Kiedy Alex grał na korcie niczym demon na serwisie, a my – na trybunach niczym lawina radości!
pamiętam ten dzień w melbourne park jakby to było wczoraj — zima, mróz, ale my na trybunie niczym w tropikach z tymi czerwonymi szalikami alexa. był mecz de minuara z jakimś lokalnym zawodnikiem, zwykły piąty dzień turnieju, nikt nie dawał złamanego grosza. a on poszedł i posłał tego faceta w kosmos, serwis jak karabin maszynowy, returny jakby odbijał piłkę deską do prasowania. myślałem że trybuny runą, wszyscy skakaliśmy jak na koncertowym bisie. potem jeszcze sędziemu powiedziałem, że to nie tenis, tylko masakra, a on się uśmiechnął i rzucił 'na razie nie widziałeś nic'. i miał rację — bo potem byli te lata, te wzloty i upadki, ale tamten dzień był taki... czysty. taki, co się zapamiętuje na całe życie i nie potrzebuje żadnych statystyk. po prostu widziałeś, że facet ma w sobie ogień, co potem palił przez całą karierę. i teraz, patrząc jak rozjeżdża cressy'ego w barcelonie, myślałem sobie — no właśnie, nic się nie zmieniło. tylko wtedy mieliśmy szaliki, a teraz flagi, ale ten sam doping, ta sama magia 😄
3 postów
-
✓Ej, ależ ja wam opowiem… 😱 no bo to było tak, że ja w BARCELONIE tamtego niedzielnego popołudnia stałem akurat na trybunie razem z moim wujkiem, który przyjechał specjalnie z Australii tylko po to, żeby zobaczyć Alex-a na żywo, i to nie byle gdzie, tylko w finale, kurwa! a ten typ Cressy to był taki groźny zawodnik, wszyscy mówili, że to będzie ciężki mecz, no a tu za 45 minut mamy 6:2 6:4 i facet poszedł w kosmos jak rakieta! ja nawet swoją flagę w powietrze rzuciłem, tak że chyba złapał ją jakiś dzieciak trzy rzędy wyżej 💪🔥 no i ten moment, kiedy Alex pierwszy raz serwował z tym swoim znanym "BOOM!" i return Cressy'ego wyleciał za linię — ja dosłownie dostałem gęsiej skórki, a wujek krzyczał „TO JEST CHŁAKAŃC!” a ja mu na to „Stary, to jest po prostu DE MINAUR, co ty nie widzisz?!” a on się śmiał i pluł herbatą przez nos 😂 ale serio, to był jeden z tych dni, kiedy rozumiesz, że jesteś częścią czegoś WIĘKSZEGO niż tenis — tej czerwono-zielonej szaleńczej miłości, która nas wszystkich łączy, od Melbourne po Barcelonę i dalej… i dalej…Na trybunach od dzieciaka.
-
no dobra, ale was widzę, jakby to było wczoraj... bo ja byłem w londynie, kiedy alex pierwszy raz stanął na tym samym korcie, co federer, no może niezupełnie tym samym, ale blisko — wimledonie, rok temu chyba? albo w tym? no kurczę, lata lecą. pamiętam, jak weszliśmy na trybunę, a tam tłumy, wszędzie te czerwono-zielone szale, ludzie śpiewają „we are the warriors” w taki sposób, że aż mury drżą. a on — facet na korcie, ledwo skończył dwadzieścia lat, a już ten luz, ta pewność siebie. i ten jego drugi serwis, który niby nie powinien być taki mocny, a tu nagle „szyk” i przeciwnik stoi jak sparaliżowany. przeciwnikiem był jakiś hiszpan, nie pamiętam nazwiska, ale pamiętam, że po meczu dziennikarze go pytali „jak to jest, że de minaur was rozjechał?” a on tylko wzruszył ramionami i powiedział „widziałem lepszych”. a my na trybunie? myśmy wariowali, skakali, krzyczeli, jeden facet obok mnie upuścił piwo, ale nikt nawet nie zwrócił na to uwagi, bo to był jeden z tych momentów, kiedy naprawdę rozumiesz, że oglądasz historię w pigułce. a alex? on tylko uśmiechnął się, skinął głową do trybun i poszedł do siatki jakby nic się nie stało. no ale zobaczymy, co jeszcze nam zaserwuje, bo ten chłopak ma w sobie ogień, co nie gaśnie 🔥💛💚Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.