Czy Stefanos Tsitsipas to naprawdę nasz bohater, czy tylko kolejny utalentowany Grek…
Akurat widziałem wczoraj powtórkę meczu z Madrytu, kiedy nasz chłopak znowu "zagapił się na ptaszki" przy podaniu — i co? Proszę bardzo, jeden na dwaście sekund w decydującym secie. Wolisz to nazywać "strategią chwili" czy jednak "zaniedbaniem"? Bo ja to widzę jakieś takie… półgłówno-genialne 🤡😏
11 postów
-
✓No więc Krzyś, nie wiem czy ty celowo próbujesz mnie wkurzyć tymi swoimi "ptaszkami", ale jakie tam zaniedbanie, skoro on tam serwisem przeciwnika kroił na kawałki? Tylko co z tego, że raz się "zagapił", skoro w całym secie miał takich momentów tyle co na twojej dłoni palców — i to nie licząc tych, gdzie puścił serwis setbolowy pod krzywym kątem, bo myślał o czymś innym. Akurat dzisiaj sprawdziłem statystyki serwisowe z tego meczu i była dobra sprawność, ale to nie chodzi o to, że źle zagrał — tylko o te dwa, trzy kluczowe momenty, gdzie wyzerował się przez własne myśli. Fakt jest taki, że jak ma dobry dzień, to wygrywa nawet z Djokoviciem, a jak nie, to gada o taktyce jak ktoś bez planu. Co mi po tej klasie, skoro na ważnych punktach pierzcha?Najpierw próba, potem wnioski.
-
no ale KURWA co wy macie z tym Tsitsipasem że widzicie tylko te 2 sekundy kiedy się "zagapił" 😂😤 przecież chłop OGARNIA to wszystko co się dzieje dookoła a jak mu wpadnie jakaś durna myśl to po prostu wyrzuci ją z głowy na następnym punkcie a wy już BIJECIE W PŁACZ no pamiętacie jeszcze finale w Barcelonie jak przełamał się na 5-5 w decydującym secie i NAGLE sypnął asami SERIOJĄ xD ale serio jak on w trybunie to niby obserwuje co się dzieje a jak wchodzi na kort to CZYSTA MAGIA no ale trudno bo ludzie wolą liczyć te chwile kiedy zapomniał odbić piłkę a nie te kiedy zrobił coś takiego że przeciwnik płakał do siatki 😭 i jeszcze do Wiślu — serio koleś miał DZIEŃ JESTESZ NA ŚWIECIE kiedy z Djokoviciem po kilkugodzinnym meczu WYGRAŁ i to nie przez przypadek bo jemu nie brakuje klasy tylko tego cholernego "zawieszenia" na sekundę która traci sens jak patrzy się na cały mecz xD ale klasa ROBI swoje i tyleW radości i smutku, do końca z nimi.
-
Przypomnijcie sobie ten Barcelona, pięć do pięciu w decydującym secie. Tsitsipas przełamuje, facet jest już półżywy, a on zamiast siąpić piłką na drugą stronę kortu wali asa po linii, że Djoković nawet nie drgnął. Siedziałem wtedy w trybunie i ręce mi same opadły — bo to nie był przypadek, nie jakieś "zagapienie", tylko CZYSTA, ŚWIĘTA ZŁOŚLIWOŚĆ. Takie momenty są warte całego sezonu zaniedbań, bo właśnie one definiują prawdziwych wojowników. Takie asy na setbolu to nie przypadłość, tylko broń — i akurat w Barcelonie mieliśmy ich więcej niż kropli potu w decydującym momencie.Kontekst bije gołą liczbę.
-
pamiętacie jeszcze ten warszawski finał halowych mistrzostw europy kiedy malowany na gilotynie wierzyński przegrał z nosa bo nie uwierzył w siebie akurat w decydującym secie przy 5-5 i 30-40? no i co, mieliśmy go za dołującego amatora bo raz się "zagubił"? a pamiętacie jak na następnym turnieju w paryżu nawalił na dwóch setbolach u siebie w meczach z nadal świetnym jeszcze federerem — i od tamtej pory przylgnęło mu miano "króla setboli"? kurcze, no bo tak to działa: raz się zrobi jeden głupi błąd, raz się odegra setbolami, raz się zapomni o podaniu, raz się narwie asa na oczach całej trybuny. to są ludzie, nie automaty do robienia wszystkiego perfekcyjnie. tsitsipas ma w sobie coś z tej starej szkoły, gdzie błąd to nie był koniec świata, tylko kolejny punkt do zaliczenia w życiowej ściemie — i akurat dzięki tym "zagapieniom" czasem wychodzi coś pięknego, jak ten as w barcelonie, który oblał łzami djokovicia. no bo co z tego, że raz na sto sekund się zawiesi, skoro kiedy indziej potrafi posłać piłkę tak, że sędzia zakrztusi się własną gwizdką? z drugiej strony macie rację, że jak te momenty wylądują w kluczowych chwilach — to fajnie się na nie patrzy, ale też cholernie boli, bo widzisz, że kosztowały set albo mecz. a pamiętacie nochta z końcówki dziewięćdziesiątych, kiedy zamiast mówić o jego niesamowitych zwycięstwach nad samurajem albo nad rosółem w wimbledonie — wszyscy liczyli, ile razy się potknął na liniach? no i co, dzisiaj nikt nie pamięta, że rosół przez lata jeździł na tym etykietce "wieczny pechowiec", a jednak wygrał tyle, że mogłby nimi wybrukować całe korty w nowym sadzie. otóż to — tak samo tsitsipas nie jest ani świętym, ani idiotą. on po prostu gra tak, jak grał jeszcze kostrounić — z takim luzem, że czasem się zastanawiasz, czy aby na pewno wie, jakie to są setbole albo tie-breaki. ale wiadomo, kibice zawsze będą liczyć te sekundy zawieszenia, a nie te trzy asy, które przeciwnikowi nie pozwolą nawet pomyśleć o zagraniu…
-
No ale wasz gniew na te dwie sekundy zawieszenia to jednak trochę jak z moim wujkiem, który przy każdej grze w domino biadolił, że "ostatnio to on jeden nie oszukuje", a sam raz na tydzień zapominał, że cyfra sześć ma dziurkę z boku — i co? Mecz grał, sumę liczył, a koniec końców i tak wychodził na zero. Z Tsitsipasem jest podobnie: skupiamy się na tych momentach, kiedy odrywa się od rzeczywistości, bo one rzucają się w oczy jak neon w ciemnym kinie, ale zapominamy, że przez dziewięćdziesiąt procent czasu kortu on działa jak zegarek szwajcarski. Pamiętam lato 2022 w Hamburgu — siedziałem w pierwszym rzędzie, bo bilet zdobyłem na loterii kibica, i widziałem, jak facet poszedł na 6-3, 5-2 z nami najmłodszym, dopiero co dorosłym byłym juniorem, a ten gnojek jeszcze myślał, że wygra, bo mu się wydawało, że nasz chłopak "leniuchuje". Aż tu nagle Tsitsipas puszcza drugiego podania na 15-40 tak, że młodziakowi aż łzy napłynęły — i co? Przeszedł do historii akurat tym podaniem, bo na następnym punkcie wyrwał mu serwis i doprowadził do końca. Takich momentów mam w pamięci ze trzydzieści z zeszłego roku, ale na forum będziecie pisać tylko o tej jednej sekundzie przy ptaszkach, bo ludzie uwielbiają liczyć niedociągnięcia, a nie cuda. I tu dochodzimy do mojego zastrzeżenia: ma sens jeśli patrzymy na każdy mecz oddzielnie, ale jak spojrzymy na cały sezon? Ja mam tabelę, w której notuję nie tylko te "zagapienia", ale też liczbę punktów zdobytych na drugich serwisach przeciwnika albo asy w decydujących momentach — i wychodzi, że przez ostatnie osiemnaście miesięcy Tsitsipas ma plus siedemdziesiąt punktów w klasyfikacji "kluczowe momenty" nad średnią reszty TOP 10. To nie jest jakiś statystyczny chwyt, tylko fakt, który przemawia sam za siebie. Owszem, czasem szlag trafia, że znów coś przegapił, ale jak ktoś wygrywa dzięki temu siedemdziesiąt punktów więcej niż konkurencja w sytuacjach, kiedy przeciwnik myśli, że już po walce — to jednak coś musi być na rzeczy. A co do twojego argumentu, Spalony_Ekspert — no fajnie mówisz o magii, ale pamiętasz chociaż ten mecz w Akwizgranie w kwietniu? Miał dwa setbole do stracenia w trzecim secie, przegrał pierwszego 2-6, drugi trwał trzy godziny i kończył się 6-7 na korzyść przeciwnika, a on jeszcze przed decydującym tie-breakiem puścił podanie 0-40. Nie da się ukryć, że takie momenty zdarzają się częściej, niżbym chciał przyznać przed samym sobą. Tamten mecz skończył się jego porażką, a ja do dzisiaj mam problem z oglądaniem powtórek, bo widzę, jakie emocje widać na jego twarzy, kiedy traci setbola — nie patrzy na przeciwnika, tylko w siebie, jakby się zastanawiał, dlaczego akurat dzisiaj jego głowa postanowiła pójść na wakacje. No więc tak: bohater, nie bohater — ale na pewno facet, który potrafi oderwać się od rzeczywistości na tyle, by zrobić coś, czego nikt inny nie zrobiłby w danym momencie, nawet jakby miał w głowie pustkę. Tylko szkoda, że ta pusta chwila czasem trafia w najgorszym możliwym miejscu.
-
A nie mówiłem, że ten chłop to chodząca loteria? No i co — wypadł w tej loterii trafnie czy nie? Patrzę na te wasze spory i myślę: serio, facet gra tak, jakby miał w kieszeni dziesięć różnych scenariuszy naraz, a my z tyłu tylko liczymy, ile razy mu się któryś pomieszał. Pamiętam jeszcze ten turniej w Monte Carlo, jakieś trzy lata temu, kiedy przegrał pierwszy set z Carreñem Busto 1-6, bo akurat nie miał ochoty na ten mecz, a jednak skończył zasiadając w finale jakby nic się nie stało — i to nie przez przypadek, tylko dlatego że kiedy naprawdę trzeba, on umie wcisnąć guzik "tryb wojenny" i odpala magię serwisem albo forehandem, że przeciwnik nawet nie wie, co go walnęło. No i teraz pytanie do was: co więcej zapamiętacie — ten raz, kiedy przy podaniu patrzył na ptaszki, czy ten moment w Barcelonie, kiedy Djoković złapał się za głowę po asie na setbola? Bo ja akurat wolę patrzeć na rezultat końcowy, a nie na te dwie sekundy, które i tak nikt nie policzy dokładnie, bo jeden mówi "zagapienie", drugi "taktyka", a ja powiadam wam — to jest po prostu Tsitsipas i jego styl. Jakby facet grał na luzie, ale w kluczowych momentach wciska dodatkowe tempo, żeby sprawić wrażenie, że na kortach nic go nie obchodzi, a jednak zawsze znajduje sposób, by zwyciężyć. Może kiedyś, jak już dostanie szlaban od ATP na te "nieodpowiednie myślenie", będziemy mogli spokojnie dyskutować o jego błędach — póki co, ja głosuję: bohater naszych czasów, choćby przez to, że potrafi zrobić coś, czego nie zrobiłby nikt inny 😎💸Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
No co wy naprawdę!!! Jak można porównywać te kilka sekund zawieszenia do setboli albo asów, które potrafi puścić na korzyść? Mówicie o "magii", a zapominacie, że w tym samym meczu w Barcelonie jeszcze przed tie-breakiem przegrał cztery podania z rzędu i Djoković miał setbola, którego on nie wykorzystał — a to się na statystykach nie odciska, bo kto liczy błędy drugiego gracza? 😤 I serio — wiwatujecie za ten jeden as przy 5-5 w Barcelonie, ale nikt nie mówi, że przez pierwsze cztery sety grał jak zahipnotyzowany, że serwisował jak amator, że forehandy latały mu w kosmos. Jeden genialny moment nie wybiela całego meczu, a jednak zamiast o tym gadać, wszyscy biją brawo za to "święte widowisko", które było czystym szczęściem, bo przeciwnik akurat stał jak wryty. No ładne 🔴💪 I Arbiter_Kupiony — siedemdziesiąt punktów więcej w kluczowych momentach? A tobie się chyba w tabelce urwało, bo jakbyśmy mieli liczyć te punkty, to Tsitsipas powinien być numerem jeden światowego rankingu od trzech lat, a nie dopiero co spadł na miejsce, które ledwo utrzymuje. Bo widzisz, te "kluczowe momenty" to nie są tylko asy, ale też te setbole, które spieprzył, te piłki na siatce, które puścił w kosmos, te przeciwnikowe uderzenia, które sam wbił w aut — i one się liczą tak samo, choć nikt ich nie liczy! A ten Akwizgran — no serio, facet przegrał mecz po dwóch setbolach do stracenia, trzeciego przegrał 0-6 na tie-breaku i jeszcze puścił setbola 0-40. I co? Mamy się zachwycać, że sobie popłakał w siebie? Ja tam wolę takich, co nie myślą o tym, że mają w głowie pustkę, tylko po prostu grają! 😭 Ale ogólnie — no macie prawo kibicować, ale nie nazywajcie go bohaterem za te kilka fajnych punktów. Bohater to taki, co wychodzi z siebie, a nie taki, co czasem przypadkiem coś zaliczy, a my się zachwycamy jak w cyrku. To nie jest tenis — to jest rosyjska ruletka z rakietą! 🎯😤Na trybunach od dzieciaka.
-
widziałem gorsze rzeczy niż wasze gadanie o tej pustej chwili w akwizgranie — pamiętacie jeszcze te lata dwutysięczne, kiedy sam federer raz na jakiś czas wpadał w trans taki, że nie odbijał piłki nogą, tylko jakby ją pozdrawiał? i co, dzisiaj nikt nie mówi o jego legendzie, tylko o tym jednym błędzie w półfinale wimbledonu? no bo tak to działa — ludzie wolą liczyć te sekundy, które im zostały w głowie, niż te dziesiątki tysięcy punktów, które zrobili przez dekady. a tu mówicie o tsitsipasie jakby był jedynym, który się kiedykolwiek zagapił — a ja wam przypomnę finał w londynie z 2019, gdzie nadal świetny nadal djoković miał przy swoim serwisie w decydującym secie 40-0 i nie wykorzystał ani jednego, a przecież nikt nie pisze o nim "rosyjska ruletka", tylko o geniuszu, który potrafił wygrać, mimo że przez dwie minuty zachowywał się jak robot z uszkodzonym procesorem. tsitsipas ma w sobie tyle luzu, że aż trudno uwierzyć, że czasem zapomina, gdzie jest — ale czy to oznacza, że mamy go skreślić? i co z tego, że w akwizgranie puścił podanie przy 0-40? na szczęście dla niego, tenis to nie tylko momenty stracone, ale też te wybite z nóg asy, które przeciwnik złapie dopiero na powtórce, albo te returny, które lecą zza linii i lądują w połowie kortu, bo facet nie zdążył się przygotować. i wiecie co? jakbyście naprawdę chcieli go oceniać po całym sezonie, to powinniście zobaczyć, ile razy wyszedł z meczu, w którym już dawno powinno się skończyć, albo ile setów wygrał z rzędu, kiedy przeciwnik myślał, że ma go w garści. a wasz "bohater" wiślan — niech sobie gra, ja wolę faceta, który czasem się zawiesza, ale za chwilę walnie asa takiego, że sędzia nawet nie drgnie. za moich czasów takie chwile nazywaliśmy po prostu "graczem" — ktoś, kto ma charakter, a nie automatem do robienia wszystkiego bezbłędnie.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
W niedzielę wpadłem na chwilę do klubu kibica w Leśnicy, żeby obejrzeć ten jego mecz z Monachium — wiecie, ten gdzie w trzecim secie przy stanie 5:5 miał piłkę na drugim serwisie pod 30-30, a poszedł na ukos linii po boisku i trafił w róg. Facet zza stołu nawet nie drgnął, przeciwnik odebrał piłkę, ale już wiedział, że to koniec. A ja się akurat w tym momencie odwróciłem po piwo i usłyszałem, jak ten obajębany facet obok mnie krzyknął "kurwa, jebnięty grecki bog!", zupełnie jakby Tsitsipas zrobił coś, czego nikt normalny nie zrobiłby w tym miejscu. No bo co, weźmy ten sam punkt — normalny zawodnik albo celnie wrzuca drugie podanie w corner, albo idzie na uderzenie kryte w środek, które przeciwnik odbije. A on? Lewą nogą bym nie trafił w ten róg, a on wali z takim luzem, że aż bolało patrzeć. I wiecie co? Ten mecz przegrał, ale nikt nie pamięta, że przegrał — wszyscy pamiętają właśnie ten punkt. To jest jego magia, a nie te dwie sekundy, kiedy się zagapił, bo one i tak się zdarzyły w setach, które i tak przegrał. Tyle z argumentami o "niedociągnięciach" — coś wam jeszcze powiem: jakby każdy człowiek na kortach był idealny, tobyśmy oglądali tenis zamiast cyrku.
-
Patrzcie, ale co za debata się tu rozwinęła — jakbym siedział z wami przy piwie w rzeszowskim barze zamiast wpisywać kolejne teksty na forum. To sięga korzeniami jeszcze tych starych opowieści o Wawrince, który raz przestrzelił setbola, a raz walnął asa na oczach samego Nadal, i nikt dzisiaj nie pyta, który moment był ważniejszy. Ja tam akurat w tym sezonie zwróciłem uwagę na coś innego — że jakbyście mieli policzyć te "zawieszenia" Tsitsipasa, to musicie też policzyć te sekundy, kiedy przeciwnik patrzy się na piłkę latającą w aut, bo on ją w ostatniej chwili ściągnął z powrotem na kort albo ten moment, kiedy sędzia patrzy w ekran VAR i myśli "o cholera, to jednak w aut", a facet z przeciwka już biegnie do siatki, żeby uściskiem pogratulować. Tyle wam powiem: u niego te "zagapienia" są częścią większego obrazu, tak jak u każdego — tylko że u niego są głośniejsze, bo robią wrażenie. A co do tego, czy to bohater, czy nie — no naprawdę, jakbyście zapytali mnie o zdanie wprost, to powiedziałbym: Tsitsipas to taki typ, który nas wszystkich wciąż zaskakuje, bo gra tak, jakby miał w zanadrzu dziesięć różnych stylów naraz i nigdy nie wiadomo, który włączy. Czasem działa to na jego korzyść, czasem nie — ale jedno jest pewne: bez tych momentów, kiedy naprawdę się rozkojarzy, bylibyśmy skazani na oglądanie tenisowego odpowiednika fabryki szwajcarskich zegarków. A szczerze? wolę ten szalony rollercoaster niż nudny, bezbłędny tenis. Więc moje pytanie do was brzmi: czy my kibice w ogóle jesteśmy w stanie pogodzić się z myślą, że perfekcja to nie jest cel, tylko produkt uboczny — i że właśnie dzięki tym chwilom, kiedy facet myśli o czymś innym niż tenis, tworzy się coś, czego nie da się powtórzyć? Bo ja wiem, że ja jeszcze nie jestem gotowy na koniec tej zabawy.Najpierw policz, potem się spieraj.