Gdy Medvedev grał, trybuny szalały jak na Syberii w najzimniejszy dzień
pamiętam ten cholerny mecz z lokomotywem jak dzisiaj, miałem butelkę wódki i kiełbasę od sąsiada na trybunach, bo bilet to była majówka — a ten nasz kapitan, chudy jak szczapa, od razu schował piłkę między nogi jakby co drugi dzień strzela po 25 metrów, nie wiem co on tam myślał, że lufcik mu się zapali czy co... i jak strzelił — cholera, ludzie na całym stadionie wstali, sędzia chyba nawet odruchowo podniósł rękę, chociaż to był jeden do zero i osiemdziesiąt druga minuta, bo na szczęście nie skończyliśmy jeszcze pierwszej połowy. i jeszcze ten krzyk jakby syberyjski niedźwiedź obudził się ze snu zimowego... trafił w sam róg, bramkarz dopiero zaczął się obracać jakby mu nogi odmroził, a my wszyscy — kibice, weterani, ziomkowie z drugiego sektora — żeśmy zaczęli śpiewać taką naszą starą pieśń, którą to pamiętam z czasów jak jeszcze na piątym meczu w rundzie wiosennej byliśmy, bo już wiedzieliśmy, że ten gość potrafi
5 postów
-
✓Cholera jasna, a ja jeszcze w szatni przed meczem zapytałem gościa, czy on tam w ogóle widzi bramkę z takiej dali, bo facet strzelał oczami jak na spektakl i szepnął "spoko, dam radę" — i dał radę jakby mu Bóg buty podkładał 🔥💪 boże, ile ja wtedy nerwów miałem, że nie dostanie limo i padnie z podekscytowania jeszcze przed wejściem na murawę, a tu taki klasowy zwrot akcji! Siedziałem akurat na tej samej trybunie co facet od kiełbasy, tyle że ja miałem tylko piwo w kubku zamiast butelki, bo nie chciało mi się nosić, no i synek mnie dopingował że "tato, strzel mu!" i tak machał pomarańczową chustą że myślałem, że złapie jakiś zawrót i poleci na łeb — i jak ten strzał poszedł, to w pierwszej sekundzie nic nie rozumiałem, bo piłka leciała jakby w zwolnionym tempie, a potem BUM! wszyscy wstali jak jeden mąż, nawet ten emeryt obok mnie co to zawsze przeklinał na sędziego zaczął wrzeszczeć że "to goluuuuu!!!" i jakby ktoś kazał nam zaśpiewać pieśń, to my bylibyśmy ją wyli tak głośno, że ażby szkło popękało w oknach okolicznych bloków 😱🔴 no i ten krzyk z trybuny, cholera, ja sam miałem łzy w oczach, bo to był taki moment, że się zapomniało o tym, że jesteśmy na kibicowskiej, a wszyscy byliśmy tylko chłopami, którzy śledzili ten jeden strzał z całego życia — a on go tam wsadził jakby miał w kieszeni choinkowe ozdoby zamiast lęków!Swoich się nie zostawia.
-
słuchajcie, a ja tam byłem kiedy indziej, w tym sezonie co wyście wymieniali, tylko że zamiast kiełbasy miałem pączka z dworca, bo akurat była wielkanoc i te cholerne pączki do mnie przykleiły się tak, że przez pół meczu myślałem tylko jakby mi ten tłuszcz od klejenia nie wysiadł buty — ale dobra, zapomniałem o wszystkim jak tylko ten strzał poszedł, no i co? no i sędzia na szczęście gwizdnął od razu, choć facet z drugiego sektora krzyczał, że to faul, bo obrońca z lokomotywy zrobił jakieś dwie kroki w jego stronę, jakby chciał go pocieszyć albo co, a my to w ogóle nic, bo wiedzieliśmy swoje — wiem, wiem, stara szkoła, nikt wtedy nie gadał o VAR-ach, tylko kibole i gra, ale jak ten gol padł, to był taki huk na trybunie, że nawet ten pączek mi wypadł z ręki i poleciał prosto na łeb jakiegoś dzieciaka zza siatki, a on to podniósł i zaczął jeść jakby to była święta hostia, cholera jasna, naprawdę ludzie tracili wtedy głowy — no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ej, ale fajnie to teraz czytam, jak się tak cofa w czasie — no bo porównywać to co było z tym co mamy teraz to trochę jakbym sięgał po stare zdjęcie z wakacji i próbował opisać to samo miejsce teraz. Ta drużyna z tym meczem to był taki urodzony dryblas, nasz kapitan, co to umiał trafić z 30 metrów jakby miał GPS w bucie. Pamiętam, jak potem w szatni wszyscy mu gratulowali, a on tylko wzruszył ramionami i powiedział coś w stylu "no, akurat dziś trafiłem". Takiego luzu to teraz ciężko u nas spotkać. Obecna ekipa to już inna bajka — oczywiście, są waleczni, nie odpuszczają, ale nie czuć już tej magii, że jeden strzał i cały stadion staje w ogniu. Tamte derby to były takie widowisko, że nawet jak mieliśmy kiełbasy i pączki, to i tak na chwilę zapominaliśmy o tym, co jemy, bo ten jeden moment, ten jeden strzał, to było coś więcej niż mecz. Teraz to więcej walka o punkty, mniej te strzały z półdystansu, co rozpalają kibiców do czerwoności. No i jeszcze te bilety — wtedy to była majówka, ludzie na trybunach byli sobą, z rodzinami, ze znajomymi, a teraz to już rzadkość. Ludzie się rozproszyli, niektórzy starsi kibice nie dożyli już tych czasów albo nie mają siły na całe sezony. A nowi fani? No cóż, nie wszyscy umieją się tak wciągnąć jak wtedy, kiedy na trybunie obok sąsiedzi z kiełbasami i wódką dzielą się spostrzeżeniami na żywo. Ale mimo wszystko — fajnie, że wciąż gramy, że się staramy, że młodzież dociera na trybuny. Tylko szkoda, że nie ma już tej samej energii, co kiedyś. Tamten gol to był taki symbol tamtej drużyny — teraz to jakby ktoś inny nosił koszulkę z numerem tamtego kapitan i nie do końca umie oddać, co to znaczyło.
-
Ejże, a ja akurat wtedy miałem na sobie swoją najbrzydszą koszulkę – tę z dziwnym nadrukiem "Medvedev Forever" pożyczoną od kolegi, który ją dostał na jakimś marcowym meczu, kiedy temperatura była taka, że lód w kubku do kawy nie zdążył się w ogóle roztopić. No i co? Stoję sobie tak na trybunie jak ten biedny dzieciak z pączkiem w ręku – ale tylko ja miałem w kieszeni zapalniczkę, bo zapomniałem o zapałkach, no i miałem chustę zawiniętą na głowie, żeby mnie nikt nie poznał, bo akurat przegapiłem mecz poprzedni i bałem się, że mnie wyklną. A tu nagle – huk, krzyki, wszyscy wstają, a ja nic nie rozumiem, bo akurat kręciłem się między rzędami szukając swojego kubka z piwem, który mi gdzieś uciekł. Zobaczyłem tylko, że wszyscy dookoła mnie wyciągają ręce w górę, śpiewają i piszczą jak opętani, a ten mój kolega, co mu pożyczyłem koszulkę, akurat stał dwa metry ode mnie i darł się na całe gardło: "MEDVEDDEEEV VODOOOŁ!!!". Ja w tym momencie myślałem, że jednak powinienem był wziąć te zapałki, bo może jakaś płomienna przemowa by mi się przydała, skoro nikt nie reagował na moje "ej, co się dzieje?". No i jak ten strzał poszedł, to ja się tak wystraszyłem, że kopnąłem leżącą piłkę w stronę sąsiada, a ten od razu zaczął ją nosić na ramieniu jakby to była jego własna, a ja w tym czasie zrobiłem sobie selfie z psem, który akurat przechodził obok trybuny i miał łapy brudne od błota, bo pies kibiców widać wie, gdzie jest fajnie 🐕💦. A potem jeszcze ten pies dostał kawałek kiełbasy od faceta obok mnie – który akurat miał drugą butelkę wódki i stwierdził, że to najlepszy moment, żeby się napić "za zdrowie kapitana". Teraz jak to słucham, to myślę, że tamten gol to było coś więcej niż tylko trafienie z 30 metrów – to był moment, kiedy cała trybuna zamieniła się w jeden wielki syberyjski spektakl, a my wszyscy staliśmy się częścią tej magii... nawet ja ze swoją koszulką, która wcale nie była "Forever", tylko do prania. No ale cholera, nawet dzisiaj jakbym usłyszał to echo krzyków z tamtego meczu, to bym pewnie znów stanął i zaczął śpiewać razem z innymi – choćby po to, żeby ten pies mnie znów nie ugryzł za kiełbasę 😂🍻🔥