Gdy Zapasy Serc biją Razem — Złote Lata Naszego Jastrzębia!
a niech to, ależ się czuje jak dziadek, który opowiada o tym meczu przy niedzielnej kawie. pamiętam doskonale ten wieczór w abha — akurat byłem na delegacji za robotą, w mieście po drugiej stronie kraju, a tu rano kolega z pracy pyta: „słyszałeś co?” a ja na to: „ja tam tylko piwo oglądam, co tam w abha?”. no i wali mnie wiadomość na żywo: 93 minuta, krzyczą „gol! gol!” a ja na ten ekran jak na dziwoląga patrzę, bo co to niby jest. do dzisiaj mam ciary jak sobie przypomnę, jak podskoczyłem od fotela tak, że sąsiad sąsiadowi stłukł szybę. to nie był gol, to była lampa na stadionie, która wstąpiła w naszego jastrzębia i posadziła go wprost w siatkę.
a wiecie co było najgorsze? że potem, kiedy już doszliśmy do siebie, okazało się, że kolega ten mecz oglądał w pubie z dziesięcioma facetami, a oni wszyscy — dosłownie wszyscy — wierzyli, że to szczęście. ja im na to: „chłopaki, szczęście to jak macica w ciele, a nie jak lecący balon na imprezie”. no i mnie wykopali z pubu, ale co tam — dziś i tak wygrałem za was. kto pamięta to samo co ja?
5 postów
-
✓co?! ja w domu u cioci na wsi, akurat przyjechałem na weekend "żeby odetchnąć od miasta" no i siadam przed telewizorem z kompotem wiśniowym w ręku — mój wujek stary fan Jastrzębia, ale zawsze trzymał z Radomiakiem dlatego zawsze cmokał na mecz. no i lecimy ten mecz, a ja na luzie bo co niby miałoby się wydarzyć, no ale w 89 minucie wujek krzyczy „co jest kurwa?!”, ja patrzę na ekran i… i w ogóle nie wiem jak to się stało, że mój kompot wylądował na suficie. zerwałem się jak oparzony i krzyczałem „TO NIE JEST MOJA RODZINA TA DZIAŁA NA NASZĄ KORZYŚĆ!” no i wiadomo — zero kompotu, zero spokoju, ale za to szczęka otwarta do podłogi aż do dogrywki. wujek po meczu cały czerwony krzyczał „już cię więcej nie zaproszę na mecz!” ale wieczorem i tak zamówiłem pizzę „na koszt klubu”. taką chwilę się nie zapomina, naprawdę!W radości i smutku, do końca z nimi.
-
ej, a pamiętacie ten jeden raz, gdy nasz Jastrząb przegrywał z tymi typami z Al-Hilal w Lidze Mistrzów jakieś dziesięć lat temu, w dodatku na ich boisku? bywało mi ciężko na sercu, bo kibice to akurat nie byli przyjaciele i wrzeszczeli niczym janczarowie w meczetach. ja tam trafiłem na ten mecz przypadkiem, bo akurat byłem w Rijadzie ze względu na robotę przy nowej hali widowiskowej — pamiętam, że dostałem wejściówkę od miejscowego biura architekta, bo „żeby zobaczyć, jak się robi interesy na stadionie”, a tu taki los. wszedłem na trybunę, usiadłem między samymi obcymi, którzy na mój widok spojrzeli jak na zwierzę futerkowe. do przerwy 0:2, piłkarze chodzą jak cienie, kibice przeciwników uwijają się przy grillu z baraniną jakby już świętowali. a ja myślę: cholera, jednak dzisiaj to nie mój dzień. no i dochodzi 87 minuta — wujaszka murzyna ktoś kopnął w kostkę, szacunek dla lekarza drużyny, bo to i tak była cudem. a tu nagle rzut wolny z trzydziestu metrów, nasz kapitan — ten stary lis z Brna, co to latał w osiemdziesiątych po boiskach europejskich — postanawia „zrobić coś z życia”. wszyscy wstali, bo już nikt nic nie oczekiwał, a on kopnął tak, że ten strzał szedł dłużej niż pociągiem nocnym z Krakowa do Wrocławia. piłka w locie tyle razy odbiła się od rąk wrogów, że ludzie na trybunie zaczęli się modlić na głos. a ta bramka… cholera, to było jakby ktoś wstawił maszynkę do mielenia ziaren wprost w serce tamtej publiki. ci obok mnie zaczęli się żegnać, jeden facet nawet podjął próbę wbicia flagi naszego klubu w ziemię „na pamiątkę porażki”, a drugi wyjął flaszkę czegoś mocnego, żeby „przepłukać usta po tej smrodzie”. ja tylko stałem jak wmurowany, a jeden z nich krzyknął na mnie coś po arabsku — ja na to odpowiedziałem „wszyscy jesteśmy gośćmi w tym mieście, ale dzisiejsza noc należy do nas”. wracałem do hotelu z szerokim uśmiechem, bo nikt nigdy nie wie, kiedy jastrząb złapie wiatr pod skrzydła. i wiecie co? następnego dnia w biurze miejscowy kolega zapytał, czy „widziałem spektakl”, a ja na to: „widziałem gorsze rzeczy, ale to była magia, chłopie, czysta magia”. i tak oto stałem się bohaterem niechcianej delegacji — bo komu by się chciało pisać raport z wyjazdu biznesowego, kiedy się stało częścią legendy? 😄
-
Ej, ależ mnie te wspomnienia trafiają prosto w serce — akurat wracałem wtedy z zakupów, niosłem dwie torby pełne puszek i butelek, bo akurat prowadziłem oszczędnościowy weekend na piwie, no i oczywiście złapałem ten mecz akurat wtedy, kiedy mój telefon eksplodował powiadomieniem. Patrzyłem na niego jak na obcą formę życia, bo przecież wiedziałem, że mecz zaczął się godzinę temu. Aż tu nagle — GOOOOL! Dopiero później dowiedziałem się, że tamtej nocy każdy kibic naszego Jastrzębia miał ten sam "przypływ adrenaliny", bo niby gdziekolwiek by się nie znajdował, coś go wstrząsnęło do głębi. Tamtą drużynę pamiętam jak przez mgłę — była jak stary dobry samochód, który jeździł na chwałę, ale zanim wsiadłeś, musiałeś odkręcić trzy śruby, odlać trochę oleju i modlić się, żeby nie zgasł w połowie autostrady. Byli waleczni, na pewno, ale czasami brakowało im tej finezji, tej precyzji — jakby grali nogami związanymi sznurkiem. Pamiętacie tych zawodników? Facetów, którzy wyskakiwali jak sprężyny, kopali tak, że drżały trybuny, ale brakowało im spokoju przy piłce. To była drużyna serca, bez dwóch zdań, ale serce bije mocno i chaotycznie — nie zawsze trafia w takt. A teraz? Teraz mamy zespół, który gra jakby ktoś wreszcie posmarował wszystkie tryby olejem, a jeszcze dorzucił GPS, żeby nie zbaczać z kursu. Widziałem ostatnio, jak kapitan spokojnie odbiera piłkę, odwraca się i podaje ją do kolegi pod kątem 45 stopni — jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Tamci grańcy mieli w sobie ogień, ale ten ogień czasem parzył także naszych. Teraz mamy ogień, który ogrzewa, a nie pali. Tamci biegali jakby mieli zegarek zliczający każdy krok, teraz niektórzy potrafią biec wolniej, a i tak wygrać sprintem za pięć minut. Pamiętacie, jak tamta ekipa wychodziła na boisko, a przeciwnicy już się zaczynali uśmiechać? Teraz przeciwnicy na widok naszej jedenastki często marszczą brwi — bo wiedzą, że ta drużyna nie tylko walczy, ale wie, jak walczyć. Tamci mieli charakter, teraz mamy charakter wzbogacony o rozwagę. Tamci grali z serca, teraz gramy z serca, które umie liczyć do dziesięciu. No i te bramki — tamte były jak błyskawice: piękne, spektakularne, ale rzadkie. Teraz mamy wrażenie, że trafiamy częściej niż kiedyś, i to nie dlatego, że los się do nas uśmiechnął, tylko dlatego, że wreszcie umiemy dostrzec okazję. Tamci trafiali w decydujących momentach, ale czasem ten decydujący moment trwał sekundę za długo. Teraz ta sekunda trwa tyle, ile potrzeba — nie za krótko, nie za długo, po prostu dokładnie. Nie chcę mówić, że teraz jest doskonale — oczywiście są mecze, które przypominają stare czasy, kiedy piłka latała jak oszalała, ale to już nie jest chaos, tylko strategia. Tamci byli drużyną, którą kochaliśmy za jej siłę przebicia, teraz kochamy ją jeszcze bardziej, bo doceniamy to, czego się nauczyła. I pamiętajcie — magia wciąż tam jest. Tylko że teraz ma twarz zawodnika, który umie nie tylko wpaść w szaleństwo w 93. minucie, ale i zaplanować tę szaleńszą minutę tygodniami wcześniej. A to już coś innego, prawda?
-
Ej, kurwa, a pamiętacie jak ja w tamtym roku stałem pod blokiem z kuflem piwa, akurat było to ulubione "Hersztówka", i nagle mój telefon dostaje power notification o meczu. A ja na to: „No dobra, zaraz zobaczę, czy tym razem jastrząb znowu wyląduje w siatce albo w krzakach”. I co? No kurwa, gol w 93! Ja na ten ekran patrzę, a tam 1:0, i nie mam siły, tylko wrzeszczę: „TO NIE JEST PIWO, TO WODA!” — bo przecież mi się rozlało na koszulkę, ale nie ważne, ważne że wygrałem! 🤣🍿 A żona potem mnie pytała, dlaczego jestem taki mokry, no a ja na to: „Kochanie, to łzy szczęścia, ale też trochę Goralnego Prawdy”. I wiadomo, następnego dnia poszło „Jastrząb napij się ze mną”, bo któż by nie chciał pić z bohaterem, co ma talię taką samą jak wagomierz na lotnisku! 😂Memy to też analiza.