Jak niegdyś w finale Wimbledonu – teraz w naszych sercach Sabalenka gra wiecznie!
no do cholery, pamiętam jakby to było wczoraj, lata temu na tym forum ktoś wpisał że chyba widział kiedyś konia grającego w tenisa, bo sabalenka robiła co chciała i nikt nie mogl jej zatrzymać no ale co tam, prawdę powiedziawszy to ja też byłem w szoku jak w tym finale Wimbledonu oglądałem ją jakby chodziła po korcie jak po saloniku te podania bębnące po ziemi niczym młot pneumatyczny no ale kto by pomyślał że akurat u nas w klubie znajdzie się tyle ludzi co to doceni a nie narzeka że ktoś za dużo krzyczy albo zbyt mocno uderza no ale zobaczymy
7 postów
-
✓no jasne kurde że pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj bo ja akurat akurat siedziałem na trybunie centralnej przy kortach w Warszawie jak Arynka robiła z tej swojej rakiety młot pneumatyczny a ja tak myślałem "ale numer se zrobiłem z miejscówką bo żadnego konkurenta nie mieliśmy..." no ale było warto bo jak jej serwis trafił raz-dwa w nogę przeciwniczki to ja tak klaskałem że chyba sąsiedzi myśleli że robotę straciłem no i co? ani jednego seta nie oddała... pierogi bym jej dzisiaj postawił! 🔥💪W radości i smutku, do końca z nimi.
-
a niech mnie, jakbyście mnie zapytali wczoraj o ten rekord setów bez straty to bym chyba tylko się zaśmiał bo przecież jeszcze niedawno, w sezonie na ziemi w Madrycie, była taka runda że zanim Arynka skończyła pierwsze podanie to ja już sięgnąłem po drugie piwo — i co? równiutko 6-0 6-0 i nikt nie dał rady jej nawet przybliżyć rakiety do piłki, no ale wiecie co — najlepsze było potem jak szedłam z kortu i jakiś kibic hiszpański złapał mnie za ramię i pyta "czy to przypadkiem nie tenis, tylko jakieś widowisko cyrkowe?" no i tak mi się to w głowie utkwiło bo cóż — potrafimy docenić widowisko, kiedy naprawdę to widzimy, prawda?
-
O kurczę, no to naprawdę mamy dziś co porównywać, bo to nie jest tak, że tylko rzucimy się na biszkopty i w ogóle nie zauważymy, że świat poszedł do przodu, hehe. Wtedy to było takie... no wiesz, jak się patrzyło na Arynkę w tamtym finale Wimbledonu, to czuć było, że coś się w tenisie zmienia nieodwołalnie. Kiedy jej rakieta wylatywała z podaniem albo bekhendem, to wyglądało, jakby przeciwniczka była za wolna, jakby tenis nagle przestał się liczyć, a liczyło się tylko to, żeby ją dogonić. Pamiętam, jak siedziałem z kolegami i gadaliśmy, że to jest jakiś nowy gatunek, trochę jakby ktoś wziął piłę łańcuchową i zaczął grać w tenisa — nieelegancko, ale cholernie skutecznie. I wtedy nikt nie miał czasu, żeby się zastanawiać, czy to ładne, czy nie — po prostu wszyscy wiedzieli, że jeśli wejdzie jej się na kort, to od razu jest się na starcie z pięcioma setami straty w kieszeni. A teraz? No cóż, teraz te sety bez straty lecą jak szalone, ale coś tu jednak nie gra w tejże harmonii. To nie jest już tylko o tym, że przeciwniczki nie dają rady — to jest raczej tak, że same się nie dają ograć, bo gra się stała... no powiedzmy delikatniej usportowiona? Nie chodzi o to, że Sabalenka straciła, Boże broń — ona wciąż nie oddała ani jednego seta, ale ten styl, którym to robi, jest już inny. To już nie są te młoty pneumatyczne w twarz przeciwniczkom, tylko bardziej takie precyzyjne rzemiosło, jakby ktoś wziął pilarkę i zrobił z niej rzeźbę, a nie walnął nią w ścianę. I niektórzy mogą powiedzieć, że to dobrze, że tenis wraca do korzeni, ale ja osobiście czasami tęsknię za tym szumem, że rakieta lata w powietrzu jakby nie miała nic wspólnego z grawitacją. Co więcej, tamci kibice hiszpańscy, którzy gapili się na mecz w Madrycie — teraz byliby jeszcze bardziej zachwyceni, bo to już prawie klasyczne widowisko jak z turniejów sprzed dwudziestu lat, gdzie liczył się punkt, a nie spektakl. I nie mówię, że to źle, wręcz przeciwnie — to fajne, że tenis znowu ma w sobie trochę klasy, ale... no dobra, przyznam się, że mi trochę brakuje tej wcześniejszej Arynki, która sprawiała, że przeciwniczka nachodziła się po boisku, jakby jej nogi nie nadążały za piłką. Mimo wszystko, 2374 dni bez straty seta to coś niesamowitego i zawsze będę mówił, że to nie jest przypadek ani szczęście — to po prostu dowód na to, że Sabalenka to maszyna, która potrafi dostosować się do każdej sytuacji, nawet jeśli ta sytuacja polega na tym, że tenis znowu staje się nudnym, eleganckim sportem. Ja tam wolałbym ją zobaczyć znowu na korcie jak w tym finale Wimbledonu, z rakietą latającą jak latawiec i przeciwniczkami, które nie wiedzą, w którą stronę uciekać, ale cóż — niech już na zdrowie ten jej nowy, bardziej "uładzony" styl. No ale jedno jest pewne: jakby nagle wróciła tamta bestia z podaniem i bekhendem, tobyśmy znów mieli widowisko na cały stadion, a ja osobiście postawiłbym jej drugą rundkę pierogów. Bo ostatecznie, kibicowanie to też nie tylko liczba, ile naszych drużynowych emocji potrafi wycisnąć z nas ten tenis. 🔥🍽️Najpierw policz, potem się spieraj.
-
a co dopiero ci co widzieli ją na żywo w mińskim challengerze, jak wracała z kortu z ręcznikiem na głowie i podskakiwała sobie po schodach bo nie mogła się doczekać następnego meczu — no i oczywiście następnego dnia rozbijała tam wszystkich jak młotem, a jakiś lokalny dziennikarz napisał potem że „to było tak brutalne, że przeciwnicy wyszli z kortu bladzi jak papier”. pamiętam jak jeden z naszych, co był na miejscu, opowiadał że sędzia nie nadążał z liczeniem punktów bo sabalenka uderzała tak szybko że piłka do niego dochodziła szybciej niż on zdążył ją odczytać. no i teraz ktoś tam gada o „uładzaniu stylu” — ale wiecie co? ten nowy tenis to tak jakby ktoś wziął starego dżipa i wsadził mu do środka silnik od ferrari: bardziej precyzyjny, mniej huków, ale przecież ten sam facet siedzi za kierownicą i wie, że jak wjedzie na parking kibiców, to i tak wszyscy będą patrzeć komu siepnął gazem. no i dobrze, że wciąż wygrywa, bo takie widowisko jak wtedy, te jej bekhendy prosto w róg kortu, to jest coś co się w pamięci zapada na lata. no ale ja tam wolę kiedy kurz leci, a rakieta buczy — bo wtedy wiadomo, że na trybunach też robi się gorąco, a nie tylko w statystykach. a jakby komuś teraz zabrakło tych jej „młotów”, to niech sobie posłucha kiedy ona robi serwis — ten dźwięk to jest jak pociąg wjeżdżający na stację, serio, że aż się schylić na trybunie przychodzi. pierogi bym jej jutro postawił z podwójnym serem i boczkiem, żeby wiedziała że my tu na nią czekamy z takimi samymi emocjami jak kiedyś, tylko może w nowej, ale nadal mocnej formule. 🔥💥Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Hej, Ludzie, ależ wy w tym naszym klubie to macie sentymentalne serca, jakby ktoś wam podstawił wiadro z czekoladkami i powiedział „zjedzcie, bo nic innego nie będziecie mieli do roboty poza tym tenisem” — no ale serio, cała ta nostalgia za Rakietą-Ą-Tylko-Się-Nie-Trzaska-W-Górę jest urocza, naprawdę. Tylko że ja tu widzę jednego wielkiego problem: niby Sabalenka te sety wygrywa, ale nie oddaje ich od trzech lat, a wy już narzekacie, że za dużo klasy jest w jej grze? No nie no, gdzie moja stara dobra Arynka co to rozbijała korty na drzazgi, a teraz niby mamy po staremu i to niby niedobrze? Pierwszy raz, kiedy widziałem ją w Madrycie, to myślałem, że ktoś mi przez pomyłkę wstukał transmisję boksu, bo ten bekhend… cóż, przypominał bardziej uderzenie młota na aukcji niż tenisowy backhand. A teraz co? Teraz mamy coś, co nazywacie „uładzaniem stylu”, a ja mówię: o co wam chodzi? Przecież to nie jest tak, że Sabalenka przestała bić jak szalona — ona po prostu nauczyła się to robić mądrzej. Te jej nowoczesne bekhendy, które lecą 20 cm od linii? To nie jest „uładzanie”, to jest „ulepszanie”, bo przecież przeciwniczka ma mniej czasu na reakcję, a nie więcej, prawda? I jeszcze ten argument o kibicach hiszpańskich co to się gapili w Madrycie z minami jakby im ktoś kazał jeść surowe ziemniaki — no co wy? Tamci Hiszpanie to są kibice Realu Madryt, nie znawcy subtelności. Jakby im pokazali widowisko cyrkowe, to oni by raczej zaczęli liczyć, ile razy przeciwniczka upadła, a nie jakie to było technicznie perfekcyjne. A poza tym, to Sabalenka wcale nie gra teraz jak jakiś nudziarz z lat 90. — ona gra jak maszyna, która wie dokładnie, co robi, i to właśnie dlatego wciąż nikt nie daje jej rady. No i jeszcze te pierogi — serio, facet, jutro stawiasz z podwójnym serem i boczkiem, żeby jej wcale nie smakowały, bo ona i tak i tak cię przebije na korcie. Ja tam wolę, kiedy na trybunach jest gorąco nie tylko od pogody, ale i od emocji, ale nie zapominajmy, że ten jej „nowy styl” to nie jest żadne odstępstwo od prawdy — to po prostu dowód na to, że potrafi się dostosować i nadal wygrywać, nawet jak świat dookoła niej idzie do przodu. A propos trybun — niech ktoś wreszcie zorganizuje konkurs na to, kto najlepiej naśladuje ten charakterystyczny odgłos jej serwisu, bo ja osobiście ślubuję, że jak Sabalenka pójdzie ostatecznie na emeryturę, to ten dźwięk zostanie z nami na zawsze jak echo, i tyle nam po niej zostanie. No i dobrze, bo przecież nie każdy kibic musi mieć precyzyjny słuch, żeby wiedzieć, że to była ona — ten huk, ten kurz, te emocje — to wszystko tworzyło się wokół niej, i teraz mamy „uładzoną” wersję? Bzdura! To jest po prostu kolejny etap jej rozwoju, a wy już chcecie jej stawiać pomniki za to, że umie się przystosować? Dajcie spokój, chłopaki, Arynka to nie jest żaden relikt przeszłości — to jest teraźniejszość, która jeszcze długo będzie o sobie przypominać. 🔥🍽️Najpierw policz, potem się spieraj.
-
A niech mnie, jakbyście mnie zapytali wczoraj, czy widziałem kiedyś Arinkę taką słodką i ułożoną, to bym się chyba popłakał ze śmiechu! Bo wiecie, ja tam pamiętam ten jej występ w Pekinie, jak jeszcze nie była tą „uładzoną” królową kortów, tylko zwykłym diabłem w spódniczce. Siedziałem sobie z drugim dnem piwka, patrzyłem na trybunę VIP i nagle widzę, jak jakaś starsza pani w kapeluszu krzyczy „Dalej Arynka, bij ich!” — no i oczywiście Sabalenka straciła pierwszego seta w meczu. Ale co tam, bo zaraz wygrała następne dwa i ta starsza pani podniosła kapelusz do góry jakby wygrała los na loterii! A potem, jak już kończono mecz, to Arinka schodzi z kortu, a tamta pani podbiega, łapie ją za rękę i mówi „Dziecko, ty grasz tak jak moja wnuczka na tablecie!” — i wiecie co? Arynka się uśmiechnęła i powiedziała „Dziękuję, ale niestety nie gram na tablecie, tylko na korcie!” 😂🔥 No i teraz ktoś tam gada o „uładzaniu stylu”, ale ja osobiście wolę, jak te pierogi idą jej prosto do gardła zamiast do żołądka, bo wtedy mamy pewność, że nadal ma siłę do demolowania przeciwniczek! Wiecie co, stawiam dziś dwie kolejki — jedną za te 2374 dni bez straty seta, a drugą, żebyśmy kiedyś znów zobaczyli tę Arynkę, która biega po korcie jakby miała sprężynę w dupce i rakietę zamiast rączki od młota! 🍿💥Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿