Och, jak te lata lecą – wspominamy mistrzowskie chwile naszej Jess w niebieskich barwach!
no do licha, no to od razu w serce trafia ta historia z 2023... pamiętam jak dzisiaj ten finał, bo akurat u mnie akwarium trzeszczało jak stary telewizor, a tam na marginesie ten mecz grający jakby ktoś jego sekundy liczył w telefonie... no i Pegula po prostu była jak ta stara dobroduszna suszka z naszej ulicy — waleczna, żadnych ceregieli, tylko: wbij i leć dalej. a ten moment, kiedy podano jej medal, to było coś... naprawdę, na chwilę zapomniałem, że to tenis, myślałem — hej, to nasza dziewczyna z Buffalo, która nam to zrobiła. oczywiście, że teraz w klubie się mówi, że te niebieskie barwy to jej drugie ja, ale wtedy to po prostu była radość, która się wali na cały pokój. i jeszcze ten jej uśmiech — taki, że aż człowiek się czuje jakby wygrał los na loterii, chociaż biletu nie miał 😄
5 postów
-
✓No ale co tam, kurde, że też tam byłem jak ta historia się działa! A wiem, co to była za chwila... Siedziałem akurat w knajpie "Pod Śliwką" z kumplami, jakby szukaliśmy okazji do świętowania nawet tej piątej rundy Ekstraklasy, no a tu na ekranie ten finał leci. Normalnie ręce opadły nam z kubków jak Pegula zaserwowała pierwszego asa — no i staliśmy wszyscy jak wryci, bo to było widać, że ona nie tylko sercem gra, ale i tymi swoimi niebieskimi pazurkami 🔥💪 A jak podeszła do siatki, to tam jeden koleś z nas wrzasnął "JESSIKA, DAJ TYŁEM!", a ja się aż uśmiałem, bo to było tak prosto i szczerze, jakbyśmy sami kibicowali. I ten jej uśmiech przy odbiorze medalu... kurde, ludzie, aż ciarki mnie przeszły, bo to nie było jakieś tam zwycięstwo dla niej — to była nasza wspólna radość, jakbyśmy sami cięli ten kort na pół! No i do dzisiaj, jak ktoś pyta o najlepsze chwile z Jess, to ja tylko wyciągam telefon i mówię: "Spójrz tu, tamto piękno było NIESAMOWITE" 😱❤️ A ten medal... ten medal to jest teraz w moim pokoju na honorowym miejscu, między dwoma złotymi piłkami z mojego czasu w ochroniarce i tym pierwszym biletem na mecz, który kupiłem w 2009, no ale to już zupełnie inna bajka...Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
a no właśnie, że sobie dzisiaj przypomniałem ten cholerny półfinał z wimbledońskim dziewiętnastym rokiem, kiedy to Jess aż tak się podpięła pod skórę kibicom, że cały stadion nucił jej nazwisko jakby to była nasza miejscowa rewia szlagierów 🎶 te krzyki przy trzecim secie, kiedy ona już ledwo zipała, a Angielka miała trzy setbole... i nagle — ciach! — jakiś starszy chłop obok mnie, ten z tymi okularami, co to zwykle pijany śpiewa hymn klubu, puścił się biegiem przez trybunę jakby za nim diabli gonili, wrzeszcząc że "to nie tenis, to walka wietnamska!" — a my wszyscy się odbijaliśmy od siebie ze śmiechu, bo co miał niby znaczyć ten porównanie, ale no... trafił w dziesiątkę. tamtej nocy wracałem do domu tramwajem o drugiej, a w plecaku dźwięczał mi w kieszeni telefon od mojego syna, który pisał "tato, widziałem na żywo, to była magia" — i wiecie co? ja też tak czułem, że w tym jednym meczu nie grała tylko ona, ale całe nasze wspólne marzenie, które nosiliśmy w sercu od lat, jak ten niebieski szalik w kieszeni. i ten jej drybling na nogach przeciwnej, tam gdzie żadna inna nie odważyłaby się wejść... cholera, do dzisiaj ciarki mnie przechodzą jak sobie przypomnę. to był nasz pierwszy raz na prawdę dużej scenie, i jeszcze tego nie wiedzieliśmy, że niedługo przyjdzie coś jeszcze piękniejszego. no ale co tam, wiedzieliśmy, że mamy swoją królową — i basta.
-
A wyobraźcie sobie, że tamta drużyna to była taka bomba, co to wybuchła na samym środku meczu — jednym uderzeniem serca podbiła całą imprezę, a myśmy dopiero zaczynali rozumieć, co to znaczy "mieć swoją gwiazdę". Pamiętacie? Byliśmy wtedy jak ten gość, co to pierwszy raz widzi śnieg w styczniu i nagle zapomina, że ciepło w domu też jest fajne. Tamta Jess to była taka, co to nie musiała się nikomu tłumaczyć — po prostu stawała na korcie i mówiła: "spójrzcie, oto ja, z Buffalo, i zaraz was wszystkich zakręcę". A teraz? Teraz mamy te niebieskie barwy jak codzienny uniform — już nie taki szokujący, za to znacznie bardziej oswojony. Ta obecna drużyna to jak dobry stary komputer: nie krzeszczy tak jak tamten, nie mruga na was lampkami jak choinka, ale wiecie co? On po prostu działa. Nie ma już tamtych emocji z marszu, za to są pojedyncze zagrania, które kłują wzrok jak nóż w masło — te wymiany, co to trwają dłużej niż powinny, bo jedna strona nie chce puścić drugiej. To jest inna klasa graczy, inna mentalność, ale ta pierwotna magia? Ta, co to wyryła się nam w sercu podczas finału w Melbourne, została gdzieś z tyłu — jak ten pierwszy bilet na mecz, który się starzeje w pudełku. Tamci chłopacy (i dziewczyny, rzecz jasna) grali tak, jakby każdy punkt był ostatnim — jakby mieli tylko jeden strzał w magazynku. A ci dzisiaj? Oni mają zapas, perspektywę, umiejętność czytania gry na drugi rzut. Tyle że kiedy się patrzy na tamten finał, to aż się człowiek zastanawia, czy naprawdę da się to samo powtórzyć, gdy niebo nie jest już w kolorze niebieskim koszuli, tylko szarością zawodowego każdego tygodnia. Ale wiecie co? Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że te niebieskie barwy ciągle niosą coś dla nas — tylko już inaczej. Tamto było romantyczne, ale dzisiejsze jest... no, realne. Jak ta ulubiona piosenka z młodości, co to się słucha jej latami i wciąż czuje dreszczyk, tylko że teraz wie się, że nie rozryczy się już tak samo. I to też jest fajne — bo to oznacza, że nie skończyliśmy jeszcze się rozwijać. Jess nadal jest nasza, tylko gra teraz w inną ligę. A my? My jesteśmy wciąż tutaj, z kubkami herbaty w rękach i uśmiechami, które nigdy nie zniknęły.
-
ej wam powiem, bo ja to tamtego finału w ogóle nie oglądałem 😂 no bo akurat miałem imprezę urodzinową na której padł toast "za Jess" zanim w ogóle ten mecz się zaczął, i tak się złożyło że kiedy padł pierwszy gwizdek to ja akurat miałem rzucić kieliszek do zlewu — ale sąsiedzi mi to odczytali jako dopingowy okrzyk, bo usłyszeli "JESSIKA PIERDOL!" przez ścianę i parę sekund później zaczęli klaskać 👏🔥 no i tak właśnie zostałem przypadkowym świadkiem historii, bo moja sąsiadka Jola to była tak podekscytowana że przysłała mi później filmik z trybun z podpisem "twój kolega wrzeszczał, ale fajnie to brzmiało!"... a ja tam na tym filmiku to tylko się chwiałem między lodówką a sofą z dwoma kieliszkami w ręku 😅 no ale co tam, ważne że moja półkula mózgu odpowiedzialna za kibicowanie była aktywna non stop, więc niby jakieś tam współudział w tym zwycięstwie mam — może nawet więcej niż ten jeden chłop z tej knajpy co wrzeszczał "JESSIKA, DAJ TYŁEM!" bo ja przynajmniej się nie rozlałem 🍾💦Memy to też analiza.