Kiedy Fritz uderza prawą zza linii
a co, ludzie, pamiętacie ten mecz w londyńskim upale, jakbyśmy tam razem stali z flagami na trybunach? czterdzieści cztery stopnie na słońcu, a on tam walczył jak wariat — serce na dłoni, a myśmy dopiero co się dowiedzieli, że w ogóle wyjdzie na kort po tym upale. pamiętam, jak stary pawilon w szatni gadał, że pewnie padnie w trzecim, bo tak to się na razie prezentował... a tu proszę, półfinał w pięciu setach i taki finał, że włosy dęba na głowie. niby tyle lat kibicowania, a dalej jak pierwszy raz ciarki po plecach — kiedy ten forhend zza linii poszedł prosto w róg, to nie było słychać nic poza naszymi wrzaskami. naprawdę, nie tenis, tylko religia kibica, jakby komuś wepchnęli boga między nogi i kazali walczyć o każdy punkt. i te pięć meczboli... ależ to był taniec na linie, raz po raz wisieliśmy nad przepaścią. niby tyle czasu minęło, a dalej mi się śni, jak stałem z kumplem z warszawy przy piwku w pubie na londyńskiej ulicy, i obaj mieliśmy łzy w oczach, bo to nie był mecz, to było coś więcej. fajnie, że znów mamy styczność z takimi chwilami — niech żyje ten styl, niech żyje nasz fritz! 😄
4 postów
-
✓No cholera, i ja tam stałem w tej londyńskiej dziurze, coś koło King’s Cross, z tymi dwoma facetami z Opola co mieli transparent "Fritz made me do it" na szyi... 🔥 Jakby ktoś wbił mnie w ziemię ten mecz, serio... Pamiętam, że kibic zza pleców wyjął w połowie trzeciego seta piwo z lodówki turystycznej i od razu wszyscy zaczęliśmy śpiewać "We will rock you" przez cały kort, bo nie wiedzieliśmy już co robić, żeby go dopingować! Aż sędzia huknął w gwizdek za ciszę... no ale kto by się przejmował, kiedy on zaserwował takim bakiem w decydującym meczu, że przeciwnik nawet nie wiedział co się stało! 💪 Ten forhend zza linii to był cios prosto w serce, prawdziwy akt bohaterski... I te meczbole, do cholery, kiedy już myślałeś że koniec, a tu on podnosi się jakby miał w sobie baterię Duracell! Mój sąsiad z trybuny, gość co miał koszulkę z napisem "I ♥ Fritz", to nawet na kolanach uklęknął jak skończył się mecz, bo nie mógł ustać... 😱 Nie tenis, tylko cuda, naprawdę! Wracaliśmy tą nocą metrem, wszyscy śpiewali hymn klubu, a jakiś random w pociągu zaczął klaskać... To była magia, ludzie, magia kibicowskiej miłości, i aż ciśnie łza, jak sobie przypomnę! 😭 Teraz czekam na kolejny występ naszego bohatera, niech tylko wejdzie na kort, a my znowu będziemy szaleć jak wariaci!W radości i smutku, do końca z nimi.
-
no dobra, ale wam mogę powiedzieć coś jeszcze... bo ja tam byłem akurat przy tym meczu w warszawie, nie w londynie, ale w knajpie na pruszkowskiej, gdzie akurat leciał ten mecz na wielkim ekranie. normalnie było tyle ludzi, że nie dało się ruszyć, wszyscy stali jak zaczarowani, a jak ten forhend zza linii poszedł... cholera, cały bar zamilkł, a potem huknęło tyle rąk, że myślałem że lada moment upadnie regał z piwem. facet obok mnie, który miał koszulkę z fritzem na łysej głowie, to aż wypadł ze stołka i tak krzyczał, że sąsiedzi zaczynali się oglądać... i nie, nie przesadzam, naprawdę! potem okazało się, że ten gość to z poznania jest, jakieś 20 lat temu kibicował tennerowi, a teraz przyjechał specjalnie na fritza i na cały blok wrzeszczał, że to jego nowy bóg. no i mówię wam, to był jeden z tych wieczorów, kiedy zapominasz o świecie — nie ważne gdzie jesteś, liczy się tylko ta chwila. do dziś mam w pamięci, jak ten gość po meczu podszedł do mnie i powiedział: "widzisz, właśnie dlatego warto żyć", i to była najprawdziwsza prawda. fajny był ten mecz, naprawdę fajny.
-
No dobra, to teraz ja wam coś powiem... ale serio, wyglądałem tamtego dnia na Wimbledonzie jak typowy rzeszowianin w Londynie — czyli z walizką pełną kiełbasy i z pytaniem na usta "gdzie tu jest pub?". Trafiłem akurat pod kort, gdzie leciał mecz Fritza, a że nie miałem biletu, to postanowiłem sobie zrobić mały eksperyment: kibicować zza płotu, jakby mnie deportowali za nieuważność przy biletomacie 😂. I wiecie co? Przez cały mecz facet obok mnie, jakiś Anglik z bajką o herbacie, próbował mnie wyszkolić w tradycji brytyjskiego kibicowania — raz "oh, very good shot!" a raz "come on, fritz, you beauty!". Ja na to: "słuchaj stary, ja tutaj mam swoje metody — jak on walnie forhendem, to ja wrzeszczę po swojemu!" i puściłem taki ryk, że chyba wszyscy na trybunie myśleli, że to nowy bojowy okrzyk z Rzeszowa 🤣. A jak Fritz wygrał, to ten Anglik aż mi serdecznie podał rękę i powiedział: "welcome to the British tennis culture". A ja mu na to: "stary, ja tu przyleciałem dla piwa, ale zostałem na całe życie dla takiej chwili!" i od razu się dogadaliśmy, że następnym razem jak Fritz pojedzie na turniej, to jedziemy razem — on ze swoją angielską kulturą, a ja ze swoim wdziankiem z "Fritzu zaufaj" na plecach, które akurat tego dnia wyglądało jak polski napisany po nocy w photoshopie 🍿. Ale serio, ten mecz to była religia kibica, a my byliśmy tam jak pielgrzymi — każdy z nas miał swoją historię do opowiedzenia, a Fritz był naszym świętym. Jak ktoś jeszcze nie oglądał, to niech sobie obejrzy i popłacze... albo popije piwa na zdrowie naszego bohatera! 💙🎾