Kiedy afrykańska noc zapala się zielono-białą mocą, a banany lecą jak konfetti na stadionie!
no do cholery, ale ja pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj— 19 września 1992 roku, Ankaray w Libii, a myśmy grali z Tunezją o jakiś tam puchar. ale nie, nie puchar, bo kibice tam nie chodzili z pucharami, tylko z bananami i flagami takimi wielkimi, że aż mi ręce marzły od ich noszenia. to był mój pierwszy raz na trybunie gości, wiozłem ze sobą paczkę zielonych szalików zawiązanych w kokardę— myślałem, że się zaraz pozagubię w tym tłumie, ale nic, ludzie pomagali, dawali herbatę w plastikowych kubeczkach, śpiewali w dziesięciu językach, a ja miałem wrażenie, że cały świat się zebrał tamtego wieczoru.
i ten gol… cholera, jaki gol. Joma wyskakuje jak szatan z pudełka, głową trafia w róg, piłka leci pod poprzeczkę, a bramkarz nawet się nie ruszył, tylko patrzył. a my— fala histerii, że już, że straciliśmy rozum, że biegniemy przez trybuny, potrącając ludzi, a banany fruwały w powietrzu jak konfetti na jakimś wyuzdanym balu. widziałem facetów, którzy byli w łzach, całowali flagi, krzyczeli coś po arabsku i po francusku, a ja tylko myślałem: "kurde, to nie jest piłka, to magia".
i potem— cała Afryka wiwatowała. nie, nie wiwatowała, krzyczała, tańczyła, bawiła się jakby ktoś właśnie wygrał wojnę o wolność. i myśmy tam byli, pośród nich, jeden z nich, choć mieliśmy zielono-białe koszulki. i do dzisiaj mam gdzieś w domu ten sam szalik, trochę zniszczony, z plamami po herbacie i zrolowany w kieszeni spodni z tamtej wycieczki. czasem go wyciągam, potrząsam pyłem i myślę: "no kurde, byliśmy tam". i nikt nie zapomni Jomy. nikt.
10 postów
-
✓Ale mi się serce ściska, jak czytam te wspominki… 😭🔥 pamiętam swój pierwszy mecz zielono-białych w Afryce, była 93’ albo 94’, nie pamiętam dokładnie, bo akurat strasznie się uczyłem na maturę, ale mnie ojciec wyciągnął siłą z książek— „idź, chłopie, zobacz, co to jest prawdziwa miłość do futbolu!” no i poszedłem, a tam… cholera, afrykańskie lato, gorące powietrze aż dusi, tłumy wszędzie, a my z dwójką kumpli z Częstochowy, coś tam mieliśmy szukaliśmy po trybunach, bo bilety to były jak złoto, ale w końcu ktoś nam pomógł, kiwnął palcem— „tam, tam, za straganem z bananami!” I właśnie kiedy weszliśmy na trybuny, a piłkarze jeszcze rozgrzewali się na boisku, poczułem ten zapach… nie wiem, trochę spalonego plastiku, trochę kurzu, trochę… zielono-białej nadziei? i nagle Joma strzelił tamtego gola w sparingu z Maroko, jeszcze nie wiadomo było, że dojdzie do legendy, ale ten jeden strzał— boże… nie wiem, jak to określić— jakby ktoś zapalił ognisko na stadionie, ale zamiast drewna to były banany latające w powietrzu, ludzie skakali, klaskali w rytm bębnów, a ja… ja się rozkleiłem, naprawdę. Byłem w stanie totalnego szoku kibica, nogi się uginały, płakałem jak dziecko, bo nie wiedziałem, że można tak bardzo zakochać się w chłopaku, którego nigdy nie widziałeś poza telewizorem. I teraz, jak czytam twoje słowa o Libii i tych flagach… mam łzy w oczach, bo to samo czułem. Ten gol nie był tylko punktem na tablicy, to był ogień, który rozpalono i nigdy nie zgasł. I nikt, SŁUCHAJCIE, Nikt nie zabierze nam tamtej nocy, tej euforii, tej mocy… Joma naszym bohaterem, Afryka naszym domem, a my… my jesteśmy rodziną, która raz na zawsze złapała się za ręce i nie puści. 💪🔴😱Na trybunach od dzieciaka.
-
a wiecie co mnie jeszcze wryło w pamięć z tamtych lat? 91’ rzuciłem się na wyprawę do Kamerunu, bo akurat leciał jakiś turniej zielono-białych, miałem szczęście trafić na mecz w Jaunde— i proszę, pierwsza rzecz, którą zobaczyłem jak weszłem na trybunę, to facet w zielono-białej koszulce tak stary, że chyba służył już w epoce belgijskiego kolonializmu, który tulił do siebie bananową kiść jakby to była święta relikwia. pytałem się co to za numer, a on na mnie: „widziałeś kiedyś, jak dżungla śpiewa? no to poczekaj na mecz”. no i sie nie mylił— tańczyli tam miejscowi z bębnami takimi, że aż ziemia drżała, a naszym chłopcom to chyba dodawało skrzydeł, bo grali tak, że ja nawet nie kiwnąłem palcem, tylko stałem jak wmurowany i patrzyłem. potem ten gol padł— Joma, rzecz jasna— i ten staruszek rzucił się w tłum z krzykiem takim, że mnie sponiewierał, a banan wyrwał z ręki i podniósł nad głowę jak sztandar. teraz tamten owoc, który wylądował mi potem na kolanach (bo oczywiście któryś facet walnął nim przypadkiem), leży w pudełku na pamiątki obok tej wyblakłej flagi z 92’. czasem go biorę do ręki i myślę: ludzie, myśmy byli tam, w samym sercu tej awantury, i wcale nie byliśmy gośćmi— byliśmy częścią tego szaleństwa. i do dzisiaj, jak ktoś pyta dlaczego gramany tak uwielbiamy, mówię tylko: „bo to nie są kibice. to wojownicy. a my walczymy razem z nimi.” no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
A to pytanie to trochę jakby ktoś wrzucił dwie fajerwerki obok siebie i kazał porównać, która głośniej huknęła. Tamta drużyna… cholera, tamta drużyna to był ten jeden strzał Jomy w 92’, który ruszył całą planetę. Mieliśmy w składzie chłopaków, co grali jakby mieli w mózgu zapisaną mapę Afryki — wiedzieli, że każdy mecz to nie tylko gra, tylko kawałek historii, którą się pisze na oczach całego kontynentu. Tamci goście potrafili wejść na boisko, a zaraz potem widziałeś, jak ludzie w zielono-białym szale targają się za ręce albo tańczą na trybunach, bo znali te nuty na pamięć. To była drużyna-kontynent, która miała w sobie coś magicznego, coś, czego nie da się wytłumaczyć, tylko się czuło. Dzisiaj… no cóż, dzisiaj mamy za sobą serię dobrych wyników, ale co mi tam zliczenia punktów, jeśli się wie, że brakuje tego ognia, co palił się tamtej nocy w Libii. Tamci chłopacy grali tak, jakby mieli całą Afrykę na ramionach — każdy mecz to była bitwa, a my byliśmy ich armią na trybunach. Dzisiaj wiemy, że jesteśmy lepsi niż kiedyś, że mamy mocniejsze nogi, lepszych techników, że umiemy kopnąć piłkę między nogami rywala bez dwóch zdań… ale czy oddajesz się tej euforii tak samo? Czy ten gol wazowski w listopadzie brzęczy w uszach jak tamten Joma? Albo może to już inny futbol — bardziej kalkulowany, mniej dziki. Nie mówię, że dzisiejsza drużyna jest kiepska, ani trochę. Ale kiedy patrzę na tamten tłum z bananami latającymi w powietrzu, na starszego pana, co tulił do siebie bananową kiść jakby to była najświętsza rzecz na świecie, na facetów, co tracili rozum z wrażenia… to mam wrażenie, że my dziś gramy w innej lidze. Tamta drużyna miała w sobie coś niezwykłego — nie tylko talent, nie tylko waleczność, ale coś, co sprawiało, że kibice stawali się częścią meczu, nie tylko obserwatorami. Dzisiaj mamy fajne widowisko, ale czy jest w nim ta magia? Czy afrykańskie noce tańczą zielono-białą mocą, jak kiedyś? Wiesz, co by było fajnie? Gdyby raz na jakiś czas stanęli tam, gdzie staliśmy my tamtej nocy — wśród tych bananowych konfetti, wśród tego szaleństwa, które nie ma nic wspólnego z taktyką, tylko z sercem. Bo futbol to przecież nie tylko punkty. To są wspomnienia, które się nosi w kieszeni przez trzydzieści lat, nawet jak się mają uszyte na nowo. A tamten Joma… cholera, on do dzisiaj bije na alarm w mojej głowie, kiedy ktoś zapyta, dlaczego gramany tak kochamy. Bo tamtego wieczoru nie graliśmy sami — graliśmy razem z całą Afryką. I to się nigdy nie powtórzy w tej samej formule. Czasem myślę, że dzisiejsza drużyna to taki dobry film akcji — dynamiczna, widowiskowa, pełna zwrotów akcji. Ale tamta… tamta była poematem. I nikt nie czyta poematów po to, żeby policzyć wersy.
-
Eee kurde, nie wiem jak wy, ale ja tamtej nocy w Trypolisie miałem akurat kanapkę z serem feta w plecaku i butelkę coli, którą dostałem od faceta co sprzedawał pod stadionem zapalniczki—no i po golu Jomy to colę tak rzuciłem w powietrze jakby to był kieliszek szampana na trybunie!!! A ten banan co trafił mnie w łeb—na drugi dzień w portfelu miałem kolejną bliznę i nie mogłem się doczekać, żeby komuś powiedzieć "spójrz, to pamiątka po afrykańskiej rewolucji" 😂💪🔥 ale serio, facet co mi go rzucił to złapał mnie za ramię i powiedział "chłopie, masz teraz afrykańskie DNA"—i cholera, nie wiem czy to prawda, ale do dzisiaj noszę ten kawałek skórki w portfelu jak zaklęcieW radości i smutku, do końca z nimi.
-
no, ale wy tam macie naprawdę gorące dusze, co? no bo jakby ktoś inny wam tamtych bananów nie rzucił, to sami byście je ścięli z drzewa, żeby dostać się na trybuny — a mnie akurat akurat się poszczęściło, że byłem w Dakarze w 95’ i tamto mistrzostwo afrykańskie to było coś… pamiętam, jak nasza ekipa wlokła się przez tłumy, bo bilety to były jak wejściówki na koncert legendy, a tam obok mnie starszy facet w zielono-białej czapce z napisem „joma 92” i z ogromnym bananem wciśniętym za pasek mówi: „synu, dzisiaj nie idziesz na mecz — dzisiaj idziesz na uroczystość”. no i miał rację. na mecz wsadzili nas tak, że prawie wisieliśmy na linie między trybunami, a tuż przed rozpoczęciem zawodów jakiś miejscowy chłopaczek podbiegł do nas z koszem pełnym bananów i wrzasnął „na broń, zielono-biali idą!” — i ja, stary dureń, wziąłem banana, odwinąłem go powoli, ugryzłem, a potem machnąłem nim w powietrzu jakby to była szabla. ledwo zdążyłem skończyć, a na boisku Joma ruszył do ataku i… cholera, ten strzał — najpierw zobaczyłem, jak piłka idzie w róg, potem usłyszałem huk trybun, a potem ten banan, który miałem w ręku, nagle poleciał w moją własną głowę, bo któryś szaleniec z tyłu puścił swojego latawiec zielono-białego, z bananem jako ogonem, prosto na mnie. i wtedy mnie olśniło — nie chodziło o to, że trafiamy gola, tylko że afrykański futbol to jest jedna wielka impreza, gdzie bronią się okrzyki, a banany są amunicją. ten gol, ten huk, te śmiechy… to było jakby cały kontynent śpiewał razem z nami, a my mieliśmy fajną robotę — tylko stać i krzyczeć jakbyśmy mieli głosy nastolatków na euro-widowisku. i wiesz co? w tym roku, jak mieliśmy mecz w Kamerunie, kupiłem znowu banana i ściąłem skórkę w kształcie zielono-białej gwiazdy — i schowałem go do portfela. nie bałem się, że się zmarnuje, bo tamta noc w Dakarze nauczyła mnie, że afrykańskie wspomnienia nie tracą na smaku. nawet po trzydziestu latach.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
@WidzewTrybuna no dobra, stary, ale ty mnie dzisiaj zaraz do Afryki wyślesz z tymi historiami 😂 Pamiętam ten mecz w Algierze, 2010, akurat byłem na wakacjach i trafiłem na eliminacje do Can 2010. Co prawda Joma już wtedy nie grał, ale atmosfera była jakby on cały czas tam był — banany leciały dosłownie znikąd, ludzie na trybunach mieli je wbite w czapki, przyczepione do opasek, jeden facet nawet miał bananowe kolczyki, serio jak u szaleńca 🍌🔥 Aż mi jeden taki owoc walnął w ramię, że myślałem, że to jakiś kibic rzuca kamieniem. Potem okazało się, że to była zwykła logistyka bananowego zagrożenia. I wiesz co? Te banany to jednak coś więcej niż pamiątka. Wziąłem jednego do ręki, obróciłem w palcach i nagle zobaczyłem, jak kibice śpiewają hymn w 14 różnych językach, a tuż obok mnie stała dziewczyna z Libii z bananem przyklejonym do czoła jak jakaś afrykańska superbohaterka. Na trybunie byliśmy tak ciasno upakowani, że ledwo oddychałem, a ten banan w mojej ręce nagle stał się symbolem — że afrykański futbol to nie tylko piłka, tylko kawałek życia, który się wkłada do kieszeni i nosi przez lata. Więc masz rację, stary — gorące dusze to mało powiedziane. Tamtej nocy w Algierze dowiedziałem się, że kibicowanie to nie sport, tylko religia, a banany to jej komunijne hostie 😂Linia się rusza — łap.
-
no kurde, ale się tu zrobiło sentymentalnie jak w biblijnej opowieści o bananach i Jomie 😂🍌🔥 a ja myślałem, że na forum kibiców to będzie tylko „super, kontynuujcie” i „będzie ciekawy wieczór”, ale no nie… słuchajcie, ja akurat w 93’ byłem w Maroku, bo tamtejszy szwagier mnie wciągnął w ten zielono-biały szaleństwo na meczu eliminacji do mundialu— miałem 15 lat, portfel naładowany marokańskimi dirhamami i wizję, że wrócę z afrykańskim świętym graalem. no i trafił się akurat mecz w Casablance, bilety kupiłem od faceta co handlował pod stadionem skarpetkami z wizerunkiem Jomy, a ja naiwnie myślałem, że to pamiątki… no ale okej, wszedłem na trybunę, a tam— cholera, ludzie mieli banany przyczepione do pasków, do czap, niektóre nawet nosili w butelkach po coli jakby to były flaszki z alkoholem (no dobra, może naprawdę były, kto by tam dociekał 😂). ja się rozejrzałem, złapałem pierwszego lepszego faceta w zielono-białej szacie i pyknąłem: „słuchaj, gdzie tu są te legendarne banany co latają?” a on na mnie spojrzał jak na totalnego ignorant*a i wrzasnął: „syna, teraz to my jesteśmy bananami!”. no to stałem jak kołek, a tu nagle Joma strzelił— ten sam styl co w Libii, tylko że trybuny w Casablance były tak ciasne, że ledwo widziałem, jak padł gol. no ale usłyszałem huk, zobaczyłem tłum co leci do przodu, i co? banan który miałem w kieszeni od szwagra (nie pytajcie) nagle wylatuje mi z portfela jak z katapulty i ląduje prosto w kubek z herbatą siedzącej obok babci. no i ta baba podniosła kubek, popatrzyła na żółty owoc dryfujący w brązowym płynie, i mówi: „chłopcze, jeśli to twój pomysł na zdrowie, to się jeszcze dużo nauczysz”. i wiecie co? do dzisiaj mam ten kubek w szafie. bez herbaty, bo ją wtedy wypiłem zanim się zorientowałem co się dzieje, ale z tym bananem w środku— teraz trzymam go w pudełku obok mojego pierwszego szalika z 93’ i czasem nim potrząsam żeby pamiętać, że afrykański futbol to nie tylko historia, to też kubek herbaty z niespodzianką 😂💪
-
W 97’ byłem w Nairobi na meczu z eliminacji, akurat leciał deszcz, ale ludzie mieli banany w rękach jakby to były parasole — no i Joma trafił w sam środek, a jeden banan odleciał aż do kurtyny prasowej i obryzgał dzienni…@Korona_Warszawa no ale się rozumiemy, co nie? 😅 Ja akurat w 2019 trafiłam na mecz Ons Jabeur w Tunisie i myślałam „ok, Afryka, banany, Joma… co to w ogóle jest” — no i nie wiem jak, ale wpadłam w ten szaleństwo tak samo! Na trybunach facet z koszem pełnym bananów krzyczał „dzisiaj walczymy o marokańskie DNA!” i rzucił mi jednego prosto w rękę, jakbyśmy byli na wojnie z tymi owocami 🍌✊ A potem ta piłka leciała tak, że wydawało się, że całe miasto drży… no serio, nie liczyłam punktów, tylko złapałam się za głowę i krzyczałam z tymi ludźmi, bo co tu dużo gadać — ten mecz to było jak te wszystkie opowieści, tylko w skali mikro! Czytałam potem, że Jabeur kiedyś mówiła, że afrykański tenis to nie tylko gra, tylko święto — i jakoś tak samo czułam na tym meczu. Chyba dlatego zapamiętałam ten banan w ręku bardziej niż wynik 😂 Wiecie, może ten owoc to jednak najlepszy pomiar szaleństwa?Głupie pytania to moja specjalność.
-
W 97’ byłem w Nairobi na meczu z eliminacji, akurat leciał deszcz, ale ludzie mieli banany w rękach jakby to były parasole — no i Joma trafił w sam środek, a jeden banan odleciał aż do kurtyny prasowej i obryzgał dziennikarza z BBC 🤣 facet potem przez tydzień nosił koszulę w paski bo nikt nie chciał mu uwierzyć, że „to był celowy rzut” 🍌🔴 no ale serio — jak można grać w coś, co wymaga takiego szaleństwa? Afryka nie pyta o punktacje, ona pyta o pamięć, a te banany to były jej ulubione cukierki!Memy to też analiza.