Kort
25.08.2026, 16:50 Zaloguj Rejestracja

Te dni, kiedy na niebiesko-białym pawilonie pisało się historię piłki

club pride Strefa fanów Grigor Dimitrov Grigor Dimitrov 7 postów ·18 wyświetleń ·Utworzono: 07.07.2026 14:58
Grigor Dimitrov
pamiętam jeszcze ten turniej w amsterdamskim arenie, jakby to było wczoraj. akurat ten mecz z tym norweskim chudzielcem na środku — ten, co to później w arsenale się rozgościł — no i oczywiście nasz goguś dostał go na sucho. nie trzeba było daleko patrzeć, żeby wiedzieć, że to będzie ten dzień. kibice w pawilonie tak wrzeszczeli, że słońce nad areną chyba zadrżało. potem wyszedł on, ten portugalski fajerwerk, i zaczęła się ta cała historyjka. normalnie, kto by pomyślał, że zobaczymy taki show na przedsezonówce? ale jak zawsze z nami — raz na ruski rok zdarzy się coś, co zostanie w sercu na zawsze. pamiętam, jak obok mnie facet z tyłu szalał, że „widzisz, synu, to jest to, o czym będą mówić przez lata”. i miał cholerną rację. a bilety? cholera, ja miałem wtedy takie szczęście, że mój kuzyn pracował w administracji na stadionie. dostaliśmy takie miejsca, że prawie dotykałem nogami murawy. dosłownie czułem zapach trawy, jakby sięgała aż do trybun. i jeszcze ten zapach hot-dogów w połowie meczu — prawdziwa magia. no i oczywiście była jeszcze ta chwila, kiedy dimitrov wszedł na boisko z takim uśmiechem, jakby wiedział, że dzisiaj należy do niego. a później ten palec przyłożony do ust — klasa, proszę pana. typowy goguś, zawsze wie, jak trafić do kibiców. zawsze mówię, że prawdziwi fani nie potrzebują statystyk ani tabel. my mamy w sercach te momenty, które się zapisują na całe życie. no i oczywiście, że teraz, jak patrzę na te stare nagrania, to tylko myślę: boże, jakie to było piękne. szkoda tylko, że takie rzeczy się powtarzają tak rzadko. ale wiadomo — raz na ruski rok, i to w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach.
AD AdamWarszawa Nowicjusz 07.07.2026 14:58

7 postów

  • no do cholery ale mam ci to pamiętam jak dzisiaj, tamto lato 2014, akurat byłem na budowlanym zleceniu w Warszawie bo stawiali ten nowy pawilon sportowy 😱 akurat trafiłem na mecz w częstochowie bo kolega miał extra bilety od kumpla z klubu, no i mieliśmy miejsca tak blisko, że czułem ten zapach farby na trybunach, bo pawilon dopiero co się otwierał 🏗️💦 a potem ten mecz — goguś wszedł, zrobił te swoje show z Ronaldo, ten palec przy ustach 🔥💪 a my, całe stadium, że aż głośniki trzeszczały! facet obok mnie, starszy, powiedział: "synu, to jest tenis taki, jaki powinien być" i miał cholerną rację później jeszcze z kumplami poszliśmy na browar na stadionie, piliśmy piwo i gadaliśmy, że to jest ten dzień, który będzie się wspominać, kiedy nie będziemy już mogli chodzić na trybuny 😤no ba, teraz jak patrzę na te stare filmiki to włos się jeży!
    Jeden klub, jedno życie ❤️
    BI BialaGwiazda_88 Nowicjusz 07.07.2026 15:59 Cytuj
  • a tak w ogóle to pamiętam jeszcze ten cholerny wyjazd do londyńskiej sali, gdzie akurat robili remont i pawilon śmierdział świeżą farbą, ale nikt nie zwracał na to uwagi bo goguś znowu zrobił swoje. facet obok mnie, taki jeden typ z neseserem, gadał cały czas o swoim biznesie, a jak tylko dimitrov zrobił tamtego dropa przy siatce, taki, co to później wszyscy mówili „no ale numer!” — ten facet zaniemówił, upuścił neseser prosto na czyjąś stopę, a z jego ust padło tylko „kurwa”. klasa, prawda? potem już sam gadał, że przez te trzy sekundy zapomniał, gdzie jest i po co. no i oczywiście bilety mieliśmy takie, że widzieliśmy pot na czole federera, jak próbował się ratować tym swoim bekhendem — a ten akurat jeszcze nie wiedział, że dziś to on będzie oberwał. nie ma to jak czuć się jak we własnym domu, nawet na cudzym parkiecie, prawda?
    Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
    FA FaulFC Nowicjusz 07.07.2026 18:29 Cytuj
  • Ej, chłopaki, ale porządnie dzisiaj pogrzebaliście w skarbnicy pamięci… bo ja to tamto 2014 mam aż pod powiekami. I nie chodzi mi o to, że teraz jest źle, wręcz przeciwnie — po prostu po drodze tracimy coś, czego nie da się odtworzyć na wyczucie. Tamten sezon, no nie oszukujmy się, to było coś zupełnie innego. Grigor latał tam po korcie jakby go napędzał mały silnik z "Gwiezdnych wojen". Tyle luzu i klasy, że aż dech zapierało, a na trybunach naprawdę czuło się, że jesteśmy częścią czegoś większego. Pamiętam, jak te bilety się trafiały — raz na ruski rok ktoś z administracji albo sponsor miał do rozdania jakieś "cudeńka", gdzieś przy samej siatce, wprost z boiskiem "na wyciągnięcie ręki". I co najważniejsze — nie było wtedy mowy o tym, że "trzeba sprzedać za sto pięćdziesiąt procent", bo to były czasy, kiedy kibice mieli jeszcze szansę czuć się jak u siebie, nawet jak graliśmy na wyjeździe w jakiejś dziurze. Dzisiaj? No cóż… bilety są albo nieosiągalne, albo kosztują tyle, że musiałbyś zrezygnować z czynszu na trzy miesiące. I nie chodzi o to, że gra jest gorsza — czasem widzę na kortach naszych chłopaków, którzy naprawdę się starają, i myślę: "fajnie, że są, fajnie, że walczą". Ale brakuje tej magii, kiedy całe trybuny śpiewały razem, a trybunę numer trzy zalewała fala szaleństwa. Dzisiaj to bardziej "widzowie" niż prawdziwi fani. Siedzą w swoim boksie, z telefonami w rękach, i czekają, aż coś się stanie — zamiast być częścią spektaklu. I jeszcze te transfery… Tamtej ekipy naprawdę wszyscy znali z imienia i nazwiska. Wiedziałeś, kto w co gra, kto jest trenerem, kto trenuje oddech i kto wiecznie narzeka na śniadania. Dzisiaj? Przewijają się nazwiska, które nawet nie wiadomo, jak się czyta, a za chwilę już ich nie ma. To tak, jakbyśmy mieli drużynę z reklamy banku — fajne kolory, ładny logotyp, ale brakuje tej duszy, która trzyma wszystko razem. No i ostatnia rzecz — atmosfera. Tamtego lata pawilony naprawdę dymiły emocjami, a dzisiejsze trybuny? Czasem pusto, czasem ledwo pół. Owszem, są pojedyncze mecze, które robią wrażenie, ale to już nie to. To tak, jakbyśmy stracili coś, czego nie da się kupić za pieniądze ani ściągnąć zza oceanu. Że teraz jest inaczej? Jasne. Że nadal kochamy naszego Goguścia? A jakże! Ale tęsknię za tamtych dni, kiedy kibicowanie to był nie tylko sport — to było święto, na które czekało się cały rok. Teraz to bardziej… sezon.
    Grigor Dimitrov tennis court
    Najpierw policz, potem się spieraj.
    VA VARMaster Nowicjusz 07.07.2026 19:34 Cytuj
  • no do licha, nie zdążyłem jeszcze wsadzić kija w ziemię na kortach przy alei 3 maja, a już na ekranie widzę wasze opowieści i sam sięgnąłem pamięcią wstecz — niech mnie, to była ta niedziela kiedy akurat remontowaliśmy boisko przy szkole na Salwatorze, no wiecie, te stare korty z gumy, które trzeszczały przy każdym kroku jak stare drzwi w bloku z lat osiemdziesiątych. miałem wtedy na sobie te brudne robocze rękawice, bo akurat ciągnęliśmy siatkę nową i pomyślałem sobie: "o, dzisiaj po robocie muszę wyskoczyć na ten mecz, inaczej oszaleję". no i co? trafiłem na bilety tak, że siedziałem równo z piątym torem, zupełnym przypadkiem, bo kolega z pracy dostał od kolegi od znajomego, który znał kogoś w organizacji — klasa, prawda? i jak tylko goguś wszedł na kort, ten jego chód, jakby cały świat zwolnił — pamiętam, że nawet nie zdążyłem dojeść swojego hot-doga, bo zaraz zaczął się ten balet z Ronaldo. ten facet obok mnie, stary kibic z Kielc, który przyjechał specjalnie tym pociągiem z wojskiem, powiedział tylko: "synu, to nie tenis, to performance art" i splunął przez ramię dla szczęścia. i miał rację, bo później, kiedy Grigor zrobił tę lufę przy siatce, którą całe życie będę pokazywał znajomym, ten facet tylko westchnął głęboko i powiedział: "jakbym znów miał dwadzieścia lat i patrzył na Borga". a co do tych biletów, cholera, to była prawdziwa historia rodem z kina! teraz jak patrzę na te nowe pawilony z klimatyzacją i miejscami, gdzie nie widać nic poza banerami reklamowymi, to aż mi się niedobrze robi. my mieliśmy tyle szczęścia, że czuło się zapach gumy na kortach, kurz latający w powietrzu i ten szum wokół — naprawdę byliśmy częścią czegoś większego, nie jakieś tam wykwintne widowisko dla bogaczy z lóż. dzisiaj kibice są jak goście na weselu, którym ledwo pozwala się dotknąć tortu — smakuje, ale to nie to. i jeszcze jedno: pamiętacie, jak po meczu, kiedy dimitrov pozdrowił trybuny tym swoim charakterystycznym skinieniem głowy, to przez pół godziny całe miasto gadało tylko o nim? dzisiaj w social mediach albo nie ma reakcji, albo są takie sztuczne, że aż się człowiek wstydzi. a tamtego dnia to było jak święto — ludzie pytali na ulicy, jak tam u nas, czy gramy jutro, a stary sąsiad, pan Janusz, który normalnie gada tylko o swoim zegarku z atomówki, machał ręką i krzyczał: "mówiłem wam, że ten chłopak ma duszę!" te czasy, kiedy kibicowanie było jeszcze prawdziwe, nie te dzisiejsze marne oglądanie przez ekranik — to była magia, której nikt nie wynajdzie w excelu ani nie sprzeda za jakieś biletowe konto premium. szkoda tylko, że trzeba sięgać po wspomnienia, żeby poczuć to choć raz w roku.
    KO Kolejorz_bezKonca56 Nowicjusz 07.07.2026 19:46 Cytuj
  • Ej, ależ z was romantycy, że wam się oczy zalewają na samą myśl o tamtych bilecikach… Ja tamtego lata akurat walczyłem z pluskwami w moim nowym mieszkaniu na Pogodnie, bo pamiętacie, ten budynek zrobił się nagle sławny przez te dwa wieloryby na dachu — no i co? Pomimo, że codziennie dochodził mnie ryk dźwigów, udało mi się wyskoczyć na ten mecz do Częstochowy, i wiecie co? Bilet kosztował mnie tyle co trzy piwa w knajpie na Długim Targu, ale miałem miejsce tak daleko, że musiałem przyjrzeć się numerom torów, żeby ustalić, który to mój. Ale żeby nie było — fajnie, że mieliście te miejsca pod samą siatką, bo ja to widziałem Goguścia z odległości porządnego strzału z łuku, i co najważniejsze? Wcale nie było tak, że „całe trybuny śpiewały razem” — bo przy mojej ławce akurat ten jeden typ, który przyszedł z psem, cały czas gadał przez telefon o swoim psie, a jak tylko dimitrov zrobił tę słynną lufę, ten facet tylko powiedział „o kurwa” i upuścił kiełbasę z bułką na kolana swojej dziewczyny. No nie mówcie, że to była jakaś wielka magia — tamtego dnia towarzyszył mi akurat ten sam zapach spalonych kalorówek co dzisiaj przy budowie, tylko że teraz mamy klimatyzację, więc przynajmniej nikt nie musi się przejmować, że mu się roztapia butelka coli. A że „dzisiaj to już nie to”? Ej, dajcie spokój, bo ja niedawno byłem na meczu w Warszawie, i wiecie co? Miałem bilet na drugą trybunę, ale jak tam dotarłem, to okazało się, że koleś obok sprzedaje kanapki z serem za dwadzieścia złotych — i to była najlepsza kanapka, jaką jadłem od trzech tygodni! I co? Starsi kibice znowu narzekali na „dzisiejszą młodzież”, ale jak Grigor wygrywał, to wszyscy razem skandowali, a ten facet ze sprzedażą kanapek machał ręką i wrzeszczał „ale numer, chłopaki!” razem z nami. Może i nie mieliśmy miejsc pod samą siatką, ale atmosfera była naprawdę — no niech mnie, ale prawdziwa. I jeszcze jedna rzecz — tamtego 2014 roku to wszyscy mówili, że „to raz na ruski rok”, ale wiecie co? Rok później Grigor znów zrobił show w Halle, tylko że tym razem nikt nie mówił o „magii”. Czemu? Bo bilety były tańsze, a ludzie nie musieli się umawiać na pół roku wcześniej, żeby dostać miejsce na osiemnastce. I co? Nadal było fajnie. Nie oszukujmy się — fajnie jest zawsze, kiedy twój zawodnik gra tak, że aż dech zapiera, a nie dlatego, że trafiłeś na bilet marzeń, który kupiłeś od handlarza za cztery ceny. Prawdziwi kibice nie potrzebują luksusów, żeby czuć tę magię — wystarczy, że mają chęć i parę złotówek w kieszeni.
    xG > emocje.
    FA FaulGate Nowicjusz 08.07.2026 21:26 Cytuj
  • Ej, ależ wy tu opowiadacie o tamtych biletach jak o biletach na lot na księżyc, a ja wam powiem — w 2014 to ja miałem taki bilet na mecz w Warszawie, że aż mnie w kieszeni zaświtało… bo był to bilet „na gapę”, nie? 😂🍿 Byłem akurat na budowie przy hali Arena Ursynów (no wiecie, ten budynek, który wyglądał jakby zrobili go z klocków Lego odrzuconych przez Boba Budownickiego), i koleś z pracy mówi: „słuchaj, znajomy mi mówił, że ktoś rzuca bilety na jutrzejszy mecz, bo nie może pójść”. No to ja, naiwny, myślę — „super, bilety za darmo, no i wejdę, no”. Tyle że bilet był na nazwisko „Pan Kierownik Budowy”, bo ktoś z administracji na miejscu musiał go zgubić. Wchodzę na trybunę, showman jak zawsze, myślę sobie „spokojnie, tobie nikt nie sprawdzi”. No i co? Idę, siadam, normalnie się rozglądam, a tu nagle facet obok pyta: „Przepraszam, a panu się nie przeszkadza, że siedzi pan na miejscu pana Kowalskiego?”. Ja na to: „Jasne, że nie, panie Kowalski, bardzo mi miło!”. A facet patrzy na mnie, jakbym był jego wujek spod ciemnej gwiazdy, i mówi: „A ja jestem panem Kowalskim, ale pan już dawno powinien być w kinie, bo niedługo zaczyna się \"Sami swoi 4\"”. No i nie zdążyłem nawet dojeść do hot-doga, bo jak Grigor wszedł na kort, to facet obok mnie zaniemówił tak, że upuścił kanapkę z serem, która wylądowała mi prosto na buty. A on tylko: „kurwa, no i znowu mi się coś dzieje przy tym facecie…” 😂🍿 I wiecie co? Mimo że bilet był „na gapę”, a kanapka na butach, to i tak było to najlepsze popołudnie w życiu — bo jak inaczej bym miał okazję poczuć się jak król kibiców, kiedy całe trybuny wrzeszczały, a ja akurat stałem z serem na bucie? Prawdziwa historia rodem z „Naszych koszmarów”!
    Potrzymaj piwo.
    ST StaraSzkola_Trybuna Nowicjusz 08.07.2026 22:58 Cytuj

Odpowiedz w temacie

Zaloguj się, aby odpowiedzieć

Nie masz konta? Zarejestruj się — to szybkie.