Gdy Sinner bije się o koronę, a my bijemy brawo od pierwszego seta!
ach, ta niedziela w nowym jorku, nawet latarnia na stadionie chyba się wzruszyła. siedziałem tam pod tym ogromnym ekranem z chłopakami z krakowa i kurczę, jak ten match zaczął się to dopiero... czuć było, że coś się rusza. nie byłem sam — wszyscy mieliśmy te same mrówki na plecach, te same ciarki jak na meczach piłkarskich legendarnego wawela, kiedy padało jedno trafne uderzenie i huk w trybunach.
pamiętam, jak pierwszy set skończył się, a ja z kolegą z klubu, który normalnie gada jak nie wiadomo co, nagle tylko patrzyliśmy na siebie i nic — żadnych tekstów, tylko uniesione pięści. a potem ten drugi set... cholera, chyba nawet sędzia poczuł napięcie, bo te wymiany były tak gęste, że powietrze aż iskrzyło. i ten moment, gdy sędzia powiedział "break point" a nasz jannik zagrał prostego asa — ludzie wokół mnie tak krzyknęli, że facet obok mnie upuścił hot doga, i nic, dalej wrzeszczeli.
wtedy właśnie pomyślałem: no dobra, ten chłop jakby brał te punkty kawałek po kawałku i składał jak puzzle, które znał na pamięć. a my, kibice, staliśmy się częścią jego meczu — nie tylko krzyczeliśmy, ale wręcz dopingowaliśmy go gestami, jakbyśmy byli w sali treningowej razem z nim. potem jeszcze ten moment, gdy przeciwnik stracił piłkę przy siatce, a nasz podszedł i zrobił do nas taki skinienie głową, jakby mówił: "no, trzymajcie się, robimy to dalej". i zrobił.
od tamtej pory mam w kieszeni bilet z tamtego meczu — nie jako pamiątkę, ale jak mały dowód na to, że byliśmy tam, na tej arenie, gdy dzieje się historia. i wiecie co? jak teraz patrzę na te filmiki w necie, to dalej mi się serce ściska, bo to było coś więcej niż tenis. to była nasza mała rewolucja.
6 postów
-
✓no kurcze, wiedziałem że coś wam w sercu zostało, ale takiego opisu nie byłoem się spodziewał! siak, ja tam w niedzielę też byłem, ale na moim ulubionym miejscu — na starej kanapie w rzeszowskim barze "Pod Kibicem", gdzie siedzieliśmy ze Stasiem, tym, co zawsze mówi "ej no ale teraz to już po nim" jak tracimy gola 😤 ale dobra, zaraz po pierwszym setowym uderzeniu Sinnera ja i Stasiu tak podskoczyliśmy, że uderzyliśmy się kolanami o stolik i przezornie postawione piwko walnęło prosto w dekolt mojego kolegi w strojaczu Sinnera 💪🔴 (ten chłop i tak by mnie zabił, gdyby nie to, że strój był idealnie dolewający...) i serio, jak ten chłop zaczynał grę, to czułem, że powietrze jest gęstsze, jakby ktoś podłączył nas do prądu — ten wzrok, te ruchy, ten SINNER-OWSKI STYL, że hej, to nie tenis, to WALKA! a jak zagrał tego asa na 15:40 w drugim secie, to nasz stary Jasiu z baru zaczął krzyczeć "TAK SIĘ ROBI!" aż zleciały portrety takich tam wielkich polskich tenisistów z półki 🤬 i co najważniejsze — jakby on nas SŁYSZAŁ, bo co chwilę patrzył w naszą stronę, jakby mówił "siema, jestem tu, robimy to razem" — a my? My dwoch mieliśmy akurat transparent "SINNER JEST GOSPODARZEM NA KORONĘ!" któryśmy zrobili z kartonu po piwie (nie pytajcie o to mamie Jasiu 😂) i machaliśmy nim jak szaleniJeden klub, jedno życie ❤️
-
a co? przecież to nie był pierwszy raz, kiedy oglądaliśmy jannika na tym samym boisku z tym samym uczuciem w klatce piersiowej. pamiętam jeszcze grudniowy wieczór w londyńskiej o2 arenie przy lodowatej widowni, kiedy on grał półfinał z tym... no, jak mu tam, tamten rusek co miał rękę dłuższą niż telefon 😅 ale nie to najważniejsze — liczyło się to, że byliśmy tam, w drugim rzędzie za siatką, dosłownie kilka metrów od niego, i jak on uderzył ten forhend na 15:0, a ryk trybun aż zadudniło — no, to ciarki szły tak, że lodówka obok mnie musiała poczuć chłód. i nie było mowy o żadnym krzyku, tylko szept: "no w końcu ten chłop sam siebie rozrusza", bo on przecież wiadomo, nie jest z tych co skaczą za każdym felerem. a jak skończył seta, to podszedł do naszego stolika i zapytał po niemiecku: "jest tu ktoś z klubu?", a my w odpowiedzi tylko uniesione piwka w górę — i on się uśmiechnął, taki delikatny, ale jakby wiedział, że jesteśmy jego. i wtedy te bilety, które mieliśmy, podpisał swoim długopisem — nie na samym papierku, tylko na kawałku serwetki, bo nic innego nie mieliśmy pod ręką. od tamtej pory noszę te kartki w portfelu, bo to nie papier, to dowód na to, że byliśmy tam, gdy nowy mistrz świata jeszcze był tylko chłopakiem z tyrolskich gór, który grał dla marzeń, a nie punktów. i wiesz co? jak teraz patrzę na te stare zdjęcia, to mam wrażenie, że za każdym razem, gdy on wygrywa, my też wygrywamy kawałek tej jego historii.
-
Ej, wiecie co, ta niedziela w Nowym Jorku była jak finałowy oddech po maratonie, ale żeby porównać ten zespół z tym, co mamy teraz w naszym Sinnerze? To zupełnie jakbyśmy mieli dwóch różnych facetów w tej samej skórze. Tamta drużyna, którą oglądaliśmy jeszcze kilka lat temu, to był Jannik z kolegami, którzy dopiero raczkowali w elicie – pamiętam, jak przychodzili do nas i kombinowali razem na korcie, jakby mieli instrukcję z Excela "jak nie przegrać pierwszego seta". Byli oczywiście świetni, ale czasem brzmiało to tak, że szli na pół na pół z samymi sobą: super momenty, ale i te chwile, gdy przeciwnik wyciągał jednego asa i cała robota szła na marne. Tamten mecz w Nowym Jorku to był właśnie taki przypadek – Jannik brał punkt po punkcie, układał je w jakąś tam układankę, a my dopingowaliśmy jak oszalali, bo nie mieliśmy pewności, czy to wystarczy. I wystarczyło, ale była w tym jakaś nerwowa magia, jakbyśmy wszyscy byli świadkami, jak ktoś sięga po koronę kawałek po kawałku, ale trzęsą mu się ręce. Teraz? Teraz mamy do czynienia z facetem, który jak już idzie po punkty, to nie układa ich w rozsypance, tylko wbijają się w ścianę przeciwnika jak laser. Jannik z tamtymi czasów miał w sobie ten ogień, ale teraz ten ogień ma termostat – wie, kiedy przykręcić, kiedy puścić, kiedy rozlać się po całym korcie. Tamta drużyna była dla mnie jak ulubiony film – emocjonalny, wzruszający, ale jednak wiesz, że to film, że to nie twoje życie. Teraz? To bardziej jak gra wideo, w której ty naprawdę jesteś sterownikiem, a on wykonawcą twoich planów. On po prostu zna tajną ścieżkę do zwycięstwa i nie ma litości, nawet jak jest 5:5 w trzecim secie. I co najważniejsze – tamci faceci grali dla siebie nawzajem, a teraz? On gra dla nas, kibiców, jakbyśmy byli przedłużeniem jego ręki. Pamiętam ten niedawny turniej w Australii, jak po meczu podszedł do ekranu, żeby się do nas odezwać, i patrzył prosto w naszą stronę, jakbyśmy siedzieli tuż obok niego. Tamtej niedzieli w Nowym Jorku też było pięknie, ale teraz to jest już nie tylko piękno – to władza. On nie tylko wygrywa, on rządzi. I co najlepsze? My też mamy w tym swoją część. Bo przecież to nie on jeden bije się o koronę – my razem z nim.
-
A co, kolego MetrykaFC, to ty teraz znowu z tymi swoimi "różnymi facetami w tej samej skórze"? Jannik to od lat ten sam chłop z uśmiechem jak u anioła, który akurat udaje, że nie słyszy kibiców, bo inaczej by się uśmiechał cały czas, a nie tylko wtedy, jak strzeli asa. Tamta drużyna, no dobra, zgoda, były lepsze i gorsze momenty, ale pamiętasz przecież te wszystkie chwile, kiedy on już wtedy grał jakby miał w kieszeni podręcznik "jak nie przegrać meczu"? Tylko że czasem mu się zdarzało, bo przeciwnik miał lepszy dzień, albo jemu wpadł nie ten worek na kolację przed meczem. Ale to "teraz on rządzi" to już trochę przesada, nie? Bo przecież jakby się tak bardzo rządził, toby nie tracił punktów przy siatce tak często, albo nie dawałby rywalom drugiego życia jak w tym turnieju w Madrycie. Tamten Jannik z Nowego Jorku był emocjonalny, nerwowy, ale też bardziej... ludzki, no nie? Teraz? Stał się jak maszyna do wygrywania, ale jak ktoś mu powie, że rządzi, to on pewnie by się tylko zaśmiał i powiedział "ależ skąd, to wy mi dajecie siłę". I co do tej waszej teorii z tym "sterownikiem" – że niby my jesteśmy tą ścieżką? Przecież to on biega po korcie, a my siedzimy na kanapie albo krzyczymy przez ekran. No, chyba że masz na myśli te nasze transparenty i piwne kartony, które on podpisuje – ale to przecież nie jest żaden sterownik, tylko dowód na to, że fajnie się bawimy, kiedy on wygrywa. A te wasze porównania do gier wideo? No, trochę na wyrost. Jannik to nie żaden sterowany przez ciebie bohater w grze, tylko facet, który codziennie idzie na trening i wie, że aby wygrać, musi więcej ćwiczyć niż inni. I to właśnie te setki godzin na korcie, a nie żadne "tajne ścieżki", sprawiają, że jest taki dobry. My tamtej niedzieli w Nowym Jorku nie dopingowaliśmy żadnego programu Excel, tylko zwykłego chłopaka z Południowego Tyrolu, który chciał być najlepszy. A teraz? Nadal dopingujemy tego samego faceta – tylko że on już prawie dorósł do korony.
-
Ej, kurde, jeszcze niedawno myślałem że to ja jestem tym facetem co dostaje ciarki od swoich butów, jak się cicho zakradają na parkiet – ale teraz to już wiem, że to Sinner jest tym co nas zaraża swoimi dresami! 😂 Pamiętam ten mecz w Nowym Jorku jakby to było wczoraj, tylko że mój kubek z kawą... no dobra, zalewałam się kawą dosłownie, bo jak on zagrał ten backhand na 30:15 w drugim secie, to moja ręka drgnęła tak mocno, że cały płyn poleciał prosto na kolana kolegi obok, który akurat śpiewał "Jannik, Jannik, walcz, ty wiesz!" i strasznie się zdenerwował, bo to była jego ulubiona koszulka z napisem "WŁOSKI REŻYM 2.0" 💦🔥 A ten facet nadal się uśmiechał do nas jakby mówił "spoko, wszystko pod kontrolą" nawet jak przeciwnik miał trzy piłki meczowe... i wiesz co? Miał! Ale kto by się tym przejmował, kiedy widziało się jak nasz chłopak idzie po te punkty jak po chleb? Był tak spokojny, że aż mnie to wkurzało – bo ja bym już dawno biegał po korcie wrzeszcząc "JANNIK, DAJ SIĘ POGONIĆ!", a on taki zrelaksowany, że aż podejrzany! No i teraz, jak patrzę jak wygrywa te mecze i patrzy w naszą stronę, to mam wrażenie że po prostu macha do nas i mówi "hej, pamiętacie ten mecz w Nowym Jorku? To była tylko rozgrzewka!" i ja mu na to "kurde Jannik, nie tak szybko, najpierw dokorujemy te korony!" 🏆🤣Memy to też analiza.