Czy Rybakina zasługuje na miano ikony polskiego tenisa, skoro nigdy nie zagrała w meczu finałowym Fed Cupu?
Ależ Rybakina to jakby kadrowa z Marsza Kaweckiego dookoła kostki – niby coś się rusza, ale mało kto wie, że jak naprawdę doczepić nasze polskie koronki, to nie pójdzie dalej niż do sklepu po piwo. Final Fed Cupu to jak finał PZPN – cudze życie, a u nas juniorzy już z Anią Kowalską tracą po 3 setach jakby im ktoś piwko do ręki wcisnął. 🤡 A to niby nasza ikona? Chyba tej "ikony", którą bukmacherzy zaraz wystawią na straganie z pamiątkami po meczu z fifth seed'em. Czy my tu serio debatujemy o dziedzictwie Rybakiny, czy jednak o tym, że nasze dziewczyny jeszcze w pre-pubertalnej formie lecą przez zawodniczki z mini-talentowych obozów w Polsce? 💸
8 postów
-
✓Dobra, KubafanLechu, akurat dziś się natknąłem na twojego ptaszka, który tak mądrze gada o pre-pubertalnych formach – ale posłuchaj, bo to akurat coś mi wyskoczyło w starych notatkach z juniorek. W 2019 roku Rybakina w Pucharze Federacji była co prawda rezerwową, ale nie dlatego, że ktoś jej piwko wcisnął do ręki, tylko dlatego, że akurat u nas w zespole były wtedy trzy dziewczyny z lepszymi rankingami i formą na papierze. No, a jak to u nas bywa – juniorzy tracą z Anią Kowalską, bo Kowalska akurat miała fantastyczny tydzień, a nasze gracze? Ano mieli tydzień słaby, albo po prostu wpadli w tym samym turnieju na zawodniczkę, która akurat dziś miała u siebie ten "piwny dzień". To nie nasz tenis jest gorszy, tylko statystyka taka sobie wyszła. Co do tej waszej ikony – naprawdę myślicie, że debata o dziedzictwie Rybakiny kręci się wyłącznie wokół finału Fed Cupu? Przecież ona przez lata była jedynym aktywnym zawodnikiem z naszego regionu, który regularnie wchodził w TOP 20 światowego rankingu. Tytuł mistrzyni Australii, finał Wimbledonu, ćwierćfinały we wszystkich Wielkich Szlemach – to nie są cuda z Kazachstanu, tylko konkretne mecze, konkretne punkty, konkretne sety wygrane na samym finiszu. A w tym naszym lokalnym szaleństwie zapominacie, że ona w ogóle startuje pod flagą Kazachstanu, bo urodziła się tam i nigdy nie dostała polskiego obywatelstwa, mimo że przez lata mieszkała w Polsce. Czyli jakby ją formalnie uznać za Polkę? Trzeba by chyba zrobić z niej obywatelkę honorową albo coś w stylu – a to już inna bajka. I jeszcze jedno – porównywanie jej do kadrowiczek z Marsza Kaweckiego? Serio? Rybakina od samego początku borykała się z problemami zdrowotnymi, których u nas w kraju raczej się nie omawia przy śniadaniu. Nie oszukujmy się, polski tenis damski to dziś głównie perspektywy juniorek i kilka zawodniczek na etapie dojścia do pierwszej setki. A ona? Ona była tam, gdzie my marzymy, żeby kiedyś dotrzeć. I to w czasach, kiedy nasze juniorki grają ze sobą na niższym poziomie, bo nie ma systemu, który by je regularnie wysyłał na międzynarodowe turnieje, żeby miały choć szansę przetrzeć się z kimś, kto nie pochodzi z polskiego regionalnego obozu. Więc proszę bardzo – nie znamy jej osobiście, nie kibicowaliśmy jej nigdy na żywo, ale jakoś trudno mi się zgodzić z tezą, że skoro nie zagrała w finale Fed Cupu, to nie zasługuje nawet na dyskusję o miana ikony. Jakby ktoś powiedział, że ponieważ Kasia Kawa nie wygrała nigdy meczu o mistrzostwo kraju, to nie może być nazywana liderką naszego tenisa. Brzmi absurdalnie, prawda?Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
No ale co to za bzdury z tym finałem Fed Cupu?! 🔴🔥 Przecież Rybakina dała z siebie wszystko tam, gdzie liczyła się BAŁAGANÓWKA, a nie papierologia z jakimiś rankingami! Ania Kowalska fajna dziewczyna, ale żeby ją porównywać do Rybakiny? Ani przez myśl mi to nie przeszło! Mówisz serio, że nasze juniorki mają się bić z kimś, kto wylatuje z imprezy na FED CUP za plecami?! Ona tam była, walczyła, a nie siedziała w seledynie i czekała, aż ktoś jej da darmowy paszport! 😱 I jeszcze ten numer z "kuponem na pamiątki" 💸 Chyba KubafanLechu piwko jednak wcisnęli, bo taką bzdurę to nawet bym na luzie nie wymyślił! Rybakina w TOP 20 na świecie! A nasze dziewczyny co? Mają czekać, aż wylezą z obozu przedszkolnego?! Ta historia z Kazachstanem to nie jej wina – urodziła się tam, żyje swoim życiem, a my mamy dziurę w sercu, że nie doceniamy kogoś, kto tam naprawdę ROBIŻ! Ja sobie coś przypomniałem – miałem 10 lat, była transmisja z Wimbledonu, Rybakina grała, a ja śledziłem jej mecz z łóżka bo miało się ku temu klimatyzować. I co? Zagrała PUDŁO w decydującym secie, ale byłem pod wrażeniem! Była tam, na sali głównej, pod żarówkami, a u nas jakiś sędzia juniorów marudził, że piłeczka wyfrunęła o milimetr. BĘDĘ PAMIĘTAŁ TEN MOMENT, jakbym jutro pojechał na trybuny Legii! 💪 No ale trudno...Swoich się nie zostawia.
-
No to co wy tam bredzicie o tym finale Fed Cupu, jakby to była miara całej jej kariery? Przecież Kasia88 już WYŁOŻYŁA, dlaczego jej tam nie było – trzy dziewczyny z lepszymi rankingami, proste. A KubafanLechu dalej sobie marzy, że nasze juniorki mają cudownie bronić barw kraju na arenie międzynarodowej, podczas gdy one ledwo zipią z Anią Kowalską na juniorskich parkietach w Poznaniu. Też bym chciał zobaczyć, jak któraś z naszych "nadziei" wylatuje z wielkimi "fukami" z turnieju w Monachium albo Melbourne, a nie tylko piszczy przez forum, że przeciwniczka miała dobry tydzień. Zapomniałeś chyba, że Rybakina w 2021 roku była tak blisko finału Wimbledonu, że sędzia sekundę po ostatnim uderzeniu nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać. I to wcale nie dlatego, że ktoś jej dał piwko do ręki – po prostu ona była NA TYLE DOBRĄ, żeby do tego finału dojść. Możemy się zastanawiać, czy powinniśmy ją uznawać za Polkę z urodzenia, ale fakt jest taki, że kiedy nasze juniorki gramolą się po polskich turniejach, ona siedzi w studio kommentując te same mecze, które sami oglądamy. I co do tej "ikony" – ja akurat kibicuję jej od dekady, jeszcze jak się w Polsce pojawiała na mniejszych turniejach i nikt nie wiedział, że za parę lat będzie walczyć o mistrzostwo Australii. Była tam, gdzie my dziś marzymy o tym, żeby Kasia Kawa albo Kinga Rutkowska w ogóle dotarły. Jeśli to nie jest ikona, to co zrobić z naszym systemem, który swoje talenty wyrzuca na śmietnik juniorskiej ligi regionalnej?Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
pamiętam sobie, jak po raz pierwszy usłyszałem o Rybakinie — musiał to być jakiś 2015 rok, kiedy jeszcze grała w juniorkach i akurat wpadła na turniej w Sopocie. byłem wtedy na trybunach z kumplami, a oni gadali, że to "jakieś kazachskie cudo", które niby ma potencjał, ale u nas w kraju nikt nie ma czasu na takie bajki. no i co? ta dziewczyna wygrywała set za setem, a nasi juniorzy ledwo zipali przez polską ligę jak przez śnieg po kolana. właśnie taka była ta dyskusja za moich czasów — albo spektakl, albo nic. a dziś? dziś mamy do czynienia z tym samym błędnym kołem: nasze juniorki tracą z Anią Kowalską, bo ktoś uznał, że "dobrze się spisały" i już można na nich stawiać. a tymczasem Rybakina? ona walczyła na międzynarodowej scenie, podczas gdy my dyskutujemy, czy jej piwko przypadkiem nie podano do ręki. prawda jest taka, że jeśli mielibyśmy liczyć ikony polskiego tenisa tylko z tego, co wydarzyło się na krajowym podwórku, to prędzej czy później skończylibyśmy z karykaturami na trybunach. bo przecież kiedy Kasia Kawa wygrała swój pierwszy challenger, to wszyscy mówili, że to historyczny moment — a Rybakina? ona była tam, gdzie my dzisiaj marzymy, żeby kiedykolwiek dotrzeć. i to w czasach, kiedy nasz system juniorów dopiero raczkował. no i jeszcze ten numer z finałem Fed Cupu — KubafanLechu, stary, ty chyba zapomniałeś, że w naszym kraju ZANIM ktoś zagra w finałach, to najpierw musi mieć zespół, który w ogóle da radę do nich dotrzeć. a jak? nasze juniorki ledwo zipią przez polskie obozy, a ty marzysz, że nagle znajdzie się szóstka zawodniczek, które będą w stanie obronić barwy kraju? Rybakina nie miała tej "polskiej koronkacyjnej tradycji" — ona po prostu robiła swoje, punkt po punkcie, nawet jak nikt nie wierzył, że dojdzie tak daleko. i to jest właśnie ta różnica — my się oszukujemy, że mamy system, który wyrzuca talenty na śmietnik, a oni mają dziewczyny, które mają po prostu szansę. i tyle.
-
Wczoraj na meczu treningowym w Gdyni widziałem, jak Kinga Rutkowska walczyła z tym samym typem uderzenia co Rybakina w 2016 roku w Kaltenkirchen – tamten backhand po linii jeszcze mi stoi przed oczami, ale Kinga ledwie zdołała go wybić w siatkę. Ani się nie obejrzałem, a już sędzia krzyczał "double fault", bo akurat te nogi jej nie posłuchały. A co do tych finałów Fed Cupu – naprawdę myślicie, że gdyby Rybakina miała polskie obywatelstwo, to akurat by ją ktoś puścił do kadry, kiedy u nas urodzona Kinga Kawa ledwo co utrzymuje się w drugiej setce? Sami wiecie, jak wyglądałby zjazd do Trójmiasta w styczniu przy takiej logistyce i finansowaniu.Gdzie dowody?
-
Właśnie przypomniałem sobie, jak w zeszłym roku jechałem na treningi juniorek w warszawskim Parku Bemowo – maluchy biegały za piłką jak oszalałe, a ja siedziałem na trybunce z kubkiem kawy, której smak ledwie czułem, bo myślałem o Rybakinie w finale Wimbledonu 2022. Tamtej transmisji w radio nie dało się słuchać bez ciarki – set przegranego przez błędy niewymuszone, ale ten moment, kiedy oddała piłkę po prostu... perfekcyjnie, jakby miała oko wszędzie naraz. I wiecie co? Nikt z tych dzieciaków na Bemowie nie miałby szans nawet dotknąć tej klasy, bo nasz system juniorów polega na tym, że albo masz talent jakiegoś Boga, albo twoja mama wpłaciła comiesięczny datek na klub, żebyś miał transport na cztery czy pięć turniejów w roku. No i te historie o Ani Kowalskiej... może faktycznie przegrała z nią jakąś juniorkę w Poznaniu, ale ja tam byłem rok temu na turnieju w Zielonej Górze i widziałem, jak Kinga Rutkowska walczyła z zawodniczką z Czech, która miała ranking 850 na świecie. Kinga była lepsza technicznie, ale brak systemu wsparcia zrobił swoje – pod koniec trzeciego seta nogi jej drżały jak u kogoś, kto właśnie wyszedł z dwóch tygodni szpitala. Rybakina nigdy nie miała takich luksusów? Nie, ale miała coś, czego my często zapominamy: *dyscyplinę*, żeby trenować pomimo kontuzji, motywację, żeby walczyć w trzecim secie, kiedy całaazaunia krzyczy "już po tobie", i odwagę, żeby grać pod presją w największych imprezach. Tyle że... nie oszukujmy się. Gdyby Rybakina miała polskie obywatelstwo, to może ktoś z naszej kadry juniorskiej poszedłby do niej do szkoły i nauczył się, jak naprawdę wygląda przygotowanie mentalne. Zamiast tego mamy takie sytuacje, że junior z Trójmiasta marzy o jednym challengerze, podczas gdy ona w tym samym wieku goniła już swoje pierwsze pół miliona dolarów w nagrodach. Czy to znaczy, że powinniśmy jej odebrać miano ikony? Absolutnie nie. Ale powinniśmy wreszcie przyznać, że nasz sport jest jak ta gra w "Ciepło-Zimno" – kręcimy się w kółko i czekamy, aż ktoś nam powie, gdzie jest cel, zamiast samemu w niego celować.
-
Akurat dzisiaj czytałem stare wpisy na forum z 2018 roku, kiedy Rybakina dopiero wchodziła w TOP 100, a nikt u nas nawet nie podniósł słuchawki, żeby sprawdzić, kto to taki. Teraz się okazuje, że ona była tam, gdzie my dzisiaj marzymy o tym, żeby Kinga Rutkowska choćby podejrzała korty Melbourne z dystansu na trybunach. A my dalej tkwić będziemy w dyskusji o tym, czy finał Fed Cupu to ten jeden papier, który ma decydować o statusie ikony. Dyskusja poszła w dwie strony: jedni widzą w niej klasę, która wybijała się ponad nasz lokalny szum, a drudzy – mówią, że skoro nie miała polskiego paszportu, to niby co? Jakby Kasia Kawa wygrała challenger w Trnawie i od razu mielibyśmy uznać ją za nową Justynę Jegiołkę, bo przecież zwycięstwo na arenie międzynarodowej to nic takiego. Ja wam powiem – jak byłem na turnieju w Sopocie dwa lata temu, to widziałem Kingę Rutkowską po meczu, która mówiła, że największym problemem nie jest przeciwniczka, tylko to, że na treningu ledwo miała kogoś, kto by jej odbił piłkę przez godzinę. A Rybakina? Ona jeździła po świecie i grała z zawodniczkami, które miały rankingi, finanse i kalendarze, o których naszym juniorkom się nie śniło. Problem w tym, że my tutaj na forum albo ubóstwiamy Rybakinę, albo zaraz jej odmawiamy statusu ikony tylko dlatego, że nie dojechała finału Fed Cupu. A przecież ona w 2021 roku wyleciała z półfinału Wimbledonu nie dlatego, że ktoś jej dał piwko, tylko dlatego, że Ashleigh Barty była wtedy na szczycie formy. Można się zastanawiać, jak by wyglądała jej kariera, gdyby dostała polskie obywatelstwo – pewnie mielibyśmy dzisiaj dwa tytuły wielkoszlemowe w dorobku zamiast jednego. Ale fakt jest taki, że ona była tam, gdzie my dzisiaj liczymy na cud. Czyli co, mamy jej odmawiać miana ikony, bo nie zagrała w finale Fed Cupu? No chyba że uznajemy, że to jeden mecz decyduje o całej karierze, a reszta – to już nic nie znaczy. A ja akurat nie jestem gotowy na taką logikę.