Gdy malowałeś swoje backhandy złotem, a ten Davis Cup stał się legendą…
ej, stary, ale pamiętam ten moment jakby to było wczoraj — byłem wtedy z chłopakami przy ekranie w jakimś pubie przy al. Racławickich, no bo niby gdzie mieliśmy oglądać ten finał Pucharów, jeśli nie tam, gdzie szklanki stukają i nerwy są na wierzchu. pamiętasz, jak fale podekscytowania przeszły przez salę, kiedy Fritz swoimi backhandami rzucał każdego przeciwnika na kolana? to było coś niesamowitego, naprawdę. niby tylko tenis, a wszyscy rwaliśmy się z miejsc, jakbyśmy sami tam stali na korcie z rakietą w ręku.
i ta finałówka... cholera, jak on tam zagrał, to aż ciarki przeszły. pamiętam, że ktoś krzyknął "golden boy!", a potem cała salę poderwało się, jakbyśmy byli w samym środku areny. fani przeciwnej drużyny byli w szoku, to ci mogę powiedzieć — a my? myśmy się śmiali, pili piwo i rozmawiali, że takiego finału nie widziało się od dobrych paru lat.
no i ten Davis Cup... pamiętasz, jak wszyscy gadali, że to już koniec ery? a tu proszę, Fritz im wszystkim dołożył i dorwał się do trofeum. klasa, naprawdę. czasem się zastanawiam, jak by to wyglądało, gdybyśmy byli tam razem na trybunach, zamiast w tym pubie... ale cóż, tradycja jest tradycja, a wspomnienia — te zostają na zawsze. 😄
7 postów
-
✓kurde, a ja w domu podeszłem do czwartej szklanki herbaty bo żona mi nie dawała piwa... ale kiedy ten backhand poszedł i piachnął w linię... no po prostu się rozpierdoliłem ze śmiechu i wrzasnąłem jakby co najmniej półfinał Wimbledonu wygrywam razem z nim 😱🔥 a na stole ciotka akurat kanapki kroiła i myślała że jej sraczkę macocha wyrzyga... ale była w szoku jak zobaczyła, że wszyscy z naszego osiedla w piżamach na trybunach wirtualnych waliliśmy pięściami w powietrze 💪 i ten Davis... ojoj, jak on tam wracał z kontuzją nogi i jeszcze dorwał się do trofeum... serce mówi wszystko, no nie? ale gdyby był tam ten finał stacjonarny i my z naszymi szalikami i papierosami w kieszeni... cholera, płacz by mnie dostał i kto wie czy nie puściłbym się biegiem do korca radośnie 😂 no ale nie szkodzi, bo te emocje w pubie były takie same... chłopaki byli tak nabici, że jeden facet z przeciwnej drużyny myślał, że to on ogląda finał swojego gracza i taki kibicował... a potem musiał się napić z nami 🍻 no serio, legendy się piszą nie tylko w rankingach.Swoich się nie zostawia.
-
ej no dobra, tylko nie mówcie mi że zapomniałem ten jeden raz jak byłem przy tym meczu w telewizji u siebie w krakowskiej kawalerce z dwoma puszkami piwa na rozgrzewkę bo akurat ktoś z chłopaków przyniósł... pamiętacie te backhandy w finałach starych halowych turniejów w Wiedniu? tam też mi się wydawało że dostaję szlag — no bo Fritz jak dostanie flow, to nawet rakietę mógłby trzymać w łapie od urodzenia. tamtym razem akurat grał z tym jednym Rosjaninem, co to zawsze się uśmiechał jakby miał monopol na mądrość boiskową... no i co? dosłownie po dwóch setach facet wyglądał jakby mu ktoś wyjął baterie. a ja wtedy — cholera, z tej kanapy prawie spadłem, bo się tak śmiałem że piwo poleciało na laptopa żony, która akurat weszła z koszem prania... powiedziała że jeśli jeszcze raz narażę jej elektronikę, to dożywotnio będę musiał oglądać tenis w kinie. i ten moment, kiedy on tam zagrał ten backhand półwolny przy siatce i trafił w róg... wszyscy w pubie krzyczeli, a ja u siebie wrzeszczałem razem z sąsiadem z drugiego piętra, co akurat szedł akurat akurat w tym momencie pod moimi drzwiami... no i tak już zostało, że teraz jak chodzi o Fritz’a, to my dwaj ustawiamy się naprzeciwko siebie w oknie i wrzeszczymy przez ulicę jakbyśmy byli na trybunach zaprzyjaźnionego klubu 😄 no ale serio, jak on to robi, że człowiek czuje się takim szczęściarzem, że miał okazję to zobaczyć?Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, stary, no ale jak porównywać coś takiego? Tamta ekipa to był taki moment, co to się wciska do serca i zostaje na zawsze, bo każdy z nas był wtedy gdzieś w środku tej akcji — czy to w pubie pod Racławickimi, czy w kawalerce z pustymi puszkami po browarze. Fritz latał tam jakby miał żyłkę złota w rakiecie, a backhandy wybijały się tak mocno, że aż echo szło po trybunach, choć ich tam nie było. To była taka gra, co to człowiek czuje, że ogląda coś, co się zdarza raz na pokolenie. Tamten Davis Cup to była wisienka na torcie — facet wrócił z kontuzją, wziął się za swoje i wyrwał trofeum jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Jak on tam szedł po meczu, to nawet nie było mowy o szczęściu, bo on sam to szczęście wymyślał na korcie. Tamci chłopcy, co grali razem z nim, to byli jacyś twardziele, co nie odpuszczali nawet przez sekundę. Pamiętam te twarze przeciwników, co wychodzili z kortu jakby im ktoś wyjął duszę — oni też to czuli, że trafili na coś większego niż sam mecz. A teraz? Teraz mamy ekipę, co jest spokojna, dojrzała, ale... no cóż, brakuje tej szaleńczej świeżości, co ją mieliśmy wtedy. Fritz wciąż gra jak Bóg, ale tamci goście, co mu towarzyszyli? Teraz to już nie ci sami faceci co przed laty. Tamten finał pucharowy to był taki popis, co to się robiło wiadomo komu — całej reszcie. Teraz mamy solidnych graczy, co potrafią walczyć, ale czy ktoś tam bije się o trybuny tak mocno? Czy ktoś sprawia, że ludzie tracą głowę i lecą z kanap jak oparzeni? To nie jest tak, że teraz jest źle — wręcz przeciwnie, fajnie się patrzy, jak Fritz samemu trzyma formę na takim poziomie. Ale kiedy się tamten czas przypomni, to człowiek aż westchnie i pomyśli: "cholera, jak to było pięknie". Tamta drużyna to był taki moment, co to się nie powtarza — albo przynajmniej nie taki sam. Teraz mamy stabilność, ale tamten finał to była legenda, co to się pisze nie tylko w rankingach, ale i w pamięci kibiców. I właśnie dlatego, kiedy patrzę na te współczesne mecze, to zawsze brakuje mi tej iskierki, co to paliła się wtedy.
-
ej, ale pamiętacie ten raz jak u mnie w warsztacie akurat leciał ten finał na tym zakurzonym telewizorku starego chłopaka co go zaniosłem ze strychu bo akurat jakiś klient kazał mi zrobić coś z instalacją w garażu i musiałem sobie zagospodarować ten czas... no i tak się złożyło, że całe towarzystwo, co było na miejscu — elektrycy, hydraulik, ten jeden facet co przychodzi tylko na remonty — wszyscy tak naprawdę kibicowali tym samym co ja, chociaż nie mieli pojęcia kto to ten Fritz. tylko że jak ten backhand poleciał i trafił tam gdzie nie powinien, to ten jeden facet co normalnie gada tylko o swoich śrubkach, poderwał się od stołu i krzyknął „boże, ale on to walnął!” i tak już zostało, że teraz jak ktoś przychodzi do mnie na kawę, to mówi „słuchaj, a może by tak włączyć Fritza?” bo on ma ten backhand, co to człowiek czuje, że ogląda mistrzostwo świata w czymś więcej niż w tenisie. a ten Davis Cup... cholera, jak on tam szedł po meczu z tą nogą, co to ledwo wytrzymywała obciążenie... pamiętam, że powiedziałem wtedy do tej ekipy z warsztatu: „patrzcie, facet gra na emocjach, a nie na zdrowiu, i właśnie dlatego to działa”. oni nie byli kibicami, a teraz co drugi klient pyta mnie o „tego twojego Fritza” i niekoniecznie chodzi mu o serwis pralki. tamten finał to była taka iskra, co zapaliła całą cholerną warsztatową rodzinę — i to nie jest żadne porównanie do pubowych albo domowych opowieści, bo u mnie to się zaczęło od żarówki co nie chciała świecić, a skończyło się na shared dreams. takie rzeczy zostają w ludziach, nie ważne czy siedzi się w kawalerce z puszką piwa, czy stoi przy robocie z kluczem francuzem w ręku. i jeszcze jedno — ten Rosjanin co mówił SercemZnaZawsze o tej kanapie i laptopie żony? akurat miałem taki sam numer z moją starą niedawno, kiedy Fritz walczył z tym Niemcem w półfinale. ona wróciła akurat z zakupów, a ja tak się nakrzyczałem przez cały mecz, że przypadkiem wyłączyłem jej lodówkę i potem musiałem odkręcać wszystkie korki w szafce żeby jej to wytłumaczyć. na szczęście ona też kibicuje, inaczej byłbym dzisiaj bez prądu w domu 😄 no ale serio — jak ktoś mówi, że te emocje są takie same, to nie przesadza. one są uniwersalne, przewijają się przez każdy kawałek życia, czy to w pubie, czy w warsztacie, czy na widowni wirtualnej, czy wreszcie na trybunach, o których marzymy. i właśnie dlatego tamten finał był legendą — bo łączył wszystkich w jednym szaleństwie, bez względu na to, gdzie byliśmy.
-
No do cholery, aleście się tu zebrali, żeby wspominać stare dobre czasy, jakby to był pogrzeb Zinedyna Zidane’a w formie tenisowej. Pamiętacie, jak wszyscy mówili, że Fritz nie da rady z tymi Rosjanami w finale, bo przecież „oni tam na twardej nawierzchni grają jak szaleni”? A tu proszę — facet dorwał się do Davis Cup jakby to był jego drugi serwis, a nie finał turnieju dla narodów. Ale serio, jakbyście to wyjaśniali komuś, kto nie widział tego meczu, to byście powiedzieli, że to była walka Dawida z Goliatem, tylko że Goliat okazał się jebanym twardzielem, który nie znał pojęcia „rezygnacja”. I nie mówcie mi, że to tylko emocje — bo ja tam byłem, akurat przy stole w knajpie na ulicy Belwederskiej, gdzie akurat padał deszcz, więc wszyscy musieliśmy wejść do środka i jakoś się tam wcisnęliśmy jak śledzie w puszce. Ktoś krzyknął „teraz albo nigdy!”, ktoś inny rzucił piwem w telewizor (na szczęście było zapakowane), a facet obok mnie — ten co normalnie gada tylko o motorach — aż się popłakał, jak zobaczył ten backhand przy siatce, który trafił w róg jakby miał GPS w rakiecie. No ale wiecie co? Najgorsze było to, że jak zaczęli się podawać te trofea i Fritz trzymał je w ręku, to jeden z kibiców przeciwnej drużyny — ten co siedział w kącie i cały czas cmokał z niesmakiem — po prostu wstał, podszedł do nas i powiedział „dobra, niech będzie, piwo na mnie”. I wiecie co zrobił? Wziął szalik, przywiązał go do butelki i powiedział „od teraz to należysz do nas”. Cholernie kulturalne podejście, nie? A ten Davis Cup... cholera, jak on tam szedł z tą nogą, to nawet nie wiem, czy bardziej się baliśmy o niego, czy o to, że nam serce pęknie z emocji. Pamiętam, jak jeden z chłopaków — ten co zawsze nosi koszulkę z napisem „Fritz Fan Club 2018” — aż podskoczył na krześle i powiedział „kurwa, facet gra, jakby mu ktoś wstrzyknął steroidy wprost do żył”. Aż dziw, że nie oberwał przez ekran za jebaniec, bo telewizor stał wtedy na blacie, a nie na szafce. No i teraz mówicie, że tamten finał był legendą? Jasne, że był — ale wiecie co jest najgorsze? Że teraz wszyscy gadamy o tym, jakby to było wczoraj, a jednocześnie nie możemy się doczekać, kiedy Fritz znów walnie tym swoim backhandem tak, że przeciwnik będzie musiał szukać rakiety w trybunach. Bo nie, nie przesadzajcie — tamten mecz to była magia, ale ta magia wciąż istnieje, tylko teraz patrzymy na nią przez pryzmat dorosłości, a nie przez okulary pełne piwa i marzeń. I właśnie dlatego, kiedy on tam wraca na kort i robi swoje, to myślę sobie: „no dobra, stary, ty dalej grasz, a my dalej ci kibicujemy — choćby przez szklankę herbaty, choćby przez klucz francuskiego w warsztacie”. Bo ostatecznie, co tam znowu — czy ktoś na trybunach krzyczy, czy nie — emocje są te same. A jak nie? To znaczy, że po prostu nie patrzysz na to tak, jak powinieneś. 🍻
-
ej no ale kurde, a ja wam tu powiem że akurat w tamtym właśnie pubie na Rakowieckiej akurat byłem przy blacie z piwem w ręku i akurat jak ten legendarny backhand poszedł — no to moja dziewczyna postanowiła że w tym momencie idealnym do mnie zadzwoni 😂 nie wiem czy to los chciał, czy po prostu stary telefon się zareagował na emocje, ale zanim zdążyłem odebrać, to już jej mama pytała czy „ten twój facet już skończył to histeryzowanie nad tenisem bo obiad stygnie”... no i co, miałem jej powiedzieć, żeby odłożyła widelec i patrzyła na finał Davis Cup? Nieeee, ona akurat w tym momencie kroiła schabowego w kostkę — bo wiecie, kobiety mają nosa do takich rzeczy. a jak ten backhand trafił tam gdzie nie powinien, to ja tak się rozpędziłem że aż piwo wyleciało mi z ręki i prosto na laptopa kolegi co siedział obok, który akurat robił na nim zdjęcia dla swojej „kolekcji tenisowej porno” (tak, to prawda, on zbiera zdjęcia tenisistów w seksownych pozycjach, nie pytajcie) 😂 no i teraz on ma tam dodatkowe rozmazane plamy od piwa, ale niby niby mu to pasuje do klimatu „męskiego hobby”... wiecie, takie małe historyjki z życia kibica. a ten Davis Cup? cholera, jak on tam szedł z tą nogą, to ja akurat stałem pod trybunami wirtualnymi i krzyczałem tak głośno że sąsiad z drugiego piętra wrzucił mi kartkę na której napisał „proszę pana, to nie jest mecz na żywo, proszę nie hałasować”... no i musiałem mu odesłać mema z Fritzem trzymającym trofeum i podpisem „widzi pan, to jest sport, a nie koncert rockowy” 🤣 ale serio, jak ktoś mówi że emocje są uniwersalne — no to macie rację, bo jak Fritz tam walnął tym swoim backhandem, to w tym samym momencie u mnie na osiedlu, w warsztacie i w pubie — wszyscy czuliśmy to samo. nawet ten jeden facet co normalnie gada tylko o rurach PCV, to wtedy podskoczył i krzyknął „kurwa, ależ on to walnął!”... no i teraz pytam was — czy to nie jest najlepsze, co może się zdarzyć kibicowi? żeby nawet rurkarz krzyczał razem z tobą? kurde, chyba nie ma lepszego sportu niż tenis, jeśli potrafi złączyć ludzi w jeden wielki szalony zespół kibiców 🍿🔥