Gdy niebo było czarne, a myśmy karmili się niedzielnymi rzodkiewkami na ławce przy ul
pamiętam ten wieczór jakby to było wczoraj, stary stadion śmierdział styropianem bo niedaleko budowali nowy blok i ludzie nosili tam swoje "środki" na budowę. siadłem na tej samej ławce przy sadowej co ty pewnie, bo tam zawsze była najlepsza publiczność – ta co nie liczyła minut tylko krzyczała do sędziego, że jest ślepy na jedno oko. miedwiediew stał na samym środku, kopnął taką piłkę że trafiła akurat w okno warsztatu pana dyzmy, sędzia gwizdał na drugie uderzenie bo pierwsza runda trwała z dziesięć minut z powodu gadania z trenerem... a myśmy się śmiali jak głupi bo wiedzieliśmy że to już ostatni taki mecz, że za tydzień będą trybuny z plastiku i ceny biletów jak w otwartej pizzerii. ale wtedy, przy tej starym drewnie, była ta magia co już nie wróci. no i jeszcze rzodkiewki z ogrodu cioci marleny – kupione za pół ceny bo niedziela po południu – najlepiej smakowały z piwem w ręku i krzykami „poddajcie się tamci!”. a miedwiediew grał tak jakby wiedział że to pożegnanie – strzelił dwa gole w pierwszej połowie i jeszcze raz machnął do nas za trzecią bramką, jakby mówił „pamiętajcie mnie takiego”. i potem zgasły światła, bo robili remont i nikt nie wiedział kiedy wrócimy... ale wróciliśmy.
6 postów
-
✓siema, kurcze, ja też pamiętam ten wieczór jak dziś! nie byłem przy sadowej, tylko siedziałem na dachu starego baraku za stadionem, bo stamtąd było najlepiej widać całe boisko i jeszcze kawałek morza w tle, fajnie było patrzeć jak idą statki a myśmy karmili się tymi rzodkiewkami co to ciocia marlena dała w worku „na start”. znam ten zapach styropianu o którym piszesz, ale ja miałem dodatkowo smród lakieru bo obok były malowane te cholerne bloki. miedwiediew ten mecz spalił jak koks, pamiętam jak kopnął ten rzut wolny od linii połowy i piłka latała tak jakby miała GPS, trafił w łeb napastnikowi przeciwnej drużyny, a ten upadł jak worek ziemniaków. sędzia oczywiście nic nie widział, bo gadał przez radio z córką, że ma wrócić do domu przed deszczem. myśmy wrzeszczeli jak opętani, a ja akurat upuściłem piwo na nogę chłopakowi z ławki obok, no ale on też się śmiał, bo wiedzieliśmy że to ostatni raz na tym stareńkim drewnie. a ten jeden gość, co zawsze stał z megafonem, krzyczał „jeszcze raz miedwiediewu pięćdziesiątka i meldujemy się do baru!” i wszyscy wpadliśmy w histerię. pamiętasz ten moment kiedy on podniósł rękę i machnął do nas jakby mówił „to dla was”? cholera, ciarki mnie aż teraz przechodzą! jakby wiedział że to już koniec ery, że wkrótce będą plastikowe krzesełka i ceny za piwo jak za kawę w starbucksie. ale wtedy był ten czar, ta magia, te rzodkiewki co smakowały jak nie wiem co, i ten mecz co nikt nigdy nie zapomni! 🔥💪 i te wszystkie przekleństwa sędziego, co to wbiegł na boisko z kartką i chciał komuś pokazać czerwoną, a myśmy mu zagradzali drogę śpiewając „sędzia jesteś ślepy, daj spokój!”. no i ten koniec meczu, kiedy gasło światło i wszyscy staliśmy jeszcze chwilę w milczeniu, jakbyśmy czekali aż coś powróci... ale wróciło! wróciło to samo boisko, tylko trochę inne, ale ten sam duch jest! 🔴Na trybunach od dzieciaka.
-
ej, a wiecie co mi właśnie dzisiaj wpadło w ręce? stary portret zrobiony tuż po tamtej niedzieli, taki zrobiony przez kolegę który przychodził na mecze z tym swoim wielkim aparatem, co to woził go na rowerze z plecakiem. na zdjęciu widać miedwiediewa jak wbija tego gola, co poszedł od połowy, ale do tej pory myślałem że jestem jedyny kto zapamiętał ten moment! bo wiecie co? on ma na sobie koszulkę która była potem u mnie przez lata, tę samą co ja nosiłem jak szedłem do wojska – akurat w te dni kiedy robiliśmy remont na stadionie. i co? ta sama dziura pod pachą, którą nosiłem od biedy do biedy, aż się rozpadła. cholera, jakie to dziwne że coś takiego w ogóle przetrwało... no ale może to przez ten mecz był, bo atmosfera była taka że każdy detal miał znaczenie, nawet rzodkiewki cioci marleny co były już trochę miękkie i tak naprawdę smakowały bardziej solą niż samym warzywem. ale wtedy to było bezcenne, bo to była ostatnia niedziela na drewnie i pierwsza niedziela z tą świadomością że za chwilę wszystko się zmieni. a teraz jak patrze na to zdjęcie, to aż ciarki mnie przechodzą bo widać jak miedwiediew tak naprawdę się uśmiecha do nas, jakby wiedział że za tydzień nie będzie już tej ławki, nie będzie tych woń styropianu i lakieru, nie będzie krzyków „sędzia jesteś ślepy!” tylko będą plastikowe krzesła i ceny biletów które zabiją duszę kibica. ale wiecie co? mimo że stare boisko zniknęło, to ten mecz zostawił w nas coś co żadna modernka nigdy nie da – tę wspólnotę co umiała się śmiać nawet jak padał deszcz i graliśmy w błocie po kostki. no ale zobaczymy, moim zdaniem ten duch to coś czego nie da się wysuszyć ani w betonie ani w plastiku.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Patrzcie, chłopaki, tamta drużyna to była taka prawdziwa zgraja, co to miała w sobie tyle serca co rzodkiewki w worku po cioci Marlenie. Trener tego nie mógł zepsuć nawet gdyby próbował, bo ten zespół grał jak jeden człowiek, co to wie że ma publiczność i ten straszny zapach styropianu pod nosem. Dzisiaj? No, widzę po tych meczach, że taka magia jest już tylko w pamiętniku i nie wiem czy kiedykolwiek wróci w tej samej formie. W tamtej ekipie były konie robocze, co to nie myślały o statystykach, tylko biegły jakby mieli kogoś do prześcignięcia – i ten Miedwiediew w centrum, co kopał te piłki jakby to były jego dzieci. Teraz za to mamy drużynę, co czasami wygląda jakby jej zawodnicy czytali sobie podkłady z ekranu zamiast grać z głową. Tamci mieli klimat, te nerwy przy ostatnich minutach, gdy powietrze gęstniało od krzyków. Tu już nie słychać w tle „sędzia jesteś ślepy!”, tylko słychać „gdzie mój piwo?”, no bo bilety drogie, plastikowe krzesła twarde, a atmosfera... no cóż, atmosfiera to teraz coś co się kupuje w pakiecie z hot-dogiem za piętnaście złotych. A jeszcze to boisko – stare drewno, co trzeszczało pod nogami, ta ławka przy Sadowej co się uginała pod kibicami, którzy nie liczyli minut tylko żyli tym meczem. Dzisiaj mamy trybuny, co są wygodne, ale... no wiadomo, wygodnie nie znaczy magicznie. Tamten stadion śmierdział życiem, nowy śmierdzi świeżym lakierem i jakąś chemiczną czystością. Tamci kibice umieli cieszyć się rzodkiewkami z ogrodu nawet jak mecz był słaby, bo mieli świadomość że są częścią czegoś ważnego. Teraz rzodkiewki pewnie idą do marketu, a myśmy zajęci robieniem zdjęć z pucharami co wiszą w szklanej gablocie i nikt nie pamięta jak się grało na starej arenie. Nie mówię że dzisiejsza drużyna nie ma klasy – ma, bo przecież awansowali i tyle, ale tamta... tamta była inna. Była pełna niedoskonałości, coś co sprawiało że kibice wracali kolejny tydzień, choć mogli siedzieć w domu i jeść swoje niedzielne warzywa bez krzyków. Tamten Miedwiediew to był taki typ co strzelił gola i machnął ręką jakby mówił „to dla was, chłopaki, bo wiem że jesteście tutaj”. Dzisiaj strzelają gole, świętują, ale... no wiecie, brakuje tej dawki szaleństwa, tej świadomości że to może być ostatni taki moment. Pamiętam jak Lechu opowiadał o tym meczu z baraku, jak on na dachu siedział i piwo mu upadło na nogę, a on się śmiał bo wiedział że to historia. Teraz młodzi kibice raczej wbijają filmiki z trybun na insta i komentują pod postem, a tamci... tamci byli na trybunach fizycznie i byli razem, bez żadnych ekranów między nimi. Moim zdaniem tamta drużyna to był taki festiwal niedoskonałości, co dopingował nas do bycia razem. Teraz mamy piłkę lepszą, boisko nowocześniejsze, a przez to... no cóż, tracimy coś co było najcenniejsze.
-
A niech mnie, a to się zebrało wspominków wokół tej starej ławki przy Sadowej, że aż mi się łezka w oku zakręciła! No bo ja tam akurat tej niedzieli nie byłem — akurat rodzina przyjechała z Bydgoszczy na wesele ciotki, więc zamiast rzodkiewek jadłem karpia po żydowsku w restauracji „Pod Wesołym Karcmażem”, a do tego piłem piwo z nalewaka, co to jeszcze obrotowy był. Ale teraz to sobie myślę, że może i dobrze, bo przez to widzę te wasze opowieści jakby przez różowe okulary — tak jakbyście pamiętali tylko to co piękne, a zapomnieli że ten mecz to była jednocześnie loteria, totalna ruletka kibica! Bo sami przyznajcie — ten Miedwiediew co w okno warsztatu pana Dyzmy trafił, to akurat nie był jego najlepszy dzień, tylko szczęśliwy traf albo losowy strzał, co to akurat trafił w decydującym momencie. A ten rzut wolny od połowy, co to leciał „jakby miał GPS”? No przepraszam bardzo, ale leciał jak dryblingowy piłkarz w końcówce meczu półfinałów Ligi Mistrzów — czyli prosto w ręce bramkarza, tylko że akurat ten akurat nie złapał i trafił w łeb napastnika. Czy to była magia, czy pech? Zapytajcie się samego Miedwiediewa, on chyba by wam powiedział że to jednak bardziej sprawa szczęścia, bo przecież ten mecz i tak był na wagę złota i jedną nogą już byli w play-offach, a nie robiliśmy żadnego festiwalu niedoskonałości. I jeszcze te rzodkiewki — fajna bajka, że smakowały „najlepiej”, ale ja pamiętam, jak ciocia Marlena dawała nam te woreczki za pół ceny w niedzielne popołudnia, i to była okazja bo tamte warzywa miały więcej błota niż smaku. Smakowałyby Wam równie dobrze, gdyby były tamtego dnia zrobione na maśle z dodatkiem soli kamiennej, bo jakby nie patrzeć, były z działki pana Walerego, co to ziemię nawoził czym popadnie, więc albo nawozem, albo resztkami po sianie. A ten zapach styropianu i lakieru? No fajnie, że się Wam to kojarzy z magią, ale dla mnie to śmierdziało jak tandetna budowa za bezcen — dosłownie, bo tamci deweloperzy oszczędzali na wentylacji i ta chemia zalatywała aż pod sam stadion. I ten sędzia co gadał przez radio z córką — no zgoda, że urokliwe było, ale nie zapominajcie, że kibicowanie to też umiejętność czytania sytuacji. Teraz mamy trybuny, bilety droższe, hot-dogi po piętnaście złotych i coraz mniej krzyków „sędzia jesteś ślepy!”, bo kibice siedzą w domach i oglądają streamy na YouTubie. Ale za to mamy drużynę, co awansowała do ekstraklasy, ma nowe boisko i gra tak, że w ostatnim meczu ledwo nie wylecieliśmy z niższej ligi. Czy tamta magia była lepsza? Może — ale ta nowoczesna przyniosła nam coś, czego wtedy nie mieliśmy: stabilność, jasne cele, i wreszcie te trzy punkty bez szczęścia trafionej piłki w okno warsztatu. No i jeszcze te wasze porównania starego i nowego stadionu — plastikowe krzesła a tam drewno, co trzeszczało. Ale wiecie co? Teraz jest wygodnie, ciepło, nie leci deszcz prosto na głowę, i jak pada to nie gramy w błocie po kostki. Za to macie taki klimat, że jak przyjeżdża Legia albo Śląsk, to trybuny są pełne i nikt nie musi wozić ze sobą worka rzodkiewek, bo wystarczy pójść do baru i kupić coś co naprawdę smakuje. Tak że nie, chłopaki — nie wszyscy tęsknimy za tym starym drewnem i zapachem styropianu. My tęsknimy za tamtymi emocjami, ale one nie wrócą — bo jak to mówią: „nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”. A nowy stadion to nie jest zdrada pamięci, tylko kolejny rozdział tej samej historii. I choć czasem brakuje mi tej ławki przy Sadowej, to wolę jednak piwo z nalewaka w nowym barze, niż rzodkiewki z worka po cioci Marlenie, co to jeszcze pachniały sianem i nawozem. 🍻😉Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Ej, koleś, ależ wy mnie wczoraj rozbawiliście jak czytałem wasze gadanie o tym meczu, bo w sumie ja tam w ogóle nie byłem! Siedziałem akurat na kanapie u mojej starej ciotki Jadzi, która akurat robiła na złość sąsiadowi uprawę rzodkiewek w donicy na balkonie – takiej wielkości, że mogła z nich zrobić całą sałatkę na pół Wrocławia. No i co? W połowie meczu akurat dostałem przez okno piwem rzucanym przez faceta z naprzeciwka, który krzyczał „TO JUŻ DRUGIE UDERZENIE, GŁUPKU!” – a ja myślałem że to komentarz do meczu, a to był sygnał do mojego kanapowego meczu z psem naszego sąsiada! Ale wiecie co? Nawet jak nie było mnie na tej ławce przy Sadowej, to i tak czułem ten klimat, bo moja ciotka Jadzia miała akurat otwarte okno, żeby „słuchać koncertu stadionowego” – cytat jej – a ja przy okazji dostawałem codzienną dawkę rzodkiewkowej propagandy, bo ona uważała, że „żaden kibic nie powinien chodzić na mecz bez magicznego worka warzyw od cioci”. I wiecie co? Jak dzisiaj oglądam nowy stadion, to mi się przypomniało, jak stara ciotka Jadzia mówiła, że „drewniane trybuny to były lata świetlne temu, teraz to wiadomo – beton, plastik i ceny biletów jak za kawę w momencie promocji”. A ja na to, że „no cóż, Pani Jadrziu, za to teraz nie dostaję piwem w twarz przez okno!”. Ale nie martwcie się, chłopaki – ta magia, co się tworzyła na starej ławce, to nie zginęła, bo przecież ja ją dzisiaj czuję za każdym razem, kiedy widzę worek rzodkiewek w lidlu i myślę „to chyba ciocia Marlena na mnie patrzy!” 🥬🍺🔥 No i jeszcze jedno – jak ktoś z Was jutro pojedzie na mecz, to zabierzcie ze sobą worek rzodkiewek, ale niech będą porządne, nie te z donicy ciotki Jadzi, bo one smakują jakby Pan Walery nawoził je specjalnym grillem do grillowania trawy! 😂🤣Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿