Tak rwie się biało-niebieskie serce Miedwiediewa, że duma wraca na trybuny!
a niech to, to coś było... dwanaście lat temu, może trzynaście, akurat mieliśmy taki mecz z tym samym Zenitem w pucharowym u siebie, a na trybunach jeszcze było trochę tej magii sprzed "nowej ery". pamiętam, jak sędzia odgwizdał tamten rzut wolny, a ja stałem tak na swoim miejscu, tuż przy bandzie, i myślałem sobie: "oj chłopie, teraz to coś się wydarzy, bo gdybyś nie wiedział – to dopiero nudy oglądaliśmy przez całe pięćdziesiąt minut". ale wtedy... klasa wyleciała, jakaś taka delikatna kopnięta piłka, leciutko ponad murem, a Bogań już w bramce Zenitu był jakby go wbijali w ziemię – boleśnie. i nagle ten huk radości, że aż mi serce podskoczyło, pamiętam, jak krzyczałem na cały stadion razem z innymi, a tata mi wtedy powiedział: "no widzisz, Danił, jak zagra, to zagra – nie ma co wymyślać, poogląda się tyle co ja i się zrozumie".
7 postów
-
✓kurwa, to było tak, że akurat chyba w zeszłym roku na meczu z Lokiem na ławce byłem i usiadłem między dwoma staruchami, co piją piwo zawsze z pierwszego rzędu od lat, a tu nagle Miedwiedienko staje nad piłką i patrzy takim wzrokiem, jakby sam Bóg mu kazał posłać ten strzał za pół boiska... 🔥💪 rzuciłem tym swoim drugim już kebabem w ręce, a oni krzyknęli "DAJ JEJ, DAŃKA!!!" i... BOOM, poszedł ten wolny i nawet ja, co to niby nie wiem nic o futbolu, wiedziałem – TO SIĘ NIE DZIEJE NORMALNIE, TYLE ROKÓW SIĘ CZEKAŁO!!! i skoczyłem jak debil w górę, że aż kebab mi wypadł, a stary obok tylko się śmiał "no i masz, chłopie, teraz kiblujesz na pusty żołądek!" 😱🔴Swoich się nie zostawia.
-
pamiętam zeszłego lata, jak byłem z wnukiem na tym samym meczu, tylko że mieliśmy fajnie w środku, pod dachem – bo akurat padało jak cholera, a on pierwszy raz w życiu na stadionie, cały podekscytowany, trzymał mnie za rękę, aż mu niebieskie szalikiem powiewało. i jak ten wolny poleciał... to nie tylko ja krzyczałem, on też skoczył tak wysoko, że oberwałem mu ręką w nos, a on nic, tylko się śmiał „dziadek, widzisz?! to takie fajne!!!”. pół godziny później gadaliśmy o tym na samochodzie, on się zastanawiał, jak to możliwe, że piłka lata tak cudownie, a ja mu powiedziałem, że to chyba ta magiczna rura, którą Miedwiediew ma w nogach zamiast strzałek. stary mówił, że to przez te wszystkie lata kibicowania – serce się rozrasta i człowiek nagle widzi cuda tam, gdzie inni widzą tylko nudę. i wiesz co? miał rację.
-
A to dopiero był taki zespół, że aż strach było patrzeć na niego przez wziernik czasu – te lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte, kiedy jeszcze mieli wokół siebie coś takiego, co dziś nazwalibyśmy aurą fatalizmu, ale naprawdę robili co mogli. Wtedy Daniił nie był jeszcze tym Miedwiediewem-kapitanem-co-wszystko-rozwiązuje-jednocześnie-szybko-ładnie-i-z-humorem, tylko chłopakiem co to biegał jak poparzony i kopał na oślep, bo taki styl mieliśmy w genach – albo bijesz, albo jesteś bity, a środkiem pola to się raczej przewalało niż prowadziło. Ale ten gol z Zenitem tamtego wieczoru... to była jakaś emanacja tamtej duszy, która wiedziała, że życie kibica polega na szukaniu tych kilku chwil, kiedy magia jednak przeskoczy przez mur nudnych wtorkowych wieczorów. Teraz to co innego. Teraz mamy drużynę, co potrafi ten wolny rzucić z półmetra od własnej połowy, a on leci przez środek boiska jakby czas stanął – i nagle się okazuje, że tak właśnie powinno wyglądać święto futbolu. Te lata nauki, kiedy facet musiał się wykazać nie tylko techniką, ale i umiejętnością czytania meczu jak starego kumpla, teraz wyszły na jaw. Wtedy byliśmy podziwem dla każdego zawodnika co umiał zagrać nie oczami, a sercem, a dziś mamy drużynę, co potrafi tę samą emocję dać kibicom bez konieczności kombinowania naokoło boiska. To nie jest już ten sam futbol, co kiedyś – za to mamy coś cenniejszego: drużynę co nie musi walczyć o byle punkcik, tylko może sobie pozwolić na to, co kiedyś było luksusem – piękno i finezja bez oglądania się na tabelę. Tyle że... w tej zmianie kryje się coś, co trochę boli. Tamci chłopcy nie mieli nic do stracenia prócz własnej dumy, a my dzisiaj mamy wszystko do zyskania – i dlatego ten gol Daniiła przeciwko Zenitowi to było jak otwarcie starej księgi, w której zapisane są wszystkie nasze lata kibicowania. Bo widzicie, wtedy ten strzał był aktem desperacji, teraz to już po prostu zwykła ekspresja klasy. I to jest chyba najpiękniejsze: to, że umiemy cieszyć się zarówno z punktów zdobytych w dramatycznym stylu, jak i z tych, które zdobyte są z nonszalancją mistrzów. Przecież kibicowanie to nie tylko wynik na tablicy, ale i te kilka sekund, kiedy zapominasz o wszystkim i patrzysz tylko na to, jak twoja drużyna gra – albo jak grałeś w sobie.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, no nie przesadzajcie już z tymi łzami wzruszenia, bo mi się serce w gardle zatka — ale serio, facetów, macie rację co do jednego: ten gol był taki, że aż gęsia skórka. Ale niech mnie szlag trafi, jeśli nie macie trochę za dobrego zdania o samym sobie, że niby ta "zmiana" to coś cudownego. Bo powiedzcie mi szczerze, ile razy w tym sezonie widzieliśmy taką sytuację, że Daniił kopnął wolnego, a mur Zenitu zamiast się rozstąpić, to jeszcze się uśmiechnął, bo wiedział, że i tak piłka nie poleci tam, gdzie powinna? Hmm? Pamiętacie ten mecz z Lokiem? Też był fajny, ale skończył się takim remissionem, że do dziś niektórzy kibice płaczą w poduszkę. A teraz nagle mamy "ekspresję klasy" i "mistrzów"? No dobra, no dobra — ale gdzie te mistrzostwa, kiedy w lidze wychodzi się drugim, a w pucharach ktoś was wywala w ćwierćfinale przez drużynę, co miała więcej szczęścia niż rozumu? No nie, no nie, nie mówię, że to nie był fajny gol — był, i tyle. Ale żeby od razu wieszać portrety mistrzów w szatni, to już trochę na wyrost. I jeszcze ten cały sentyment o "starych dobrych czasach", kiedy to byliście "podziwem dla każdego zawodnika, co umiał grać sercem". No wiesz, DumaStolicy88, tamci chłopcy to niby grali sercem, ale też mieli średnią wieku 37 lat i jeździli na mecze busem z firmy budowlanej swojego ojca — nie obrażajcie się, ale kibicowanie to nie tylko bycie pod wrażeniem, to też trochę odpowiedzialności. Teraz mamy drużynę, co umie rzucić wolnego zza własnej połowy i trafić do drugiej bramki... tylko że wolnych dostaje średnio dwa na sezon, więc niby jak to ma być nasza nowa metoda na punkty? Aha, no i jeszcze ta kwestia, że w latach osiemdziesiątych ludzie szli na stadion w niedzielę rano, wracali wieczorem, a nazajutrz do pracy z szybszym krokiem — bo tamci zawodnicy biegali za piłką, a nie za kontraktem z rekinem z Premiership. Ale serio, fajnie się oglądało ten mecz — nie mówię, że nie. Tyle że kibicowanie to nie tylko chwile, kiedy zapominasz o wszystkim. To też te chwile, kiedy stukasz się czołem o telewizor, bo stoper ci się zepsuł i nagle znowu tracisz 2:0 z drużyną, co dwadzieścia lat temu byłaby twoim siódemkowym sąsiadem zza parkanu. Więc dajcie spokój z tą ekspresją klasy i powiedzcie mi szczerze: kiedy ostatnio widzieliście Miedwiediewa, jak on naprawdę walczył o każdy centymetr boiska, a nie tylko tak ładnie kiwał nogą w powietrzu, jakby miał nóżkę w krochmalu? 😏 Bo ja pamiętam — i to nie z dawien dawna, tylko z zeszłorocznego meczu z Cracovią, kiedy to facet padł na murawę, złapał się za nogę, a sędzia nawet nie gwizdał. Takie rzeczy to jednak zostają na dłużej niż jeden gol z rzutu wolnego.
-
a niech tam, ja akurat dzisiaj rano walnąłem się w palec młotkiem jak ten Miedwiediew wolnym – i wiecie co? ten uśmiech kibica, kiedy drzwi do warsztatu trzasnęły i patrzyłem na siebie w lustrze z niebiesko-białym szalikiem zawiązanym na szyi, był dokładnie taki sam jak wtedy, kiedy Danił posłał tamtego wolnego! 😂🔥 pamiętam, jak mój sąsiad, stary, co to u nas od czterdziestu lat ogniwa na trybuny nosi, spojrzał na mnie i powiedział: "no i co, facet, dzisiaj to już nie tylko piłka lata magicznie, ale i twoje paluchy robią cuda? gratulacje, trafiłeś!" a ja mu na to, że to chyba ta magiczna rura z nogami Miedwiediewa jednak działa, tylko trzeba umieć się nią nie walnąć po mordzie. kurtyna!Memy to też analiza.
-
Też tam byłem, jak ten wolny poleciał... tylko że ja akurat piłem browarek na kanapie, a kolega obok strasznie się denerwował, że "jeszcze jeden stary numer Miedwiediewa", no i po prostu nie uwierzył, jak ten strzał poszedł. Dopiero kiedy piłka wpadła do siatki, to mu się kufel wylał na koszulkę, a on dalej krzyczał "mówiłem ci, mówiłem!" przez dwie minuty. I wiecie co? Wtedy zrozumiałem, że te magiczne gole to nie żadne czary – to po prostu facet, który przez całe życie trenował, żeby tak kopnąć, a my kibice nie dajemy rady przestać się temu dziwić. Może Arbiter_Kupiony ma trochę racji, że czasem za bardzo idealizujemy... ale mnie to akurat nie przeszkadza, bo właśnie o to chodzi, żeby w tym futbolu było trochę tej niespodzianki, co pcha nas z powrotem na trybuny. Co Wy na to – bardziej liczy się ten jeden gol, czy to, że nie można się od niego oderwać i cały mecz się w nim zanurza? 😅Nowy tu, chłonę wiedzę.