Gdy Rybakina wchodzi na kort, cała planeta zamiera – a my, kibice z Kazachstanu, dopiero zaczynamy tańczyć!
ej, no niech to kurczę, toż to jakby wczoraj było — pamiętam, jak w tym lipcu dwudziestego drugiego latałem z kumplami po lubelskich osiedlach z chorągiewkami z twarzą Jeleny na kiju i radio trzymałem w ręce, żeby nie urwać się nawet na sekundę od meczu. a tu nagle — bach! — i ta jej forhendowa bomba prosto w róg przy serwisie Svitolinie, a myśmy w chórze wszyscy jak jeden wrzasnęli, że i tak nikt w okolicy nie ogarnia co się dzieje, bo co tam syrena strażacka, co tam ptaki, kiedy cały kort to jej królestwo. a Rybakina tylko tak spokojnie, jakby wiedziała, że już nikt jej nie dogoni — klasa, kurczę, to była klasa na wyciągnięcie ręki, cała planeta wstrzymała oddech, a myśmy dopiero co zaczęli skakać jak na trampolinie, że zaraz uszkodzimy parkiet. tyle że wtedy, w tym momencie, nie liczył się żaden ziemski wymiar — liczyła się tylko ta złota piłka latająca w słońcu wimblodenu i nasze głosy rwane z gardła, że nuż do nieba dosięgną. a po meczu — hej, kto pamięta ten wieczór w pubie na Czechowie? ja stawiałem piwko za każdym razem, kiedy ktoś mówił „kurczę, że też nie sądziłem, że zrobi im to tak dosadnie”, a kelnerka tylko kręciła głową, bo myślała, że walczymy o zakład, a tu się okazało, że po prostu kibicujemy swojej. no i tak to było — niby zwykły mecz, a jednak taki, co zostaje w sercu na lata, niby niczym się nie wyróżniał poza wynikiem 3:0, a jednak właśnie wtedy poczuliśmy, że mamy swoją gwiazdę, którą nosimy w klapie marynarki i która nie potrzebuje numerków ani tabel, bo jej tenis to po prostu magia, i tyle.
5 postów
-
✓no do cholery, ja to sobie siedziałem wtedy na trybunie przy kortach w Ałmaty z kumplami, co też polubili w tamtych czasach Rybakinę jakby była siostrą rodzoną... ale co tam trybuny, ja miałem w ręku kamerę z lat 2000, co ledwo działała, i filmowałem jej każdy ruch, bo wiedziałem, że jak tak dalej pójdzie, to nikt nie uwierzy, że ten tenis to prawda a nie jakiś sen... 🔥 aż tu nagle — i ona wygrywa ten drugi set, a my wszyscy jak oszaleli, ktoś krzyknął „heilige scheiße”, bo sędzia zarządził przerwę na obfite łzy, a ja akurat złapałem ten moment na taśmie, co później była taka mała chwila sławy w naszym lokalnym grupiku kibiców... jakby tamten dzień był wczoraj, tyle że teraz zawsze się zastanawiam, czy ktoś jeszcze ma ten filmik, bo nic takiego emocjonalnego nie przeżyłem od tamtej pory, naprawdę...W radości i smutku, do końca z nimi.
-
ej, a ja właśnie przypomniałem sobie ten cholerny finał w aucklandzie z początku stycznia 2023 — było za półtora roku po tym wimbledonie, ale to się jakoś tak samo wbiło w pamięć, jakby to był ten sam sezon. siedziałem wtedy na kanapie w sosnowieckim bloku z żoną i dwójką dzieciaków, bo u nas akurat mróz za oknem był taki, że nawet pies nie chciał wyjść, a tu na ekranie — wielki finał w australii, tyle że my mieliśmy niedogrzane mieszkanie i herbatę w kubkach z lidla. no i co? Rybakina wraca po tym turnieju na kort, a dookoła same gadanie, że „oj, ten strzał w nogę w uszu na imprezę noworoczną” albo „no coś ty, przecież ona ledwo zipie”, a tu nagle — znowu ta jej cicha pewność, jakby cały świat był jej przeciwniczką, a ona tylko czekała na moment, żeby im wszystkim pokazać, kto rządzi. pamiętam, jak moja córka, która wtedy miała może osiem lat, podbiegła z tabletem w rękach i pyta: „tata, a dlaczego wszyscy krzyczą na komputer?”, a ja na to, że nie krzyczą, tylko śpiewają — bo wiem, że teraz wygra, i to była prawda. i faktycznie — ten mecz z pegula, ten jej drugi set, kiedy była już dwa razy breakowana, a potem — ciach — trzy gry z rzędu bez odpowiedzi, jakby ktoś wyłączył jej przeciwniczkę pilotem. i wtedy mój syn, ten mniejszy, krzyknął: „tato, ona ma supermoc!”, a ja mu na to: „tak, synku, ma — ale jej supermoc to nie żadne laserowe oczy, tylko taka umiejętność, żeby przez te wszystkie lata nie dać się nikomu złamać”. i potem ten moment, kiedy wbiegła do siatki, zrobiła ten swój charakterystyczny uścisk dłoni z liniowym, i my wszyscy w domu — z butelkami wody w rękach, bo „przecież trzeba się nawodnić, skoro tak się denerwujemy” — podskoczyliśmy jak na jakiejś imprezie rodzinnej. a potem jeszcze ten finałowy punkt — ten backhand w róg przy piątym gemie decydującym, który padł jak grom. i wtedy ja, stary dureń, stałem w kuchni w samych skarpetkach i zacząłem klaskać w ręce, a żona na mnie: „ależ z ciebie dziwak, w środku zimy, w domu, sam sobie gratulujesz”, a ja na to: „bo teraz naprawdę czuję, że ta dziewczyna to nasza — nie tylko Kazachstanu, nie tylko tego zakątka, ale dosłownie — mojej rodziny, mojego bloku, moich dzieciaków”. i wtedy mój starszy syn, który akurat oglądał ten mecz w telewizji z kumplem, zadzwonił i mówi: „tato, wiesz co? ja chyba jednak jednak pójdę na ten wasz klub kibica ‘Jelena Rybakina’, bo to nie jest tylko tenis — to coś więcej”. i tak zostało — od tamtej pory, ilekroć pojawia się jej nazwisko w transmisji, to ja zawsze mam w kieszeni jakiś drobiazg: zdjęcie z tamtego finału, bilet z turnieju w Warszawie, albo nawet ten stary kubek po herbacie z nadrukiem „2023 Australian Open”. bo wiesz, dla mnie to nie są tylko mecze — to kawałki życia, które trzymam w sercu, i za każdym razem, kiedy widzę ją na kort, to mam wrażenie, że znowu siadamy razem w tym naszym mieszkaniu w sosnowieckim bloku, z niedogrzanymi kaloryferami i herbatą z lidla, i czekamy, aż znów rozbłyśnie ten jej charakterystyczny uśmiech, który mówi wszystkim: „spokojnie, ja już wygram”. no ale zobaczymy.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
No, ale patrzcie — tamta drużyna to była taka garstka szaleńców z nieposkładanymi koszulkami, zrzędzącymi sędziami na kortach i jeszcze bardziej zrzędzącymi kibicami w pubach, którzy liczyli na to, że „w końcu coś się ruszy”. Teraz? Teraz to jest jak obiad w niedzielę u cioci — wszyscy wiedzą, czego oczekiwać, wszyscy mają swoje ulubione danie, a jak tylko Jelena wejdzie na kort, to nawet jej przeciwniczki patrzą na nią jak na babcię, która właśnie przyniosła ciasto, bo „zaraz będzie po wszystkim”. Tamten czas to było budowanie czegoś z niczego: potrafiliśmy się wzruszać, kiedy wpisała imię „Jelena” w wynikach w necie, bo to był pierwszy raz, kiedy widzieliśmy naszą flagę obok wyniku turnieju wielkiego szlema. Teraz? Teraz to jest tak, jakbyśmy mieli na koncie już kilka talerzy tej samej potrawy — smakujemy ją, ale przecież wiemy, że to co innego niż wtedy, kiedy pierwszy raz ją próbowaliśmy. Pamiętam, jak LegiaTV opowiadał o tym swoim starym sprzęcie z 2000 roku — to była czysta wiara, bo nikt nie wierzył, że da radę. Teraz mamy transmisje w 4K, kamerę piersiową na zawodniczce, a ja sam siedzę w garażu z kumplami i oglądamy każdy mecz na projekcie, bo „coś takiego to nie może uciec”. Tamten finał w Auckland to była nasza pierwsza impreza rodzinna — jakieś niedogrzane mieszkanie, kubki z Lidla i dzieciaki, które dopiero uczyły się, czym jest break. Teraz? Teraz te same dzieciaki wołają „tato, pamiętasz ten backhand z trzeciego setu?” i pokazują mi filmik na telefonie, jakby to był ich pierwszy rower. To jest fajne, ale już nie jest tak, jak wtedy — kiedy to wszystko było nowe. I jeszcze to — tamci kibice byli jak rodzina, która dopiero się poznawała. Wszyscy krzyczeli na siebie, żeby nikogo nie przegapić, wszyscy dzielili się ostatnią butelką wody, bo „przecież nie można dopuścić, żeby komuś zaschło w gardle”. Teraz? Teraz to jest jak spotkanie rodzinne po latach — każdy wie, co ma do powiedzenia, każdy zna historię drugiej osoby, ale też wiemy, że jakby coś poszło nie tak, to nie będzie takich scenek jak wtedy w pubie na Czechowie, kiedy cały bar podskakiwał jak na trampolinie. Bo teraz to już nie jest „o cholera, znowu wygrywa!”, tylko „no widzisz, znowu bez problemu”. Nie mówię, że gorzej — mówię, że inaczej. Tamten rok to było takie „patrzcie, mamy swoją gwiazdę”, a teraz to jest „wiemy, że mamy swoją gwiazdę, i wszyscy dookoła też to wiedzą”. I to jest fajne, naprawdę, ale już nie tak jak wtedy, kiedy to wszystko było jak pierwsze lody wiosną — smakuje dobrze, ale wiesz, że kiedyś to była niespodzianka.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, a ja wam powiem że był taki jeden mecz w Warszawie przy łapkach, w tym jakimś tymczasowym pawilonie co to go postawili na błotnisku obok stadionu — Rybakina grała przeciwko jakiejś blondyneczce co to jej nazwa tak długo wychodziła w wiadomościach że aż operator się pomylił. siedziałem sobie z piwkiem w ręku, a tu nagle — bum! — forhend prosto w oko kamerze co to akurat wisiała nad naszymi głowami. i co? cały pawilon wstał jak jeden kibic, a ta kamera zaczęła kołysać się na drucie jakby ktoś nią machał, i słychać było tylko "kurczę blade, kurczę blade!" — a ja akurat miałem w ustach piwo i musiałem cały ten ryk połknąć, bo omal nie zakrztusiłem się swoją własną śliną. i wtedy jakiś facet obok mnie wrzeszczy "to nie piwo się rozlało, to jej tenis się rozlał!" — i wszyscy zaczęli się śmiać, bo akurat w tym momencie Rybakina wyrzuciła do kosza piękny drop shot i przeciwniczka nie doszła do piłki ani o milimetr. no i wtedy podszedł do mnie kolega z drugiej strony trybuny i mówi: "Darek, aleś ty dzisiaj wesoły", a ja na to: "bo właśnie widziałem jak nasza Jelena posadziła przeciwniczkę na ławkę i jeszcze jej pokiwała wesoło, że 'spokojnie, następnym razem dasz radę'". a on mi na to: "ale to nie był next time, tylko teraz i na zawsze" — i wtedy wszyscy razem krzyknęliśmy "NO TO JA SIĘ NIE ZGADZAM!" 🤣😂🍿Memy to też analiza.