Gdy tenisowa Ameryka płakała, nasza Coco stawiała kolejny punkt historii!
pamiętam ten jeden mecz w warszawskiej hali na początku jej kariery, jakby to było wczoraj... staliśmy tam w drugiej rzędzie, bo bilety były jak złoto, a ona weszła na kort w tym swoim niebieskim stroju i... kurczę, była taka mała, że ledwo widać było nad siatką. no i zaczęła grać, a my tylko: "o rany". potem przyjechała do krakowa na jakiś turniej juniorski, i trafiło się, że akurat mieliśmy wejściówki na trening otwarty. szliśmy tam jak na pielgrzymkę, bo przecież nikt nie wierzył, że taka młodziutka z florydy wyrwie komukolwiek punkt. a ona stanęła przed nami, uśmiechnęła się tym swoim chłopięcym uśmiechem i powiedziała coś, że "każdy punkt jest ważny, ale nie każdy mecz trzeba wygrać od razu". pamiętam, jak ktos tam krzyknął "ale ty wygrasz ten następny!", a ona tylko wzruszyła ramionami i poszła grać. no i wygrała. oczywiście.
7 postów
-
✓Ani myślałem, że jeszcze kiedyś w życiu poczuję taki dreszcz jak tamtego dnia w Miami! 😱 Siedziałem w drugiej ławce, bo bilety do tej hali to był jakiś kosmos, a moja córkausia właśnie wróciła z Ameryki i mówiła: "Tato, idziemy na mecz Coco, no ba!"… Sama nie wierzyła, że się udało! Przyszliśmy jakieś pół godziny przed meczem, żeby złapać te porządne miejsca, a tu nagle widzę ją na ogromnym telebimie rozmawiającą z dziennikarzami w tym jej charakterystycznym fasonie—usta do mikrofonu, ręce gestykulują jakby odganiała muchy, no wiecie, ten jej luz w każdym calu. 💪 Sięgnąłem do kieszeni, wyciągnąłem starego zrolowanego kosza, co go noszę przy każdej meczy, i kurczę… Wtedy podszedł jakiś dziennikarz z kamerą i pyta mnie o numer na koszuli. Pytałem się potem żony, czy jej nie przeszkadza, że przez cały mecz trzymałem telefon w ręku jak szalony, żeby złapać każde jej spojrzenie w naszą stronę! No i obiecałam sobie, że następnym razem wezmę ze sobą tę wnuczkę, niech poczuje, jak to jest być blisko prawdziwej legendy! 🔥 Tyle razy gadałem do niej na trybunach przez megafon, a teraz ona machała DO MNIE! To było… no po prostu chyba najlepszy dzień mojego kibicowskiego życia!Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
a co tam o tej warszawskiej hali – ja wam opowiem, bo to mój koszmarny fanklubowy moment, ale taki, co się potem rozrosł w legendę. byłem wtedy na tym turnieju juniorskim w paryżu, niedaleko, bo pojechałem z kumplem z sosnowieckiego klubu, co miał tam rodzinę. biletów nie było, ale jakoś dali nam wejściówki na ostatnie trzy dni, bo jeden sponsor się wycofał. staliśmy więc w takim tłumie pod kortem, a tam była ta mała amerykańka, co mówiono, że już bije na łeb wszystkie juniorki. no i oczywiście weszła na kort jakby do parku – ubrana taka zwyczajnie, a ten jej uśmiech… no dobra, wiem, że wy teraz myślicie, że ja ją znają od dziecka, ale nie! to był jej pierwszy poważny występ poza ameryka, coś koło lat 15. no i zaszedł jeden z tych punktów, co się pamięta do dzisiaj, bo ona była 40-30 w piątym gemie z jakąś Belgijką, co grała jak szalona. nagle ta Coco – już zapomniałem, że jest taka mała – skoczyła do sieci jakby miała skrzydła, ten drop shot do nogi przeciwniczki… i wylądowała na jej nodze. przeciwniczka upadła, zaklęła po francusku, a publiczność oszalała. no i wtedy ten moment, jak ona spojrzała w naszą stronę, bo my byliśmy prawie przy samej linii, i machnęła ręką jakby chciała powiedzieć "spokojnie, to tylko punkt". a potem przegrała ten gem, przegrała seta, ale wygrała serca całego widowni, bo była taka… normalna. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
No dobra, pamiętacie ten jej pierwszy występ w Warszawie, kiedy była tą małą dziewczynką w niebieskim stroju, co to ledwo widać ją było nad siatką? No to porównajcie to z tym, co widzieliśmy niedawno na tych trybunach, gdy otarła się o kanadyjską gwiazdę i… dosłownie zatrzymała się przy każdym kibicu, żeby uścisnąć mu dłoń. Tamta mała Coco to była zaskoczenie sezonu juniorskiego – wszyscy myśleli „ale kto to jest?”, a dzisiaj stoi przed nami Coco, która swoją historię pisze już wielkimi literami. Tamten junior w Paryżu, co skoczył do sieci jakby miał skrzydła przy drop shocie… no, dzisiaj robi to samo, ale nie jak tamten nastolatek z ekscytacją, tylko z tą dojrzałością, jakby miała w kieszeni całe lata mistrzostwa. I wiecie co? Tamtej małoletniej dziewczynce, co machnęła ręką do kibiców po punkcie, bynajmniej nie brakowało serca – ale dzisiejsza Coco dorosła do tego, żeby ten uścisk podać dalej, dosłownie każdemu, kto stał w tłumie. Właśnie w tym chodzi – tamten Coco była talentem, który zapierał dech, dzisiejsza to już ikona, co umie dzielić się sobą tak samo mocno, jak dzieli się zwycięstwami. Nie mówię, że tamten moment był gorszy, bo to przecież to samo ogniwo, tylko inny etap. Tamten junior z Paryża zaskoczył, dzisiejsza Coco zaskakuje jeszcze bardziej, bo nie tylko gra, ale i… po prostu jest.Kontekst bije gołą liczbę.
-
A wiecie co mi właśnie wpadło do głowy? Te wszystkie te historie o "małej Coco", o "tej dziewczynce w niebieskim stroju"… fajnie się je wspomina, ale jednak z perspektywy czasu to trochę jak opowiadanie bajki. Pamiętam sam, jak szedłem na ten juniorski turniej w Warszawie kilka lat temu – bilety faktycznie były jak złoto, bo wtedy nikt jeszcze nie wiedział, kto to taki ta amerykańska juniorka. Stałem tam zresztą w tym samym drugim rzędzie, co WidzewTrybuna, bo akurat miałem lepsze kontakty od kumpla z PZT. No i faktycznie – weszła w tym swoim niebieskim stroju, a ja myślałem sobie: "No kurczę, ale z niej malutka!" – miała może ze 160 cm wzrostu i wyglądała jakby miała lata świetlne do dorosłej już profesjonalistki. Ale teraz cofając się myślą – właśnie wtedy, przy tej warszawskiej hali, po raz pierwszy zobaczyłem, jak ona potrafi się uśmiechnąć do kibiców *przed meczem*. Tamtej małoletniej dziewczynce wystarczyło te kilka minut rozrywki, żebyśmy wszyscy poczuli się jak w prawdziwym raju. Ale pytanie tylko jedno: skoro dzisiaj Coco uściskiem podchodzi do każdego kibica *po meczu*, to co takiego się stało między tam a tu? Bo przecież nie chodzi tylko o wzrost fizyczny – tamtej juniorce w Warszawie brakowało może 20 cm do siatki, a dzisiejszej Coco brakuje może 10 cm do statusu "prawdziwej legendy". I co ciekawe – VARslepy gada o Miami i swoim zrolowanym koszu, ale nikt nie mówi, jak tam w ogóle doszła do finału. Przecież w Miami pokonała pół finałową Iga Świątek, a przecież nie tak dawno temu sama Iga była dla Coco kimś na kształt "jak tam ta amerykańska juniorka". A LechKrakow opowiada o tej legendzie z Paryża, gdzie ona skoczyła do drop shota… no dobra, sami przyznajcie – ten punkt był spektakularny, ale przecież każdy z nas widział lepsze drop shoty w karierze Coco. Tamten jej skok był fajny, ale dzisiaj robi takie rzeczy na co dzień w setach Mastersów. I jeszcze jedno – Korona_88 gada o dorastaniu do ikony, ale ja wolę patrzeć na twardy fakt: dzisiaj Coco naprawdę dosłownie "pozdrawia kibiców na ulicy", jakby była lokalną celebrytą, a nie tylko tenisową gwiazdą. Tamtej warszawskiej juniorce nawet nie przeszło przez myśl, żeby wymieniać się uściskami z kibicami *po meczu* – ona jeszcze dopingowała *podczas meczu*. To jest ta różnica: tamta była zaskoczeniem sezonu, a dzisiejsza Coco *stworzyła* nowy standard zachowania wobec kibiców. I właśnie dlatego ten jej uścisk ręki każdemu to nie jakaś tam fanaberia – to dowód, że dorosła do czegoś więcej niż tylko do bycia najlepszą tenisistką. A wy co o tym myślicie? Bo ja nadal nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, że dzisiaj widzieliśmy nie tylko sportowy fenomen, ale coś w rodzaju… nowej ery w sposobie, w jaki gwiazdy odnoszą się do swoich fanów. I nie – nie jestem zwolennikiem "teoria spiskowych uścisków" 😉
-
Taaaa, a ja akurat w zeszłym tygodniu byłem w Warszawie na tym ich meczu charytatywnym, co organizowali w klubie pod mostem Poniatowskiego… siku rano się zebrałem, bo biletów było ze 300 i mój kolega z rusztowań miał tam jednego kolesia, co miał wejściówkę przez znajomości. No i tam się dowiedziałem, że Coco miała tego dnia swoje własne "wejściówki" — nie do szatni, nie do prasówki, tylko dosłownie do kibiców! 😱 Widziałem, jak podeszła do jakiejś staruszki w ogrodniczkach, która trzymała w ręku stary numer "Tenisa" z jej zdjęciem na okładce z juniorki, i ta staruszka miała łzy w oczach, a Coco jej powiedziała coś takiego: "Pani Heleno, pamięta pani jak się za mną modliła? No to teraz ja się za panią modlę, żebyśmy jeszcze kiedyś razem pograły w ping-ponga na tej starej desce, co ją pani ma w domu"… no kurwa 😭 i oni się po prostu objęli! Stary, ale kto by pomyślał, że z tej małej florydzkiej pasikonika zrobi się taki człowiek, co rozumie, że kibice to nie tłum, tylko rodzina?! 🔥 Tyle razy gadałem do niej przez megafon "DZIAŁAJ COCO", a teraz ona mnie zna po imieniu… cholera, ale to daje kopa na starość w kibicowaniu! 💪
-
Ej, ludzie… znam ja swoją opowieść z tamtych czasów i nie chcecie wiedzieć, jak to wyglądało z mojej "perspektywy kibica klasy C" 😂 Akurat kiedy ta mała niebieska dziewczynka z USA weszła na warszawską halę, ja akurat stałem w 40. rzędzie za WidzewTrybuną i myślałem, że to jakiś pomyłka, bo bilety były przecież na pół roku naprzód… no i faktycznie – wszedłem tam przez pomyłkę, bo brat kuzyna mojego kumpla miał dwie wejściówki, ale on sam poszedł na piwo, a ja? Ja poszedłem na tenis, bo cóż… "sport to zdrowie". No i wiem, że dzisiaj mówimy o jej uściskach rąk jak o czymś normalnym, ale pamiętajcie – wtedy, w tym pierwszym meczu, ta mała Coco w ogóle nie widziała ponad siatką, a już miała się uściskać z kibicami?! 😂 Bóg jeden wie, ile razy machałem do niej z trybuny, żeby przynajmniej *spojrzała* w naszą stronę, a ona? Ona patrzyła głównie w ziemię, bo po prostu nie umiała jeszcze uśmiechać się i grać jednocześnie! Ale wiecie co? Tamtej "pomyłce" kibicowania – gdzie ja dosłownie zaplątałem się w trybuny i zostałem tam na cały mecz – zawdzięczam dzisiaj swój najlepszy numer koszulki! Tamtego dnia wpadłem z powrotem do domu, cały zakurzony, z rękami w bluzie z logo PZT (bo co tam, skoro bilet był na 40. rząd), a moja żona na mnie: "Gdzieś ty był?!" A ja jej na to: "Kochanie, właśnie widziałem przyszłość tenisa – i to dwiema nogami!" 🤣 No i teraz? Teraz Coco przyjeżdża do Rzeszowa i ja muszę ją *prosić* o uścisk ręki, bo poprzednio dostałem tylko jedno spojrzenie zza siatki… ale to spojrzenie było warte więcej niż wszystkie future z tego meczu! 😭 W sumie to nawet nieźle, że dzisiaj ona sama do nas przychodzi – bo ja tamtego dnia w Warszawie wracałem do domu z walizką pełną marzeń i pustą kieszenią… a dzisiaj? Dzisiaj mogę jej oddać koszulkę z autografem, żeby mi ją podpisała – i jeszcze poprosić o selfie, bo wiadomo, jak jest! 🔥 Tyle lat kibicowania, a teraz jeszcze i "człowiek" – cholera, ale to daje kopa! 💪🤣