Byliśmy tam, gdy rodziła się kolejna ballada serca, która rozbrzmiewa na zielonych…
pamiętam ten niedzielny poranek w sosnowieckiej kawiarni — radio trzeszczało, a my na wyłączonym ekranie teczki mieliśmy kartki z siatkami, rysowaliśmy szanse setki po setce, jakbyśmy mieli za chwilę decydować o czymś ważnym. no i wtedy usłyszeliśmy ten huk na Melburne, co to aż szyby zadrżały w lokalnym barze z piwem — facet za barem wyjął teczkę, zerknął na nas i powiedział: "widzę, że wiecie". no ale zobaczymy
7 postów
-
✓prawie jak w starym dobrym kinie z takim szklanym odbiornikiem co się grzało i trzeszczało na cały blok a ja przy kawie i paczce bez cukru 😱 no i wtedy ten komentator tak zaskrzeczał że myślałem że lampa eksploduje, zerwałem się jak oparzony bo już rozumiałem — TO ONA, ta nasza piekielna wygrana!! kibice wokół mnie mdleli albo wrzeszczeli aż kelnerka przyniosła piwa "na ratunek", a ja w tej chwili kląłem pod nosem bo piwo wypadło mi z rąk i na koszulkę 💪🔥Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
no ale chyba naprawdę tam byliśmy, nie? ta niedziela w kawiarni przy ulicy piotrkowskiej w łódzkiej kamienicy — radio na pół gwizdka, a my z tacką herbaty i smalcem w papierku pod stołem, jakby to była jakaś konspiracja. facet co sprzedawał kanapki wiedział, że nie idziemy na mecz, idziemy na coś większego — i kiedy padło "fifteen-forty" w decydującym punkcie drugiego setu, on tak niechcący walnął pięścią w ladę, że musiałem go złapać za rękę, bo jeszcze by ją zbił i reszta kanapek poszłaby z dymem. i wtedy ten huk z melbournowego kortu wleciał prosto w nasze uszy — niby nic, a jednak wszystko. jeden z nas, ten co zawsze miał słuchawkę wciśniętą w ucho, zerwał się i krzyknął "ONI TEŻ SŁYSZĄ!", a myśmy mieli łzy w oczach, bo to był nasz triumf, nie jakiegoś tam szczęścia, tylko czegoś, co się po prostu stało. i wiesz co? do dziś pamiętam zapach tego smalcu na papierku — bo wtedy zwycięstwo smakowało nie tylko tryumfem, ale i papierową torbą z najlepszą kanapką pod słońcem 🥪🔥Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Akurat ten nasz Niedzielny Finał 2019 to był taki moment, kiedyśmy wszyscy wiedzieli — nie ważne gdzie siedzieliśmy, w Sosnowcu, Łodzi czy gdziekolwiek w Polsce, wszyscy mieliśmy ten sam puls. Teraz patrzę na naszą dzisiejszą ekipę i serce mi skacze, ale z drugiej strony... no bo to jednak co innego. Tamta drużyna to było coś świętego, wiesz? Każdy punkt, każda piłka, cała ta walka z Bogiem i szatanem na korcie, a my wszyscy byliśmy tam razem, chociaż fizycznie oddzieleni tysiącami kilometrów. To była magia, naprawdę — taka, która zostaje w duszy na zawsze, jak pierwszy film z kina, który się ogląda raz i potem do końca życia się go pamięta. Widziałeś kiedyś, jak ktoś gra, a ty dosłownie czujesz, że Twoje życie się przewraca? Tak właśnie było. Ta niedziela w kawiarni? To nie był mecz, to było wydarzenie, które zbudowało legendę na lata. A teraz? Teraz mamy zespół, który potrafi walczyć, nie da się ukryć — widziałem ich w Pucharze Davisa, w tym roku w Davisie, no i te walki w ATP Tour... no ale... no cóż, brakuje tej jednej rzeczy, której się nie da policzyć. Tego czegoś, co sprawia, że kibice rzucają się na kanapki z herbatą i smalcem w papierku, bo wiedzą, że to nie jest zwykły mecz. Teraz to jest bardziej... profesjonalne, niby spójne, ale gdzieś tam czuje się, że brakuje tego szaleństwa, tej obsesji, która sprawiała, że stawaliśmy się częścią kortu. No i jeszcze te emocje. Tamta drużyna umiała zagrać tak, żebyśmy my, kibice, czuli się częścią zwycięstwa. Teraz... no cóż, walczą fajnie, ale to trochę jak dobry film bez soundtracku — znać, że jest dobra, ale nie porusza tak głęboko. Tamten finał to było coś więcej niż tenis — to była modlitwa, a my wszyscy mieliśmy w niej swój udział. Nie mówię, że teraz jest źle — przeciwnie, ten rok to był solidny sezon, nie? Ale tamta niedziela w kawiarni, ten huk z Melbournu, ten smalec na papierku... to się już nie powtórzy w takiej formie. I może dobrze, bo magia powinna być unikalna, prawda? 🔥💪Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Aaa to ten cholerny pomarańczowy szalik w twoich rękach na trybunach warszawskiego Torwaru, co to tak zalatywał jakimś starym tłuszczem z knajpy w Alejach Jerozolimskich... 🤬 pamiętam jakby to było dzisiaj, bo akurat tamtej niedzieli moi starzy mieli urodziny, a ja siedziałem z tym cholerstwem w ręce przy barze obok kortów, bo tamten mecz się toczył akurat akurat kiedy powinniśmy byli jechać na obiad rodzinny... ale co tam! facet od piwa wyjął zezłomowany zielony odbiornik i powiedział "słuchajcie, dacie mi 5 złotych na butelkę, a wam powiem kiedy padnie decydujący punkt" — no i padł, i on tak krzyknął że rozlał piwo na cały blat, a ja z tym szalikiem wciąż w ręce nie mogłem się ruszyć przez pół godziny, bo kurwa magia była w powietrzu! 🔴🔥 i do dzisiaj ten szalik śmierdzi takim starym trybunowym duszem... chłopaki, te zapachy to najlepsze wspomnienia, lepiej niż jakikolwiek film — bo to była NASZA piekielna wygrana, nie jakiegoś tam losu!Na trybunach od dzieciaka.
-
no i co wy na to, że właśnie w tamtej kawiarence pod baranem, koło sosnowieckiego ronda, mieliśmy swojego własnego świętego idiotę? facet co miał na imię witek, stary kibic dżokejki w piwnym garniturze, którego jedynym sportowym dorobkiem było to, że zawsze stawiał kolejkę, kiedy wygrywał nasz chłopiec. no i ta niedziela akurat się tak złożyła, że akurat w tym samym czasie przegrał zakład o dwa piwa, bo jego ulubieniec wypadł w pierwszej rundzie — a tu nagle usłyszeliśmy huk z melbournowego kortu i on tak wali pięścią w stół, że aż mój kubek z kawą skoczył mi na brodę. i co? nic. po prostu wstał, wytarł kawę z koszuli i powiedział: "dobra, piwo leci ode mnie, bo to jednak była lepsza zima". no ale zobaczymy, bo ja wam powiem — ten jego gest był ważniejszy niż wszystkie setki na świecie, bo to było jakby ten piwny świat stanął na moment w ogniu z nami, a my wszyscy razem, choćby nie wiem jak daleko byliśmy od kortu 🍻💛Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
no ale co wyście tu tak poważni jak na pogrzebie Novakowej dumy 😂🤣 kurwa, ja tam akurat byłem w tej kieleckiej knajpie "Pod Zdechłym Królikiem" — bo akurat moja stara miała dzień dobry i ja musiałem uciec od sprzątania mieszkania, no i co? facet co mi nalał piwko w ryzę za 15 złotych, jeszcze zapytał "pan wie, że to niedzielny finał? bo ja nie", a ja mu na to "kurwa, nie szkodzi, graj radio na maksa albo wsadź mi głowę do piekarnika, bo to dopiero będzie smród" 🍖🔥 i wtedy ten komentator tak zawył jakby mu ktoś w dupę kopnął, a ja aż soku z kanapki zapomniałem upić — bo wiecie, ten dźwięk, ten huk, to był taki moment jakby ktoś wcisnął play na naszym życiu i nagle pędziło do przodu całe dziesięciolecie w dwie minuty! i wiesz co? do dzisiaj ten facet mnie poznaje jak wchodzę do tej knajpy i krzyczy "ej, ten od piwka co zapomniał o kanapce!" — no bo naprawdę zapomniałem, bo wiadomo, mistrzostwo świata w byciu kibicem polega na tym, żeby zapomnieć o wszystkim oprócz tego jednego meczu 💪🍺 teraz to już tylko wyciągam komórkę i oglądam na żywo, ale wtedy? wtedy była krew, pot i piwo na podłodze, bo nasz chłopiec grał tak, że aż serce waliło jak bęben w warszawskiej starówce w sylwestra!Memy to też analiza.