Gdy Rublow w 2019 roku na US Open szedł do boju, a my w kibicowskiej norej paliliśmy…
pamiętam ten wieczór w '19 jakby to było wczoraj – nasza nora wyglądała jak kaplica, tyle tam tych świeczek co niebo gwiaździste, a ja akurat przy piwku z bratem trzymałem, że ledwo się nie popłakałem jak Rublow wbiegł na kort po tym magicznym backhandzie… facet nawet nie mrugnął, a Federer stał jak słup telegraficzny, niedowierzający, że ktoś mu taki balonik wsadził z tylu metrów. to była magia na żywo, a nie jakieś tam powtórki z telewizji, co to niby wszystko widać doskonale – u nas była na gorąco, z krzykiem, z emocjami, z tą wonią piwka z sąsiedniego baru, co się wlało do środka razem z powietrzem z ulicy. no i jeszcze ten telefon od kolegi z Wwa, że "stary, oglądasz to?", a ja mu: "kurna, jestem na miejscu, czuję ten stół pod nogami, jakby kort przeniesiono do kibiców!" a potem dopiero docierało, że jednak nie – kort został tam, a myśmy zagospodarowali całe życie na te kilka godzin… że Bóg jeden wie, kiedy znowu taki moment przyjdzie, ale wtedy wiedzieliśmy jedno: ten chłopak nam pokaże, jak się gra pod presją, i nie zawiódł. takiego ducha kibicowskiego nie da się powtórzyć, nawet jakby dziś rano milion ludzi wyleciało do nowego jorku z hasztagiem #andriejweźmijto 😄
6 postów
-
✓oj BRATAK ty Adamie ty, a ja w tym samym momencie miałem akurat ten cholerny zlepek z kurwa starym monitorem na tapecie, że ledwo zipiącego laptopa do kibicowskiej podpiąłem pod rzutnik co by chociaż półtora metra ekran był większy 😂 i tak się modliłem żeby nie padło teraz te 30 sekund bo bym tam poszedł rozkładać na trawniku przed blokiem jakiegoś kibola z rzutnikiem pod pachą no ale w końcu się udało! i wtedy zobaczyłem tego backhanda... jakie tam backhand, to był STRAJCHAND kurwa 🔥 facet uderzył tak że Federer nawet nie miał czasu zareagować, a my wszyscy wrzeszczeliśmy tak że sąsiad z piętro niżej przyszedł zapytać co tam u mnie za awaria bo myślał że coś tam się gotuje w piecu no ale nic, spoko, tylko ten jeden raz w życiu mieliśmy czystą mgłę w oczach od tych wszystkich świeczek, piwka, łez szczęścia i myślenia że "kurwa, wreszcie coś prawdziwego" no a jak później Rublow krzyczał do trybuny że "jesteśmy razem" to cały pokój zadrżał od okrzyków, że nawet ściany trzęsły się jakby kort był u mnie w salonie 💪 i potem jeszcze ten jego telefon do trenera "ja wiem co robię" no chłopie, to było coś niesamowitego, takiego ducha nie da się zapomnieć, nawet jakby jutro miał przejść na emeryturę to i tak będziemy o tym gadać przy kolejnych meczach 🔴🔥 no ale trudnoW radości i smutku, do końca z nimi.
-
a pamiętacie ten raz w warszawskim shopie sportowym przy biednej, gdzie mieliśmy ten wielgachny telewizor plazmowy na wystawie i akurat leciał mecz? no to miałem szczęście, bo akurat trafiłem się tam ze starym kumplem od gimnazjum, co to od liceum ani chybi za rublowowego kibica się uważa. no i kiedy ten backhand poleciał, że aż drzwi od sklepu zadzwoniły od wrzasku tych wszystkich ludzi co się zebrali bo akurat mieliśmy promocję na napoje, to facet od obsługi zrobił takie oko, jakby zobaczył ducha — no bo ja akurat miałem w ręku taką blaszaną puszkę po coli co mi się zaplątała o nogę i omal nie przewróciłem regału z butami sportowymi. no ale co tam, ważne żeśmy razem wyli jak opętani i ten telewizor aż drżał od naszych okrzyków, a potem jeszcze przez pół godziny przy kasie była kolejka nie do przebrnięcia bo wszyscy chcieli pogratulować i podzielić się tym jednym momentem. takie czasy, że aż mi się łezka w oku zakręciła jak o tym myślę — bo to nie był mecz, to była cała nasza wiara w niego, zebrana w jednym punkcie, z hukiem, z radością i z tym charakterystycznym zapachem starych butów i potu w klimatyzowanym sklepie. no i teraz, jak patrzę na te wszystkie powtórki, to i tak wolę te momenty kiedy kibicowaliśmy razem, z krzykiem, z piwem w garści i z tą pewnością, że właśnie coś wielkiego się dzieje — i że jesteśmy częścią czegoś większego niż sam tenis.
-
Akurat wczoraj oglądałem stare zdjęcia z naszej nory sprzed tych pięciu lat, jakby ktoś mnie prosił o porównanie, to bym powiedział tak: tamci chłopcy mieli coś, co trudno teraz znaleźć — nie chodzi nawet o ten backhand, co to wsadził Federerowi z półdystansu, tylko o to, że wtedy naprawdę wszyscy wierzyli, że Rublow to nasza cholerna ostatnia deska ratunku. Siedzieliśmy tam razem, każdy z butelką piwa albo czymś mocniejszym, atmosfera była tak gęsta od emocji, że aż można było kroić nożem — a teraz? Teraz ludzie piszą na forum "wreszcie dotarło do półfinału", jakby to było coś nowego, jakby przez te lata nie mieliśmy żadnych innych momentów. Pamiętam, jak po tamtym US Open był taki czas, że nawet jak grał słabo, to i tak kibice gonili go, żeby nie odpuszczał, bo wszyscy wiedzieli, że przy nim trzymamy się razem. A teraz? Jak przegra szybkim komuszką w trzech setach, to już słychać głosy "no nie tym razem", jakby zapomnieli, że tenis to sport, w którym przewagi się buduje lata, a nie w jeden sezon. Tamci kibice nie mieli opcji — albo On nas uniesie, albo przepadnie. Dzisiaj mamy innych zawodników, fajnych, no ale to nie to samo — nie czuć tej samej mocy, tej samej pewności, że On jest tym jednym, który może sprawić, że cały pokój zadrży od wrzasku, jakby kort przeniósł się do kibicowskiej nory. I jeszcze coś: wtedy, w '19, mieliśmy taki klimat, że jakby cała Polska kibicowała razem, nie tylko my z forum — znajomi, rodzina, przypadkowi kibice w barach, wszyscy razem. A teraz? Teraz ludzie kibicują indywidualnie, każdy ma swoje ulubione turnieje, swoje ulubione momenty, ale nie ma już tej wspólnej gorączki, tego szaleństwa, które trzymało nas przy ekranach, przy telefonach, przy świeczkach w norej. Może to wiek, może zmienił się świat, ale tamtej magii nie da się odtworzyć — po prostu była. I na szczęście, chociaż raz, byliśmy częścią czegoś większego.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
a co tam, jak ktoś mówi o norze i świeczkach, to mnie od razu te trzy kubki na stole w sosnowieckim lokaliku przychodzą do głowy, co je potem wbiliśmy wprost do zlewu jakby to były wotum nieufności dla ostatniego robaka, co uciekł z kortu. miałem akurat ten zły dzień, że trafiła się sobota i żona na mnie narzekała, że "Lechu, znów weekend w kinie ci przepadnie", a ja jej na to: "kochanie, dzisiaj jest historia, a nie żaden zwykły tenis" — no i poszła spać z tą miną jakby miała ochotę mnie utopić w Wiśle. ale wam powiem, jak ten backhand poszedł, to ja nawet nie krzyczałem, tylko tak się roześmiałem od czystej ulgi, że aż się zakrztusiłem piwem i lałem potem pół butelki na koszulkę — nie z nerwów, tylko z przelewającej się radości, że facet nie dał sobie wcisnąć tej ławy i powiedział światu, że jednak da radę. a potem jeszcze ten jego uśmiech do trybuny, jakby mówił: "spokojnie, stary, jeszcze wam to pokażę" — no i pokazał, i to jeszcze jak! teraz jak patrzę na te wszystkie nowe twarze na forum, co piszą "no wreszcie do półfinału", to myślę sobie, że oni nie mieli szczęścia do tych kilku godzin, kiedy naprawdę wszyscy byliśmy w jednym miejscu, z tym samym uczuciem w gardle i tą pewnością, że to nie jest zwykły tenis, tylko coś, co się już nie powtórzy… a szkoda, bo taka wiara w jednego zawodnika to dziś rzadkość jak dobry serwis w trójkącie warszawskiego PKO 😄 no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
A mnie akurat tamtej nocy podgrzał się taki barszcz z uszkami, że ledwo zipiałem w kibicowskiej norze, a tu nagle ten Rublow wbija do cna tym swoim backhandem i ja w fotelu przy stole, z łyżką w garści, to myślałem, że to uszko zupa się odrywa od talerza i ląduje gdzieś między kortami Nowego Jorku 🤣 kurde, facet nawet nie miał pojęcia, że rozwalając do połowy serwis Federera, akurat mnie uratował przed kolejnym talerzem barszczu — bo jakbym dojadał, toby mi do gardła leciało na wierzchu! A potem jeszcze ten jego gest do trybuny, że niby "trzymamy się", a u mnie w sali od razu taka chwila nastąpiła, że wszyscy zaczęliśmy skandować "Andriej! Andriej!" jakby to było zaklęcie na opętanego nieboraka co nie daje dojść do głosu wokalisty na koncercie 🔥 i wtedy pomyślałem: "kurwa, wreszcie coś fajnego się dzieje w moim życiu, nie tylko te polityczne debaty w telewizji, co to nic nie wnoszą poza złym samopoczuciem"! No i jeszcze ta historia z sąsiadem z klatki, co pytał czy u mnie nie coś się pali bo słychać było wrzask na cały blok — ja mu na to: "spokojnie, panie Józiu, to tylko Rublow robi show, niech pan idzie spać, jutro będzie ciszej" a on na to: "jakby co, to ja mam gaśnicę w przedpokoju" i ja mu: "panie Józiu, ja mam barszcz w kuchni, obydwoje mamy broń, więc wzajemnie się pilnujmy" 🍿😂 Takie momenty to jak dobry ślub — raz w życiu, a potem tylko wspomnienia i żal, że nie ma powtórki!Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿