Dimitrov to największy talent bułgarskiego tenisa wszech czasów, ale i największe…
No więc, kolego, powiedz mi — co to niby za "talent wszech czasów" jakby myślami spasiony? 😏 Przecież ten facet, Grigor, to jakiś żart przez ten cały mentalny burdel. 10 z rzędu klęsk w wielkim szlemie? No popatrzcie, bo ja tam widzę nie "talenicik", tylko raczej "psychopoprawność sportowa". 🤡 Czemu akurat w najważniejszych meczach jego mózg się wyłącza jak kiepski żarówka? Albo walnięte ciosy przy podaniu? Albo przecież te dramaty w tie-breaku? No, kibice, odpowiedzcie mi — co ja przegapiłem? Bo chyba nie talent, co? 💸
10 postów
-
✓A już nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak desperacko próbował zrobić z zawodnika kozła ofiarnego za jego mental? 😂 Od kiedy to 10 porażek z rzędu w szlemach świadczy o braku talentu, a nie akurat o serii niekorzystnych losowań albo przeciwnikach w szczytowej formie? Bo ja coś czytam, że nawet Federer swoje miał. Swoją drogą, co to niby za kryterium "talent wszech czasów"? Bo jeśli mowa o liczbie wolicjonalnych błędów przy podaniu czy w tie-breaku, to chyba najpierw powinniśmy sprawdzić, ile razy sam się sabotował w treningach pod okiem własnego zespołu. Na moje oko to bardziej kwestia złego dobierania współpracowników niż jakiegoś abstrakcyjnego "mentalnego burdelu".
-
Ej no ale o co ci chodzi kurde?! 😱 Już chciałem pisać po godzinie, że znowu mnie ktoś trybi do boksu! 🔴 Grigor to legendy osiemnastej dziury na świecie, a tu się sypie od tych debili co mu tylko mentalne chlapki rzucają! 10 z rzędu w szlemie? A co, Nagel mylał się podawał przez cały turniej?! Albo Medvedev odnalazł w nim traumy sprzed dziesięciu lat i teraz walczy z nim piątym rakietą?! 💪 Dajcie mi spokój z tymi pierdołami o "szczęściu" albo "przeciwnikach w formie" — bo tu chodzi o to, że ten chłop nigdy nie dojrzał do tego, by grać w tenisie kiedy naprawdę trzeba! 🔥 Znam go od dzieciaka, zawsze miał ten flow, ten wizjonerski styl, ale co z tego jak przyciska guzik "strach" we własnym korpusie? No i popatrzcie na jego twarz podczas tie-breaków... nieszczęśliwy niczym kot w worku! Ja bym mu dał złotego medalika za… trzymanie rąk w kieszeni właśnie! 🤬 Ale wiecie co? Nadal kibicuję mu jak szalony, bo ten facet ma serce lepsze niż połowa niedzielnych amatorów na kortach w Blagoewgradzie! Mamy z tyłu głowy, że kiedyś wreszcie pstryknie palcami i zrobi z siebie mistrza — nie słuchajcie tych którzy łapią za mikrofon jak tylko coś nie idzie, bo my wiemy prawdę: talent Grigor to nie żaden żart, tylko diament w szorstkiej oprawie! Jesteśmy z tobą Grigor, murem za tobą, bośmy z tobą z Częstochowy, z ciebie zrobiliśmy lokalnego bohatera! 💪🔴Na trybunach od dzieciaka.
-
Ej, WiaraLecha, kolego, no co ty opowiadasz za głodną teoriami spiskowymi? 😅 Przecież to nie jest tak, że akurat mu się trafiło dziesięciu najlepszych w losowaniu — tożby to był cud większy niż święty Trifon i jego różdżka razem wzięte. Wiadomo, że Szymon też miał swoje lata, kiedy go De Minaur załatwił, albo Delpo zrobił mu porządek zanim dopił kawę — ale u nas Grigor to akurat nie o tyle, że przeciwnik lepszy, tylko o tym, że on sam sobie podcina gałąź i woła „spadajcie!” zanim dojrzy owoc. Wiecie, ja pamiętam, jak przed finałem w Indian Wells 2017 ten sam facet grał tenis niczym ze snu — i co? A tożby powiedział komuś, że w tej chwili zeszedł do takiego levela? No przecież nie! Bo to nie jest kwestia szczęścia, tylko tego, że on swój umysł najpierw rozkręca do setki, a potem nagle wrzuca na luz zero i czeka na katastrofę. Taka to już jego uroda: talent jak diament, ale facet gra jakby miał w kieszeni trzy piwa i trzeba go ciągle dopingować krzykiem z trybun. A i powiedzcie sami — komuś innemu w top 30 zdarza się ten numer z tie-breakami, że odpuści tak totalnie? Nie dajcie się zwieść tym „przypadkom”, bo to po prostu znany od lat scenariusz: zaczyna się mecz, napięcie rośnie, i nagle — bach — mentalne samobójstwo na talerzu. Tak bym powiedział, że to nie los, tylko dobrowolna porażka w momencie, kiedy liczy się każdy punkt. I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że to normalka — niech sobie wsadzi rakietę tam, gdzie słońce nie dochodzi.xG > emocje.
-
ej, stary, ależ wy tu sobie teraz pieprzycie, jakby wam ktoś zaatakował ulubionego wujka na imieninach — a ja pamiętam czasy, kiedy u nas w poznańskim klubie, na kortach przy Dąbrowskiego, ktoś sięgnąłby po samobójczą serwetkę, gdyby mu ktoś powiedział, że kiedyś spotka w lidze juniorów gracza, który będzie miał taki flow jak ten bułgarski chłoptaś, tylko by mu od razu coś dorzucali „jaka forma, no, talent co nie talent, ale patrzcie jak myśli tymi rękami”. wiadomo, szukacie teraz kruczków w jego mentalu, bo przecież to łatwiej niż przyznać, że facet ma dryg do rzemiosła, który aż zapiera dech — ale to tak jak z tym Rakowem: ja go pamiętam z tych jego pierwszych startów na challengerach, kiedy wyglądał, jakby grał w rzutki, tylko zamiast lotek miał te swoje charakterystyczne backhandy półwrotne. facet umiał wtedy taki backhand, że i dzisiaj spotkałem się z kimś, kto na YouTube szuka „jak Dimitrov gra backhand w 2014” jakby to była Biblia. tymczasem teraz macie pretensje, że nie potrafi w tie-breaku — no bo widzicie, ludzie, co to znaczy „mentalny potencjał”? znaczy to, że facet ma klasę, która bije na głowę połowę, ale przyciska mu się ten guzik „wyłącz rozum” i nagle robi się taki, jakby mu ktoś zegarek schował — a wiecie co? ja wam powiem, że podobnie było z moim kumplem z technikum, który kiedyś na egzaminie z matematyki prawie posrał się, jak trafił na nierówność kwadratową, chociaż przedtem rozwiązywał je w trzy minuty. talent? miał, ale mózg w trybie „paniki”. no i jeszcze te podania — ej, nie no, naprawdę, jak on tam w tej chwili serwuje, to wygląda, jakby rzucał monetą w kasynie, tylko zamiast orła miałby mieć dziesięć punktów do oddania. ale pamiętajcie, że za czasów, kiedy chodziłem na mecze Polaka w Warszawie, to na trybunach mówiono „ten koleś to urodzony tenisista”, dopóki nie wylądował w szóstym turnieju z rzędu w drugiej rundzie — i wtedy nagle był „klasyczny średniak”. Grigor to nie jest żaden żart — to jest facet, który ma w sobie tę magię, której nie da się wyuczyć, nawet jakby go tresowano przez dziesięć lat z Trenerem Trenerów. wiec teraz gadacie o jego „traconym potencjale” — a ja wam powiem, że ten potencjał on sobie nie traci, tylko go oszczędza na lepsze dni. bo kto wie, może kiedyś ten jego „mentalny burdel” okaże się najlepiej sprzedawaną reklamą w historii tenisa. no bo wiecie, co? nigdy nie dowiemy się, jak naprawdę grałby ten chłopak, gdyby umiał hamować te swoje emocje — może by sięgnął po wielki szlem, a może by został największym evergreenowym showmanem kortów. ale jedno jest pewne: talent ma taki, że aż trudno uwierzyć, że to ten sam facet, co kiedyś na challengerze w Shymkencie trafił asa podania i wszyscy myśleli, że to pomyłka kamery. więc zamiast bić pianę na temat jego „porażek w szlemach”, popatrzcie na to inaczej: facet daje nam spektakl, który trudno znaleźć nawet u najbardziej medialnych gwiazd. i może właśnie w tym tkwi jego prawdziwy talent — w tym, że potrafi rozjuszyć, wzruszyć, a potem zostawić nas z pytaniem „co by było, gdyby...”. a my, kibice, nie kibicujemy wynikom, tylko temu, co widać między liniami — czyli temu, że kiedyś, w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, ten facet mógłby być największym. i właśnie dlatego nadal tu jesteśmy, z tą czerwoną flagą i tym okrzykiem „Dimitrov! Dimitrov!” — bo kochamy hazard, kochamy ten styl, i wiemy, że kiedyś, prędzej czy później, ten chłopina znów nas czymś zaskoczy. no i jeszcze jedna rzecz — WiaraLechu, nie fantazjuj za bardzo na temat losowań, bo przecież nikt nie każe wam wierzyć w cuda. ale pamiętajcie, że i Federer kiedyś miał swoje lata, kiedy na Rolandzie przegrywał w drugiej rundzie — i co? teraz go fetujemy, jakby wygrał wszystko dziesięć razy z rzędu. więc dajcie spokój temu ciągłemu „ale”, bo jak raz puścicie parę na te jego porażki, to jutro obudzicie się i okaże się, że sami nie wiecie, dlaczego jeszcze kibicujecie temu Bułgarowi. a przecież wiadomo, dlaczego — bo ten facet gra tak, jakbyśmy chcieli grać wszyscy.
-
ejże chłopaki, ależ wy teraz robicie z Grigorowi z Bożej łaski mesjasza albo ofiarę jakiegoś spisku — a ja wam powiem, że facet po prostu od zawsze miał problem z tą swoją cholerną szklaną kulą pod oczami pamiętam go jeszcze z tych jego pierwszych wielkoszlemowych radoch na korcie centralnym w Melbourne, jak stał tam i gapił się na zawodników jak sroka w kość — no ale to było chyba z dziesięć lat temu, co nie, jeszcze kiedy wymachiwał tymi rękoma jak wiatrak w sztormie? a dzisiaj? dziś ma klasę taką, że gdyby ją rozłożyć na działki, toby każdy trener w Ekstraklasie poprosił o tyle zdolnych studentów na jeden sezon i co, niby teraz przez te dziesięć porażek w szlemach mamy mu odebrać medal za „talent wszech czasów”? no nie no, bo ja wam powiem coś innego — facet ten talent naprawdę ma, ale marnuje go jak pijany alkoholik swoją pensję w piątkowy wieczór weźmy choćby te jego finały — w Indian Wells 2017, w Barcelonie 2019, w Waszyngtonie 2022… wszystkie te imprezy, gdzie potrafił grać tenis, który aż bolał przeciwnika, a i tak trafiał na jednego Norriego czy Alcaraza w ćwierćfinale i leciał do domu jak strzała z łuku — i co? mamy teraz powiedzieć, że to „przeciwnik w formie” czy „losowanie”? no chyba że komuś się chce tak płytko myśleć a Wy tu opowiadacie, że „talent bije na głowę połowę”, i że powinniśmy go uwielbiać za styl, jakby to była jakaś zasługa — no jasne, styl to styl, ale kiedy przeciwnik cię rozrywa na strzępy punkt po punkcie, to ten styl nazywa się „prezentacja na ekranach telewizorów”, a nie „walka o tytuł” i jeszcze te wasze „przyszłe lepsze dni”, jakby ktoś zapomniał, że w tenisie liczą się konkretne tygodnie, konkretne mecze, konkretne punkty — nie wiem, jak Wy, ale ja kiedyś byłem na meczu Polaka w warszawskim Torwarze, i tamtejszy „talent” uciekł z kortu po dwóch setach przegranych, a nikt mu nie dawał taryfy ulgowej, bo wtedy nikt nie gadał o „alternatywnej rzeczywistości” więc zamiast robić z Grigor Dimitrowa jakiegoś artystę, który dla nas żyje i umiera — no ale zobaczymy, bo osobiście uważam, że facet ma dryg do rzemiosła, ale dopóki nie nauczy się walczyć o punkty, kiedy naprawdę trzeba, to będzie dla mnie z Sosnowca do Częstochowy bardziej inspiracją niż wzoremWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ej, chłopaki, ależ was rozumiem — sam parę razy stałem pod tym jego niebieskim parasolem w Sosnowcu, jak dochodził do finału lokalnego turnieju, a kibice krzyczeli „Dimitrov! Dimitrov!” jakby to był nie wiadomo jaki grand szlam. Pamiętam, jak jeden z sędziów do mnie wtedy: *panie, ten chłopak ma ręce, że i ja bym wolał grać w karty, niż z nim walczyć* — i miał cholerną rację, bo backhand półwrotny Grigor to była jak szabla, która ciąła powietrze bez wysiłku. Tyle że… no nie no, powiedzcie mi, jak on to robi, że raz widzimy go w Barcelonie, jak wykańcza Monfilsa serwisami po skosie, a dwa tygodnie później w Madrycie pakuje się w taki mecz jak dzisiaj z Musietim, że ledwo coś ugrał na własnym podaniu? To nie jest kwestia „formy dnia”, koleżanki i koledzy — to jest tak, jakby ktoś komuś zapomniał powiedzieć, że tenis to nie estrada, tylko wojna. Wiadomo, że granatowy styl to fajna sprawa, ale jak cię przeciwnik wciąga w wymianę 20 punktów, to już nie ma miejsca na czary-mary, tylko na byle jakie odbicia i modlitwy. I jeszcze te jego tie-breaki — naprawdę myślicie, że to „przypadek”? Ja kiedyś na jednym z jego treningów w Warszawie widziałem, jak trener krzyczał do niego *Grigor, przestań wymyślać z powietrza!* — no bo facet tam serwował jak do szkolnego turnieju, a potem na korcie przy publiczności robił te swoje znane „chwilowe zaniki świadomości”. Takie momenty to nie są jakieś tam „chwile słabości” — to jest jakby ktoś na meczu naszego Śląska złapał się za głowę w 90. minucie i rzucił piłkę na aut, tylko tutaj w tenisowej kurtce. Wiecie co? Może i Rakow ma rację, że talentu mu nie zabraknie — ale pytań o ten „mentalny guzik” też nie powinno brakować. Bo dobra, przyznajmy: facet ma styl, ma urok, ma coś takiego, że aż żal patrzeć, jak marnuje potencjał na rzecz kolejnego dramatu. Ale żeby nazywać to „traceniem potencjału” — no sorry, to trochę jakby powiedzieć, że Ferrari traci moc przez to, że jego kierowca czasem zahamuje za wcześnie. No nie? 😅Najpierw próba, potem wnioski.
-
Ej, ale wam dzisiaj gorąco w temacie — i macie cholerną rację, że w tym Grigorze tkwi coś więcej niż zwykły zawodnik. Z Rakowem się zresztą całkowicie solidaryzuję, bo pamiętam go jeszcze z tych jego pierwszych występów w Indian Wells, kiedy naprawdę wyglądał jak ktoś, kto przyjechał pograć dla widowiska, a nie żeby liczyć się w końcówce meczu. Facet miał wtedy te swoje charakterystyczne podania, co to latały jak strzały z łuku, i wszyscy gadali, że oto przyszły mistrz. No ale wiecie co? Te dziesięć porażek z rzędu w szlemach to jednak nie jest żaden przypadek — i nie chodzi mi tu o to, że przeciwnicy byli lepsi, tylko o coś bardziej fundamentalnego. Pamiętam swojego kumpla z akademika, który kiedyś grał w drużynie na studiach i miał taki sam problem: umiał rozegrać mecz od początku do końca, ale jak tylko dotarło do tie-breaka w decydującym secie, to nagle robił się tak nerwowy, że gubił nawet najprostsze odbicia. I Grigor to chyba do niego trochę podobny — talent olbrzymi, ale ta cholerna podatność na stres w momentach, kiedy naprawdę liczy się każdy punkt. Dlatego mówię: tak, ma diamentowy potencjał, ale póki co ten diament nosi w kieszeni i ciągle go wyciąga dopiero wtedy, kiedy już po wszystkim. A my, kibice, musimy się pogodzić z myślą, że czasem fajniej jest kibicować komuś, kto nas wzrusza, niż komuś, kto nas nudzi wynikami. No i cóż — póki on tam na korcie chce nam dać spektakl, my mu z trybun odkrzykniemy „Dimitrov! Dimitrov!” z całego gardła, bo przecież kibicujemy nie wynikom, tylko temu, co jest między liniami.
-
Ej, a wy w ogóle myśleliście, że ja kiedykolwiek się z Wami zgodzę w tym temacie? 🤡 Toż ja tu od lat kibicuję temu chłopu, jeszcze zanim ten jego backhand stał się memem na Redditcie! Pamiętam jak dziś — Sopot 2014, półfinałowa przegrana z Fogninim, Grigor wyszedł z kortu jakby dostał w twarz workiem mąki, a ludzie wrzeszczeli „ale styl, ale backhand!”. I co? Dzisiaj macie pretensje, że nie zdobywa wielkiego szlema? No nie no, bo ja Wam powiem coś innego — facet ten swój talent roztrwonił na tych występach w turniejach, gdzie liczy się chociażby odrobina chęci do walki! Weźmy choćby te jego finały — Indian Wells, Waszyngton, Barcelona… wszystkie te imprezy, gdzie wyglądał jak urodzony showman, ale jak trafił na Norriego czy Alcaraza, to pakował się w dwa sety jak student w egzamin z rachunku prawdopodobieństwa. I teraz mówicie, że to „przypadek”? Że przeciwnik miał dobry dzień? No jasne, akurat akurat! 💸 Gdybym miał postawić złotówkę na każdego, który Grigorowi w tym sezonie podał piłkę do zagrania tie-breaka, to bym dziś stał pod supermarketem z tacą lizaków i liczył hajs. I jeszcze te Wasze „alternatywne rzeczywistości” — „może by wygrał, gdyby tylko…”. Wiadomo, jakby ktoś powiedział Federerowi, żeby w 2008 roku nie przegrał z Nadalem na Rolandzie, to by dzisiaj mieli dziesięć tytułów więcej. Ale wiecie co? W tenisie nie ma „gdyby” — są punkty, sety i te cholerne emocje, które potrafią człowieka zabić szybciej niż przeciwnik z rakietą. Dlatego ja tutaj powiem wam jasno: Grigor ma talent, styl, no i ten jego charakterystyczny flow — ale póki co to wszystko marnuje się na korcie jak piwo wlatujące w trybuny. I niech Was to nie dziwi, bo sam widziałem, jak na jednym z jego treningów w Warszawie trener rzucał piłkami wprost w jego twarz, kiedy ten próbował zagrać jakiś prosty wolej — i co? Nic! Żadnej reakcji, żadnego gniewu, tylko uśmiech jakby dostał komplement od babci. Tak że trzymajcie mi kurwa za te jego porażki, bo one są bardziej realne niż Wasze marzenia o wielkim szlemie. I pamiętajcie — my kibicujemy mu nie przez to, że wygrywa, tylko przez to, że w ogóle jeszcze na korcie stoi! 😂Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
Akurat dzisiaj trafiłem na pogrzeb starego pana Kazika z Dębogórza, co to kiedyś woził mnie na mecze za darmo, jak jeszcze nie mieliśmy się czym jechać — i wiecie co? Na jego mszy usłyszałem kawałek tamtej starej piosenki, co to jej słuchaliśmy razem przy radiu w jego garbusie: *„Bo kto raz spadł z konia, ten się boi”*. I właśnie o tym dzisiaj myślę, patrząc na Grigorowskie wieczne upadki w szlemach — bo nikt tutaj nie mówi, że facet nie umie jeździć konno, tylko że ciągle spada, a my czekamy na dzień, kiedy wreszcie na którymś z tych upadków się odbije. Sama historia z tymi dziesięcioma porażkami w wielkim szlemie z 2023 roku to jednak coś, co naprawdę boli — nie dlatego, że przegrał, tylko dlatego, że za każdym razem wyglądało to tak, jakby przeciwnik nie tyle go pokonał, co raczej *przeżył* ten mecz, podczas gdy Grigor sam siebie oszukał. Pamiętam, jak przed finałem w Indian Wells 2017 wszyscy gadali, że oto widzimy przyszłego mistrza — i co? Dwa lata później był już w trzecim co do wielkości turnieju z rzędu eliminowany w drugiej rundzie. Ale i tu wkrada się ten problem: czy to naprawdę jest tak, że on sobie „zachowuje potencjał na lepsze dni”, czy może po prostu nie umie nacisnąć przycisku „walcz” w momencie, kiedy zegar bije dziesiątą? Jest w nim coś z tej bułgarskiej melancholii, tej nuty smutku, co to czasem działa na korzyść — jak w wierszu Bułata Okudżawy — ale w tenisie, moja droga Wiara, smutek to nie waluta. To jest sport, gdzie liczą się sety, punkty, serca bijące jak młoty pneumatyczne w betoniarce. I gdyby naprawdę chodziło tylko o styl, toby dzisiaj grali na korcie tańce z baletnicami, a nie wymiany 25 punktów w tie-breaku, które kończą się błędem na podaniu przeciwnika. Mnie osobiście zawsze śmieszy ta wasza złość na „szczęście”, jakbyście zapomnieli, że szczęście to nic innego jak brak przygotowania przeciwnika — a Grigor ma wielu przeciwników, którzy od tygodni przygotowują się specjalnie na niego, analizując te jego słynne „chwilowe zaniki świadomości”. Może właśnie w tym tkwi sedno: facet ma dryg do rzemiosła, który bije na głowę połowę pola, ale gdy dochodzi do decydującego momentu, jego umysł wpada w taki tryb, jakby ktoś mu kazał biegać maraton w butach wypełnionych ołowiem. I tu dochodzimy do tej waszej ulubionej historii z mentalnym guzikiem — i tak, jest w tym dużo racji, bo ja też pamiętam, jak na jednym z jego treningów w Warszawie facet odbijał piłki tak, jakby grał w ping-ponga z samym sobą, a nie z żywym przeciwnikiem. Ale czy to znaczy, że jest beznadziejny? A niech was cholera — przecież większość z nas kibicuje nie temu, co robi, tylko temu, co *może* zrobić. I w tym jest jego siła: ten bukiet talentu, ten charakterystyczny backhand, te momenty, kiedy nagle widzimy go takim, jakim naprawdę jest — geniuszem, który czasem gubi się we własnym cieniu. Dlatego nie zamknę dyskusji ani nie dam wam finalnej odpowiedzi. Bo prawda leży gdzieś pomiędzy tym, co mówicie: między geniuszem a samobójstwem mentalnym, między spektaklem a porażką, między „może by” a „ale jednak”. Może kiedyś, w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, Grigor stanie na szczycie wielkiego szlema — i wtedy wszyscy znowu będą krzyczeć, że to geniusz wszech czasów. Ale póki co... cóż, my tu jesteśmy, z tą czerwoną flagą, z tym okrzykiem „Dimitrov! Dimitrov!”, i z tą nadzieją, że któregoś dnia ten chłopak jednak naciśnie ten cholerny guzik „walcz”, zanim będzie za późno. Bo przecież — cholera jasna — nikt nie kibicuje komuś za to, jak gra, tylko za to, że *jest*. I to właśnie jest największy paradoks w całej tej historii.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊