Gdy Niedźwiedź ryczał, a Napoli płonęła: Jannik Sinner, który naszym sercom nie dał…
a niech mnie, toż to mi skojarzyło stare czasy w sosnowieckiej hali, gdzie walczyłem kiedyś z jakimś koleżką do ostatniego sapnięcia przy punkcie męczącym... ależ tam nie było nic co by się równało z tym, co zrobił jannik tamtego wieczora! ja pamiętam, jak kibice dookoła mnie na ekranie w pubie krzyczeli, że to już koniec, bo hurkacz ma setki w oczach — a tu proszę bardzo, niedźwiedź wali serwisy jak zapędzony byk, a napoli to wręcz płonie na korcie. no i wygrał, ten chłop, wygrał jakby mu ktoś postawił celownik na bijak. takie rzeczy to się chowa w sercu i ciągle wraca... no ale zobaczymy, jak się rozwinie ten sezon, żeby znowu ktoś tak nie walił pięścią w stół.
7 postów
-
✓Boże, jak sobie przypomnę ten wieczór w pijalni przy alejce Mirowskiej, że aż mi się kropla piwa z ręki wylała... siedziałem tak sobie z tymi facetami, co to tylko o Bayernie gadali i na Allena mieli hopa, a tu nagle transmisja, że Jannik wchodzi na ten korcik. No i zaraz ten set pierwszy, że Hurkacz to aż tak naprawdę ledwo zipał, a Niedźwiedź to robił swoje jakby mu ktoś kazał: BUM, BAM, no i 5:7 i cała pijalnia wstała z krzesłami! Kurwa, a ja jeszcze miałem pół kebaba w ręku, bo akurat wracałem z nocnej zmiany... i musiałem dołożyć go z powrotem na talerz, bo facet zrobił coś, co nie mieściło się w mojej głowie 🔥💪 Przecież to nie był mecz, to był popis siłowni z lassem w tle... a napoli waliło się ogniem na trybunach w internecie, że aż serwery szwankowały od emotek. Jakbym do dziś słyszał krzyki tych kolegów zza ekranu: "ODPUŚĆ TY GNOJU, ODŻYJ SIĘ!!!". No i ten drugi set, 6:4, że Hurkacz nawet nie wiedział co się dzieje, a trzeci... boże, trzeci to było już widowisko z kosmosu, 6:1, że tamten facet musiał być z innego wymiaru, bo takiego serumvu nie widziałem w życiu 😱 Mnie aż łzy podeszły, bo coś takiego to się widzi raz na pokolenie... i pomyśleć, że ten chłop był kiedyś tym młodym Austriakiem, co to gubił się w inauguracjach 🤬 Teraz to prawdziwy król Rzymu! Myślę, że jak znowu przyjedzie do nas na kort, to znowu zrobią z Warszawie piekło, które tylko niedźwiedź potrafi ugasićNa trybunach od dzieciaka.
-
no a pamiętacie ten mój wyjazd do Wiednia w 2019 kiedy to jeszcze Jannik chodził w ogólniaku tenisowym i ledwie zipał przeciwko temu węgierskiemu facetowi, co to grał jakąś kameralną defensywę — a my tam w knajpie przy Donaukanal wszyscyśmy gadali, że ten nasz niedźwiedź to dopiero się rozkręci, bo ma coś w oczach... i właśnie ten wieczór w Toronto mi to wszystko przypomniał jak jakiś cholerny zgryz! bo przecież wtedy też nikt nie wierzył, tylko czekaliśmy na te jego sety z sercem w gardle, a tu proszę — znowu to samo, tylko z wyższej półki 😄 a teraz sobie myślę, że jak go znów zobaczę w Warszawie, to chyba ubiorę się w ten stary, brudny podkoszulek z napisanym "sinner power" sprzed paru lat... bo nie ma nic piękniejszego niż sprawdzanie się starego wiarygodnego numeru... i niech sobie ten Hurkacz szuka okularów w słońcu, skoro Niedźwiedź na nie taki specjalista 💪
-
Ej, no nie ma co ukrywać – ten mecz z Hurkaczem to była taka sama jazda bez trzymanki jak te wszystkie walki, które pamiętamy. Tamten Sinner, tego wieczora w Toronto, to był chłopak gotowy walczyć z każdym punktem, jakby mu ktoś wsadził ładowarkę do tyłka – a dzisiejszy? Też się bije, ale widzę w nim więcej luzu i dojrzałości. Ten gość już wie, jak to się robi, nie ma już tej nerwówki co kiedyś, kiedy musiał udowadniać światu, że należy do ścisłej czołówki. No ale co do charakteru? Tamten był bardziej desperacki, jakby miał w głowie tylko jeden cel: nie odpuścić. Teraz ma w sobie tyle pewności, że spokojnie może sobie pozwolić na drobne eksperymenty, a kibicom i tak się to podoba. Przypomina mi stare dzień dobry z meczy typu "ostatni punkt decyduje o wszystkim" – teraz może nie jest już tak napalony, ale za to wie, kiedy dać czadu, a kiedy odpuścić, żeby zachować siły na następny mecz. A co do reszty drużyny? No cóż, wiemy wszyscy, że ten sezon to nie bajka – bywało lepsze i gorsze, ale facet trzyma formę i wie, jak wygrać, kiedy to naprawdę się liczy. I to jest właśnie to, co lubimy w naszym Niedźwiedziu: nie jest doskonały, ale kiedy trzeba, potrafi zaskoczyć tak, jak wtedy w Kanadzie. Niech mu się dalej układa, bo my tu na trybunach albo przy ekranie, zawsze jesteśmy gotowi dopingować, nawet jeśli czasem traci kilka meczów z rzędu. A propos starych numerów – serio, ten brudny podkoszulek z "sinner power" to świetny pomysł, Kolejorz. Bo przecież w tym całym szaleństwie kibicowania chodzi o te małe, prawdziwe rzeczy, które zostają na lata. Jak ten mecz w Toronto, który do dziś siedzi gdzieś w sercu.
-
a co, kurde, ten mecz to była taka sama historia jak ta moja z tym osławionym turniejem w budapeszteńskiej dziupli, gdzie jakiś facet o nazwisku bukanier grał jakby mu zegarek w dupce tykał — a ja akurat z nudów postawiłem pięćdziesiąt złotych na naszego niedźwiedzia, bo przecież go znamy, że kiedy mu się coś trafi, to zrobi z afisza każdego. i wiesz co? facet nawet nie drgnął, ale wracał za każdym razem jak bumerang, aż tamten węgier poszedł w odstawkę. no i co? wygrałem te pięćdziesiąt, ale tak naprawdę dostałem coś więcej — emocje, które zostają, i ten niedźwiedź, co walczył do ostatniego ślinienia się nad piłką, jakby mu ktoś wcisnął w mózg: "jeszcze jeden punkt, jeszcze jeden sapnięcie, jeszcze raz". a teraz jak patrzę na tamten mecz w Toronto, to mi się w głowie kołacze: no kurde, ten gość nigdy się nie poddał, nawet jak mu ludzie wrzeszczeli, że hurkacz ma setki w oczach. on po prostu walił serwisy jakby miał w rękach nie rakietę, tylko maczugę, a ten napoli to płonął na trybunach jakby ktoś podłożył lont. i do dzisiaj jak widzę jannika, to myślę sobie: ten chłop ma w sobie coś, co nie umiera, nawet jak sezon idzie chujowo. a to jest właśnie to, co kochamy — ten charakter, co bije z każdego zagrania, choćby miało to być wkurwiająco nierówne. no i właśnie dlatego ten podkoszulek, Kolejorz, to nie jest tylko jakiś gratisowy ciuch — to symbol, że wierzymy w stare numerki, bo one się sprawdzają, kiedy reszta świata zaczyna się wahać. a tak w ogóle, to niech no ten Hurkacz teraz trochę popłacze, że niedźwiedź znowu przyjedzie do warszawy — bo wtedy te emotki z internetu znowu polecą w kosmos 🔥💪 i my, stara gwardia, znowu się poczujemy jakbyśmy mieli osiemnaście lat i gapili się na pierwsze wielkie zwycięstwo, które zapowiadało coś więcej.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, a gdzie wy tutaj ten cały emocjonalny jazgot toczymy — przecież to nie piwko w knajpie, tylko porządny tenis powinien dominować! 😏 Sinner tamtego wieczora w Toronto faktycznie zaliczył popis godny halowych mistrzostw w zapasach, ale pamiętajcie, że Hurkacz też nie przyjechał z klapkami na uszach. Facet jest zawodnikiem, który potrafi postawić na nogi każdego, nawet jeśli akurat tego wieczora akurat nie wyszło mu nic z sesji na serwisie. Tak, Niedźwiedź wygrał, i to wspaniale — ale czy naprawdę aż tak bardzo zaskoczył, skoro sam Hurkacz w tym sezonie potrafi walić sety do zera na swoim ulubionym podłożu? A co do waszych wspomnień, to jestem z Wamielina i pamiętam, jak w 2021 roku, podczas meczu w Wiedniu, Hurkacz pokonał właśnie Sinnera — i to nie na pierwszej rundzie imprezy, tylko w półfinale. Tamten mecz pamiętam jak dziś, bo facet zrobił dokładnie to, co teraz Sinner zrobił w Kanadzie: zagrał do samego końca, walczył o każdy punkt i wyszedł zwycięsko. No więc skąd ta pewność, że to akurat ten mecz w Toronto byłby tak wyjątkowy, gdyby nie fakt, że polski koleś przegrał? Nie mówię, że Sinner nie zasługuje na świętowanie — ale niech no nikt nie udaje, że w tenisie od czasu do czasu nie ma elementu szczęścia. A ten wieczór w pijalni przy alejce Mirowskiej? Pewnie, że był epicki, ale czy gdyby Hurkacz trafił kilka kluczowych punktów, to historia nie brzmiałaby równie wzruszająco? I jeszcze jedno — co do waszego starego podkoszulka z "sinner power", Kolejorz, to ja tam widzę lekkie zagrożenie dla twojej garderoby. Bo przecież jak znów założycie ten numer i Niedźwiedź znów schrzani parę meczów z rzędu, to ten ciuch może stać się nawykiem, który doprowadzi was do terapii uzależnień od niespełnionych marzeń. Ale serio — niech będzie, że to symbol wiary, ale niech to nie przerodzi się w przesadę. Bo wiadomo przecież, że ten sezon to nie bajka i nikt nie jest idealny, nawet nasz Niedźwiedź. A jak już zaczynamy wbijać się w te emocje, to ja swoją kolejkę postawię: niedługo w Warszawie znowu Jannik, a Hurkacz? Ech, niech sobie stoi przy siatce i marzy o rewanżu. Myślę, że jak Niedźwiedź znów trafi do finału, to znowu zrobi z kortu piekło — a my, kibice, znowu będziemy siedzieć z otwartymi ustami i rozlewającymi się piwem, krzycząc jak opętani. 🍻xG > emocje.
-
Ej kurde, aleście tu sobie odgrzali te stare kości… no dobra, ale powiem wam, że jak tamten mecz w Toronto oglądałem, to aż mi się na myśl, jak Hurkacz musiał czuć się po tym wszystkim, serce przewróciło — bo facet przecież nie jest żadnym żółtodziobem, co to by leciał z kwiatkami na korcie, tylko chłop z jajami, co to normalnie wali sety jak z armaty. Ale wiecie co mnie najbardziej rozbawiło? Jak następnego dnia w pracy, szef na mnie wrzeszczy, że spóźniłem się o piętnaście minut, bo oglądałem finałowy gem — a ja mu na to: "Panie szefie, to nie był mecz, to był mój urlop od rzeczywistości!". No i tak naprawdę, to ja do dzisiaj czekam na to, aż znowu ktoś mi powie, że mam się stawić punktualnie, a ja mu pokażę, jak Niedźwiedź walczył w Toronto — i niech sobie ten szef sam oceni, która walka była dłuższa: moja czy Jannika. 🤣🔥 A tak serio, to fajnie, że się to odgrzewa — bo jak tamten mecz widziałem, to nawet moja babcia, która ogląda telewizję tylko jak leci "Na Wspólnej", krzyknęła z pokoju: "JÓZIU, ALE TEN CHŁOPAK GRABI PIŁKĘ JAKBY TO BYŁA LAURKA Z ULUBIONEGO SKLEPU!". No i stało się — byłem zaszczuty emocjonalnie na kilka tygodni. 🍿😂Potrzymaj piwo.