeksu”. I co? Nikt nie zwracał na nas uwagi, bo krzyczeliście „DI-MI-TROOVVV” tak, że słoń by się obudził. Może dlatego że myśmy mieli lepszy transparent? Nasz brzmiał: „Jeśli goście nie dadzą gola, to im damy wódki” — i cholera wie, czy nie byliśmy bliżej prawdy. A ten pan Heniek z termosem? Fajny facet, ale jakby dodał do herbaty prochownika, tobyśmy wszyscy śpiewali już nie hymn, tylko „Boże, coś Polskę”. Może dlatego że sędzia poprosił o kubek — to może jednak nie była taka tajemnicza mieszanka. No i co z tą magią kibicowania? Była, oczywiście, że była — ale kibicowanie to też trochę praca zespołowa, a nie tylko samozachwyt. Za to tamtego wieczora mieliśmy takiego szczęścia, że Liteksowi bramkarzowi coś się chyba stało z kolanami, bo w każdym razie nie wiem, jakim cudem Dimitrov nie strzelił trzy razy z rzędu. To nie magia, tylko geniusz taktyczny — i trochę szczęścia, bo kibice mają to do siebie, że widzą cuda tam, gdzie są tylko zwykłe zagrania. A teraz, jak ktoś mówi „tego nam brakowało”, to ja pytam: a co z tym zimnem, które tak uwielbiacie opowiadać? Bo ja osobiście wolę kibicować z ciepłego salonu, z piwem w ręku i bez ryzyka odmrożeń małżowin usznych. Wtedy też było fajnie, tylko nikt nie krzyczał tak głośno, żeby wylecieć z butów. Ale może to i dobrze — oszczędza się głoski na przyszłość.
-
no dobra, wam się tam marznący kibic wylizał z językiem na trybunie no ale majstersztyk — pamiętam jak dziś, jak szedłem z tym swoim kubkiem z „prawdziwkami” (a to tak naprawdę były po prostu kawa z łyżką miodu bo ja nie wiem co to kurde prawdziwki 🤣), a tu na mnie wypadł ten jeden chłop z naprzeciwka, co go nazywaliśmy „Balon” bo miał taki zaokrąglony płaszcz, że wyglądał jakbyś w niego dmuchnął, i mówi: „ej, weź no dasz mi trochę tego twojego eliksiru bo gardło mi w tej mordzie klatki schodowej marznie!” — no to mu nalałem, a on wypił i od razu wrzasnął „DI-MI-TROOVVVV” tak, że sędzia aż na ławkę rezerwowych się odwrócił, no i wtedy Balon postanowił, że to najlepsza chwila by pokazać swoje umiejętności wokalne — wziął rozbieg, zaplątał się w szalik kolegi, upadł na plecy i zaczął grać na własnym torsie jak na bębnie, krzycząc „to nie faul, to ORKIESTRA!” 😂🍿 a reszta loży? no po prostu wzięła przykład — raz jeden ktoś upadł, a zaraz pół trybuny leżało na śniegu, no i tak się stało, że ten grudniowy mecz to był najbardziej chaotyczny koncert w dziejach kibicostwa — ale co tam, oni wyszli na 0:0, my mieliśmy przez tydzień bóle mięśni od śmiechu, a Dimitrov dostał od kibiców tytuł „głównego dyrygenta narodu” 🎻🔥 i wiecie co? do dzisiaj jak widzę Balona w knajpie, to on pierwsze zdanie mówi: „a pamiętasz naszą orkiestrę?” — no i znowu wszyscy się turlamy ze śmiechu, a on dopiero potem zamawia piwo 🍺Memy to też analiza.