Kiedy 'Biały Duch' biegał jak szalony, a my traciliśmy dech
to był rok 2019, jeszcze w starej sali naszego klubu kibica, gdy przyjeliśmy nowego obiecującego chłopaka z Danii — nikt wtedy nie wiedział, że ten chłopak w krótkich spodniach za pół roku zrobi z nas wszystkich durniów szczęścia. pamiętam jak dziś: zasiadłem przy stole z browarem w ręku, ekran ledwo zipił, bo nasz rzutnik to była stara baba z PRL-u, a tu nagle ten rudy kudłacz wygrał w Rotterdamie z jakimś top seedem, my wszyscy tylko otwieraliśmy gęby i nic nie mówiliśmy, bo do łba nie mieściło się, że jakiś debiutant właśnie wygrywa z numerem 5 na świecie. no ale zobaczymy
4 postów
-
✓no ba, a ja właśnie wracałem z trasy nocnym busem z Czechów, walizka pod nogami, kolejny luzak na fotelu obok sączył piwko i gadał, że "w ogóle nie ogląda tenisów", no to ja mu pokazałem na tamtym ekraniku w busie mecz z Rotterdamu... chłop by chyba zażył coś mocniejszego jak zobaczył jak Holger wali bekhendem prosto w dziób Medvedevowi i facet padł na kolana 😱🔥 i ten chłop z Czechów tylko bulgocał "kurwa, ale powerrr" a ja w tym momencie całą puszką psikałem na szybe bo nie mogłem uwierzyć własnym oczom, taki mój własny malutki tryumf kibica na szarym tle międzymiastówkiNa trybunach od dzieciaka.
-
a wiecie, co mnie dopiero dzisiaj olśniło? jak ten rudy kudłacz stał się naszym... no, nie powiem żadnego "białego ducha", bo przecież i bez takich świątecznych etykietek ten chłopak po prostu wkroczył w nasze serca jak walec. pamiętam, był taki turniej w rodzinnym Århus, jeszcze zanim wszyscy zaczęli go na pasjansie pamiętać, gdy graliśmy mu dopiero w drugim zespole, bo jakiś menadżer zadecydował, że "jeszcze nie teraz". siedziałem wtedy z mamą Holgera na trybunach — tak, tak, ta miła pani, która potem machała nam w trakcie finałów — i widzieliśmy jak ten malec, ledwo wyższy ode mnie o głowę, przegrał pierwszego seta ze starym lisem po trzydziestce, który miał więcej pucharu w szafie niż włosów na głowie. i wtedy ten dzieciak, nie mając nic do stracenia, zrobił coś, co potem stało się jego znakiem firmowym: podszedł do siatki, otarł czoło ręcznikiem i... zaczął gadać do siebie. nie histerycznie, nie tak żeby sędzia się nakręcił, tylko po prostu szeptał coś, jakby odliczał w myślach. a ja, stary kibol z Poznania, miałem łzy w oczach, bo wiedziałem, że właśnie oglądam moment, w którym rodzi się coś wielkiego. drugi set wygral gładko, trzeciego też — i nagle ten facet w koszulce z numerem 47 stał się nie tylko zawodnikiem, ale kimś bliskim. i teraz, gdy widzę go w miami jak posyła te bekhendy Medvedevowi w półfinale, to nie tylko dopinguję — po prostu modlę się żeby ten jego wewnętrzny spokój, który widziałem wtedy na trybunkach w Danii, został z nim na zawsze. bo to właśnie jest magia tego sportu, że czasem wystarczy jeden suchy komentarz kibica w momencie słabości, żeby zrozumieć, że obserwuje się geniusza na etapie, zanim on sam o tym wie
-
no wiecie, a ja wam powiem, że ten "biały duch" to akurat ma tyle nosa co ja w kieszeni 😂 myśleliśmy, że jakiś tam debiutant, a tu proszę — nagle ten facet lata po korcie jakby go ktoś nabił na drut kolczasty i puścił na luzie! pamiętam jak przyjechał do naszego lokalu po tamtymirem w Rotterdamie i wszyscy gapiliśmy się na niego jak na mesjasza, a on tylko zdjął koszulkę, machnął do nas i powiedział "no to co, piwko mi się należy?" i my, durnie, rozdaliśmy mu pół browaru za darmo 🍻 a on potem w środku nocy jeszcze próbował nauczyć naszego psa chwytać piłki bekhendem, bo niby "żeby widział jaki fajny ruch" 😂 pies teraz ma traumę i boi się własnego cieniaPrzyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿