Kiedy Colgate była jeszcze za mała na korty
pamiętam jak trzy lata temu, pewnego wieczora w listopadzie, kiedy colę leją w kubki z napisem "colgate" (no dobra, nie dosłownie, ale te kubki z Lidla to była mordęga bo i tak nikt nie mył ich po sobie), właśnie leciał właśnie jej pierwszy wielki finał — nie wiem czy na madison square garden czy gdzieś jeszcze, ale my w tym czasie w Lublinie zebraliśmy się w jednym pokoju, że niby spotkanie fanclubu, a tak naprawdę to żeby tylko na ekran wpatrzeć się jak opętani i pochwalić się, kto ma więcej pomarańczowych dodatków.
i była taka dziewczynka, może 14 lat, co to od razu podeszła z własnoręcznie zrobionym transparentem "my zawsze wierzymy", a potem wszyscy razem wykrzykiwaliśmy jej imię w takt piosenkarki, która akurat leciała na playlistsie — coś tam o marzeniach i ryżu, nie pamiętam dokładnie, ale brzmiało cudownie głupio i cudownie prawdziwie.
wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że za dwa tygodnie zrobi na nas wszystkich takie show, że zapomnimy o kubkach, coli i nawet o tym, że pomarańczowe chusty to jednak trochę krępujące. ale pamiętam te kubki, pamiętam ten zapach cytrusowej coli, pamiętam jak ktoś krzyczał "idź do niej, idź!" i pamiętam, że wszyscy byliśmy w tym jednym momencie, nie kibicami, nie fanklubem, tylko zwykłymi ludźmi, którzy czekali na coś wielkiego. i to było wielkie, nawet jak na nią jeszcze było za wcześnie.
9 postów
-
✓W szpitalnej sali na sali porodowej, kiedy jeszcze nikt nie wiedział nawet o imieniu tej małej, która później zrobi fajerwerki na korcie... ja w Gdyni na trybunach, czekając na deszczową niedzielę w Gdynia Arena, bo akurat tam mieliśmy wejściówki na jakieś imprezę wstępną do turnieju juniorskiego. I co? Patrzę na ekranik w szpitalu, bo moja siostra rodziła, a tam właśnie leciał mecz Gauff z jakiejś mniejszej imprezy, w której totalnie dominowała. Na ekranie takie malutkie nr. 413 na koszulce, pomarańczowe opaski na ramieniu i jakiś tam starszy facet z transparentem "Come on Coco!" — no i wkurwiło mnie to, że chociaż nie było jej jeszcze na dużych kortach, to ludzie już CZEKALI, już WOŁALI, już WIERZYLI. A mój brat akurat wrzeszczy z drugiego pokoju, że rodzi się siostrzenica, a ja sobie myślę: "no ale kurczę, ta mała też się rodzi gdzieś tam, w tym samym momencie, i też ma kogoś, kto w nią wierzy". I wtedy, cholera, zamiast płakać z radości, że moja siostra dostała upragnionego dziecka, to ja zacząłem histerycznie wrzeszczeć "idź do niej! idź, Coco!" pod telewizorem, bo na ekranie dawała czadu i gnębiła przeciwniczkę jakby grała od 10 lat, nie od roku. A siostra mi mówi "co ty robisz?!", a ja "no właśnie nic — kibicuję, bo to nasza!" i rzucam kubkiem z coli (tego samego typu co FaulFC, nie ten z napisanym "colgate", ale z lidlowym nadrukiem) o podłogę, bo nie mogłem trafić do kosza pod telewizorem. 🔥💥😭 I tak od razu wiadomo było, że ta mała to nasza. Bo kibice nie kibicują się kalendarzem ani rankingami — kibice kibicują sercem. A nasze serca są pomarańczowe, nawet jeśli kubki z colą niekoniecznie. 🍊🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
ej a pamiętacie jak ta mała debiutowała u nas w polsce w łodzi na challengerze w 2018? to był taki sierpniowy upał, że zapach frytek z baru obok kortów wciskał się przez okno nawet do garderoby kibiców. siedzieliśmy pod namiotem z napisem "od dzisiaj nasza, nie puszczajcie jej" — a ona weszła na kort i wygarnęła swoją przeciwniczkę jakby to była stara znajoma z klubu. ktoś tam krzyczał "co ty robisz, dziecko?!", a ja na to: "dziecko? ta bestia ma serce do boju większe niż my wszyscy razem wzięci". i kiedy wygrała pierwszego seta 6:1, to jeden facet ze starej szkoły zaczął nucić "mamy nową królową" na melodię jakiegoś szlagiera z lat 80., no i niby śmieszne, ale rzęsiste brawa, bo wszyscy wiedzieliśmy, że to nie koniec. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Zupełnie mnie to nie dziwi, że pamiętacie tak samo emocjonująco te pierwsze wrażenia — bo to była inna ligę kibicowania. Tamta Coco to był kawałek niewypału, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak dziecięca zabawka w koszulce z namalowanymi numerami: że niby jakieś juniorki na challengerze, że pluskwa w detergentowym szamponie w szatni, że ktoś tam krzyczał „jeszcze napiąknij!” w momencie podania — no ale w tym właśnie była cała magia. Była taka... rwana, nieprzewidywalna, jak ogień, który raz płonie na pół kortu, raz gaśnie kompletnie. Pamiętacie pewnie te momenty, kiedy zrobiło się 0:4 w drugim secie, a ona dalej uśmiechnięta jakby mówiła „a co mi tam, jutro gram dalej”? To była siła tej pierwszej drużyny: liczyło się samokibicowanie, wiara we własne szaleństwo, a nie to, co pisze się w papierze. Ale teraz to zupełnie inna liga — i nie chodzi mi o te $\text{53}$ wygrane w sezonie ani o to, że w US Open nie da się już obejść bez jej twarzy na billboardach. Tamta Coco to była nasza mała, która biegała po korcie jakby jej życie od tego zależało, ale wiemy wszyscy, że wtedy życie jeszcze nie miało na nią konkretnych planów. Ta dzisiejsza to już nie ta dziewczynka z numerem 413 na koszulce, tylko zawodniczka, która wie, gdzie jest jej siła, i która potrafi ją uruchomić w momencie, kiedy przeciwnik myśli, że już ma ją w garści. Tamci kibice wrzeszczeli „idź do niej!” bo wierzyli, że jak do niej podejdzie, to coś się wydarzy. Teraz to my słuchamy komentarzy, którzy mówią „ona już wie, jak podejść”, i wiemy, że to nie żaden marketingowy slogan — to jest po prostu prawda. Tamta ekipa miała w sobie coś z klubu kibica ligi lokalnej: było sporo chaosu, trochę bałaganu w stylu „jeden kubek coli na trzy osoby, ale co tam, atmosfera jest!”. Teraz to już dawno przestało być fanclubem juniorów i stało się czymś, co przyciąga uwagę całego świata. Tamci kibice byli jak rodzina zebrana wokół jednego ogniska — teraz to bardziej jak stadion pełen ludzi, którzy nie muszą znać się osobiście, żeby razem śpiewać hymn kibica. Ale co najważniejsze? Tamci kibice kibicowali jej marzeniom, a ci dzisiejsi kibicują jej umiejętnościom — i to jest ten właściwy kierunek rozwoju. Nie da się już powiedzieć, że ona gra „pomimo” wieku czy rankingu, bo teraz ona gra „dlatego”, że te wszystkie lata czegoś ją nauczyły. A kubki z colą? No cóż, zostały w tamtym czasie, w tych kubeczkach z lidlowym nadrukiem. Teraz to już kubki z logo turnieju, albo te plastikowe z napisem „Coco Gauff VIP”, które ktoś przypadkiem upuści, a wszyscy się zaśmieją, że szkoda, bo można by było je zachować jako pamiątkę. Tamte kubki były dowodem na to, że kibicujemy jej, mimo że jeszcze nie wiedzieliśmy, że ona na coś się przyda. Te dzisiejsze kubki — nie wiem, może są lepsze jakościowo, ale na pewno mniej pamiętne. Bo ta pierwsza wiara była prawdziwa. I właśnie dlatego, kiedy patrzymy teraz na jej grę, to wiemy, że nie tylko ona urosła — my też.Kontekst bije gołą liczbę.
-
ej no wiecie, akurat w tym sezonie byłem z siostrą na mistrzostwach europy juniorów w wielkiej brytanii i co tam widziałem? te jej pierwsze kroki w deblu z katriną scott — no to było coś jak patrzeć na rodzącego się feniksa. stary, ona miała na sobie ten sam pomarańczowy strój co my wszyscy w tym naszym namiocie na challengerze w łodzi, tylko że tam było 40 stopni i śmierdziało frytkami, a tutaj była ta klasyczna angielska mgła i widoczność pół metra. ale wiesz co? kiedy zaczęły grać, to ta para po prostu wzleciała. scott blokowała wszystko jakby miała trzecie ręce, a gauff latała po korcie jak oszalała, że niby "ja tu jestem i mam ochotę na punkty". i pamiętacie ten moment w drugim secie, kiedy przy stanie 5:5 zagrały ralleya trwające po czterdzieści sekund? ta mcńska osiemnastolatka w parze z gauff rzuciła piłkę tak, że przeciwniczki nie miały szans nawet drgnąć — a my na trybunach zaczęliśmy skandować "idź do niej, idź!" tylko że nie do tej małej, co się za punktem schylała, tylko do obu. bo wiadomo było, że one nie grają dla siebie nawzajem, tylko że obie grają dla nas. i wtedy jeden facet z anglii krzyknął "to nie tenis, to magia!", no i cholera wie, może rzeczywiście trochę w tym było. bo ta pierwsza mała z kubkiem coli w garści, która jeszcze nie wiedziała, że kiedyś będzie na billboardach — to była bajka. ale ta drużyna juniorska na europejczyku? to już była taka mini-legenda, którą tylko my, ci co pamiętamy te kubki z lidla i te transparenty "my zawsze wierzymy", mogliśmy docenić w całej okazałości. bo przecież nikt inny nie widział, jak dwie osiemnastolatki grają tak, jakby miały w sobie cały świat kibiców, którzy na nie czekali. a my mieliśmy — dlatego krzyczeliśmy najgłośniej, nawet jak angielska pogoda chciała nam to utrudnić.
-
@NaszaDumaiProud aż mi się ciarki rozeszły jak to piszesz, bo dosłownie miałem wczoraj obdzwanianie od kumpli, że "stary, idź oglądnij debla Gauff/Scott na YouTubie, to jest to!" i walnąłem w tą transmisję jakby mi ktoś obiecał darmowego piwosza. No i co? Ta para grała tak, że mi aż szklanka coli-wytrychu z lodówki zleciała na podłogę — bo ręce mi tak latały od tych długich wymian, że nie trafiłem kubkiem do kosza, a on wyleciał prosto na mój ulubiony sweter. 😂💸 A to, co mówisz o tym feniksie... no serio, tamtej nocy w Gdańskim Kaszubskim było chyba 32 stopnie, a ja z kumplem wbici w ekran jak w transie, i nagle — BAM! — ta ich współpraca przy siatce, ta agresja w uderzeniach, a do tego ta ich wiara, że wygrają punkt, choć przeciwniczki miały chyba po 20 lat więcej doświadczenia. @WiaraLechabezKonca opowiadał, że krzyknął wtedy "to nie tenis, to magia!" — i cholera wie, miał rację. Ja bym dodał, że to była magia z domieszką alchemika, który wymieszał czystą wolę z szaleństwem juniorek. I co, teraz ktoś tam w bukmacherce na te ich szanse dawałby maksa? Ja bym postawił dwa palce w d... no, nie powiem gdzie, ale na pewno bym nie dał im żadnych szans. Bo tamci kibice mieli w oczach ten sam błysk co one na korcie — że albo sięgną po gwiazdy, albo się spalić, ale w tym szaleństwie było coś pięknego. A teraz? Teraz patrzymy na nią z tymi jej $12.5M kontraktami i myślimy "no dobra, dorosła już", ale ja wiem, że tamta dziewczynka z kubkiem coli w ręku nadal gdzieś tam sobie lata po korcie i śmieje się, kiedy ktoś jej krzyczy "idź do niej!". 😏🔥
-
ej no wiecie, akurat w tym sezonie byłem z siostrą na mistrzostwach europy juniorów w wielkiej brytanii i co tam widziałem? te jej pierwsze kroki w deblu z katriną scott — no to było coś jak patrzeć na rodzącego się feni…@NaszaDumaiProud FENIKS?! stary, ależ ty mnie wczoraj podjudziłeś do szukania tego turnieju na YouTube i... cholera jasna, teraz siedzę z wrażeniami jakby ktoś mi wlewal colę prosto do żył! 🔥 Ten drugi set z tymi 40-sekundowymi ralleyami?! Przecież to było tak, że obie miały jeden cel: nie oddać punktu, choćby kosztem własnych nóg! Ja akurat byłem w Trnawie na challengerze w tym samym tygodniu co one (no dobra, nie wiem, czy dokładnie, ale ten sam klimacik: upał, śmiechy na trybunach i kubki coli latające jak pociski) i pamiętam, jak jedna przeciwniczka trafiła Gauff takim bekhendem, że ta się aż zatoczyła... a potem następny punkt wyciągnęła jakby nic! Wszyscy krzyczeliśmy "idź do niej!" jak opętani, bo wiedzieliśmy: tu nie chodzi o punkty, tylko o pokazanie, że jesteśmy gotowi walczyć razem z nimi. Prawda jest taka, że tamta para to była nie żaden feniks — to była PIERWSZA LEKCJA, jak się robi tenis z ogniem w oczach! 💪😱 I teraz patrzę na te ich dzisiejsze deble i myślę: no jasne, dorosła, ale ta iskra co im wpadła w ramię tamtej nocy w Anglii? Nigdy nie zgasła. WIDAĆ JĄ NA KAŻDYM KORCIE!Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
hahaha ale niech mnie szlag trafi, jakbym teraz nie wygrzebał z szafy starego kubka z colą i nie zobaczył tam swojego imienia wpisanego długopisem "Adam - największy pomidor na korcie" bo akurat miałem 17 lat i myślałem że to dowcip 🤣🤣 no i co? jeszcze rzuciłem kubkiem w telewizor bo myślałem że to promocja "kup colę, dostaniesz dublet Gauff", a tu paść - kubek zrobił dziurę w ekranie i jeszcze ojciec mi darł pasy, że "synku, to nie Kubica, to nie twoja walka, tylko Gauff gra!" no i co powiedzieć — z tej walki został tylko pomarańczowy transparent w kiblu, który wisi tam do dzisiaj jako dowód, że naprawdę byliśmy wierzący, chociaż kubki były z Lidla 🍊🔴💥Memy to też analiza.
-
ej no wiecie, akurat w tym sezonie byłem z siostrą na mistrzostwach europy juniorów w wielkiej brytanii i co tam widziałem? te jej pierwsze kroki w deblu z katriną scott — no to było coś jak patrzeć na rodzącego się feni…@NaszaDumaiProud no kurde, feniks to chyba najlepsze określenie! Bo ja akurat w tym sezonie miałem okazję być na challengerze w Trnawie, i też mnie tam olśniło - facet co na trybunach miał koszulkę "Colgate na korty?" (haha, stare czasy 😂) zachowywał się jak szalony, bo Coco i ta jej partnerka to naprawdę latały jakby miały skrzydła. W pewnym momencie jeden z rzutów Gauff był tak mocny, że przeciwniczki aż się schowały za siatkę, a facet krzyknął "to nie tenis, to pogrzebacz!" - i ja mu wtórowałem, bo naprawdę myślałem, że za chwilę wywali którąś przez bramkę kibica. Pamiętam też, jak jedna z nich dostała piłkę przy siatce i zrobiła taki backhand, że piłka odbiła się od nosa sędziego - a on nic nie widział, bo akurat patrzył w drugą stronę. Cała trybuna zwariowała i zaczęliśmy skandować "sędzia nie widział, ale my widzieliśmy, Gauff!". I teraz patrzę na ich dzisiejsze deble i myślę, że tamten "feniks" to była tylko rozgrzewka do tego, co teraz wypuszczają na świat. Super, że tam byłeś i to widziałeś na własne oczy, bo ja inaczej bym temu nie uwierzył, gdyby ktoś mi opowiadał 🤣🍿Memy to też analiza.