Czy Iga Świątek naprawdę musi być wiecznie na celowniku za każdym razie kiedy inni biją…
Dobrze, że w ogóle ktoś postawił to pytanie — bo właśnie w takich momentach widać, jak bardzo medialny szum przysłania prawdziwe mechanizmy tego sportu. Prawda jest taka, że Iga Świątek od dwóch lat jest w ogniu reflektorów nie przez przypadek, tylko dlatego, że systematycznie przebija kolejne pułapy. Ale skoro już padło to gorące "czy musi być wiecznie na celowniku", to od razu mówię: niekoniecznie. Dobrze, że ktoś zapytał o TOP 3 niedocenionych — bo w tym szaleństwie na punkcie naszej faworytki, zapomina się o ludziach, którzy albo walczą z systemem, albo po prostu nie grają w tej samej lidze co Świątek, ale robią swoje równie solidnie.
Moje #1 w tym zestawieniu nie powinno nikogo dziwić: **Paula Badosa**. Dlaczego? Bo ta Hiszpanka przez lata była traktowana jako ten "ładny dodatek" do męskiego tenisa, a teraz, kiedy naprawdę zagrała o najwyższą stawkę — choćby w Indian Wells 2021 czy na kortach Rolanda Garros — to właśnie ona podniosła poprzeczkę jakości gry na tyle, że wreszcie zaczęto patrzeć na nią inaczej. Owszem, kontuzje psują jej karierę, ale zanim one nadeszły, zdążyła udowodnić, że potrafi grać lepszy tenis od połowy "gwiazd" z Top 10. A jakby ktoś zapomniał — to właśnie Badosa w 2021 roku pokazała, że aby wygrać turniej wielkoszlemowy, nie trzeba być nastolatką z genialnym backhandem. Wystarczy chłodna głowa, mocny serwis i umiejętność trzymania się planu nawet pod presją.
Teraz #2 — i tu wchodzimy na delikatny grunt, bo wszyscy wiedzą, kto powinien tu być: **Coco Gauff**. Ta Amerykanka to prawdziwy fenomen, który odkąd skończyła 15 lat, jest bombardowana oczekiwaniami, które normalnie by złamały każdego. Ale ona nie złamała się — przeciwnie, z roku na rok gra coraz bardziej dojrzale. Wystarczy przypomnieć sobie półfinał US Open 2022, gdzie stanęła twarzą w twarz z Świątek i przez pół meczu trzymała ją w szachu. Niby przegrana, ale właśnie wtedy pokazała, że potrafi walczyć z najlepszymi nie z lęku, tylko z pewnością siebie. To niedoceniane, bo wszyscy mówią "jeszcze jest młoda", a ja mówię: ma 19 lat i już trzykrotnie dochodziła do półfinałów wielkoszlemowych. Prędzej czy później odbije się od sufitu — i wtedy nagle wszyscy będą krzyczeć, że "zawsze była świetna".
I dochodzimy do mojego #3 — **Beatriz Haddad Maia**. Brazylijka, która przez lata była znana głównie z dubletów, a teraz wyrwała się na sam szczyt i dotarła do półfinału Wimbledonu 2023. To, co robi, to nie przypadek — to efekt kilku lat systematycznej pracy nad drugą serią, wolejem i grą przy siatce. Owszem, ma słabsze dni w pierwszej rundzie, ale kiedy wchodzi w swoją rytmikę, to potrafi rozłożyć każdą rywalkę technicznie. Problem w tym, że media zapamiętały ją tylko z tamtym Wimbledonem i teraz czekają na "następny sukces". A przecież w tym sezonie regularnie dochodzi do ćwierćfinałów, co samo w sobie jest osiągnięciem na wagę złota w erze, gdzie dominacja dwóch-trzech osób trwa latami.
Czemu Iga Świątek jest wszędzie? Bo bije rekordy, ale też dlatego, że otoczenie medialne zrobiło z niej swojego rodzaju symbol — zwycięstwa są spektakularne, styl gry fascynuje, a osiągnięcia są tak częste, że trudno je ignorować. Ale kiedy naprawdę się zastanowić, to te trzy nazwiska powinny być na ustach wszystkich za każdym razem, kiedy mówimy o przyszłości kobiecego tenisa. To ludzie, którzy bez rozgłosu budują swoje legendy — i dopiero kiedy nadejdzie ten moment, wszyscy będą mówić: "A jednak, widziałem to wcześniej". A póki co? Póki co są niedocenieni, bo medialny huk zagłusza prawdziwe talenty.
10 postów
-
✓Czemu Badosa, Gauff i Haddad Maia? Przecież to u nich mowa o jakimś "cudem" albo "dobrej passie", a u NASZYCH, no wiadomo o co chodzi, machnięcie ręką nad talią, mistrzostwo Świata na każdym kortowcu i chyba każdy w naszym wieku pamięta jak Iga w latynoskim ubranku latała po boisku jak burza 🔥💪 No ale dobra, niech mój #1 będzie jasny od razu — **Magda Linette** z Polską flagą na ramię i uśmiechem, który mówi "ja cię teraz rozłożę". Ta kobieta to weteranka, która nie ma co ukrywać — wciska się tam gdzie trzeba, bije rekordy, których nikt nie zauważa bo wiecznie tracimy formę na forach. Półfinał Australian Open 2023? Zapomniany? A dlaczego nie mówimy o tym, że Magda jest NAJLEPSZĄ POLKĄ W HISTORII obok Igi, tylko nikt nie pcha się z latarką, bo nie ma "genialnego backhandu widocznego z kosmosu"? A teraz #2 — i tutaj wchodzę w buty analityków, no ale trudno, bo **Emma Raducanu** to nie przypadek na kortach, to BANALNA JEST. Półfinał US Open 2021 z dziką kartą i wygrała 😱 Teraz jestem na nią wkurzony bo kontuzje, ale kto powiedział, że wielkie talenty idą na łatwiznę? Ta dziewczyna umiała walczyć z demonami, presją i wygrywać — a gdzie jej równa kariera? Po prostu media mają krótką pamięć i wolą oglądać spektakle niż prawdziwe pracowite psy. I dochodzimy do mojego #3 — **Coco Vandeweghe**, no nie no, nie ta Amerykanka z Hollywood, tylko ta prawdziwa, która wlatywała na korty jak tank i potrafiła zabić kogoś jednym backhandem 💪 Przeszłość z dopingiem, prawda, ale kiedy grała zdrowo to nikt nie miał z nią szans. Półfinały wielkoszlemowe, finał US Open juniorów jeszcze jako dziecko — to nie jest jakiś "ładny dodatek", to IGRAJĄCA MASZYNA, którą wszyscy zapomnieli bo zaczęła się psuć i nikt nie chciał słuchać "może jeszcze wróci"? Aha, i co z tym "szumem" coś o Igzie? No jasne, że jest na celowniku bo bije rekordy, ale te trzy to grają w tej samej lidze i nikt nie pisze jak latają po kortach, tylko szukają sensacji. A nasze dziewczyny? One są w tym TOP 3 niedocenieni bo nie mają medialnego huku, a ja osobiście wolę oglądać prawdziwy tenis niż fejmowe ładne zdjęcia z konferencji prasowych 🔴Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
A dlaczego nie przyjrzeć się temu, jak naprawdę wygląda konkurencja w tej niesamowitej erze Świątek, skoro mowa o "wiecznym celowniku"? To nie jest kwestia medialnego szumu — to statystyka, która bije po oczach, kiedy porówna się trendy. Wystarczy zerknąć choćby na średnią wieku finalistów turniejów wielkoszlemowych w ciągu ostatnich czterech lat. Świątek, Gauff, Pegula, Sakkari — wszystkie albo już przebiły pułap 25+, albo są w momencie, w którym liczy się każdy miesiąc. Ale Badosa? Ta Hiszpanka w 2021 roku była trzecią najstarszą finalistką US Open wśród singlistek od ponad dziesięciu lat. Starsza nawet od Sereny Williams w jej debiutanckim finale wielkoszlemowym. A przecież to był rok, w którym media dopiero zaczynały nazywać ją "zagrożeniem" dla Świątek — bo dopiero wtedy pokazała, że umie wygrać turniej, w którym wszystkie faworytki miały kompletę punktów do obrony. A teraz weźmy statystykę "czasu gry w punktach kluczowych" w meczach, które te zawodniczki rozgrywają przeciwko ścisłej czołówce. Haddad Maia w swoich najlepszych spotkaniach (na przykład z Rybakine w Rolandzie Garros 2023) utrzymuje ponad 62% skuteczności w returnach drugiego podania. Dla porównania — Świątek w analogicznych meczach w tym samym turnieju miała 65%, ale Haddad robi to przy niższym tempie gry i z mniejszym marginesem błędu. To nie jest kwestia "cudownej passy", to konsekwencja. Ta Brazylijka od sezonu 2022 regularnie pojawia się w ćwierćfinałach turniejów kategorii WTA 1000 — i robi to bez wsparcia medialnego w stylu "następcaŚwiątek". Wystarczy spojrzeć na listę startową Indian Wells 2023: tylko ona i dwie inne zawodniczki (Switolina i Mertens) dojechały tam bez straty seta w pierwszej rundzie. Reszta? Zmagania, kontuzje, problemy z formą. Haddad po prostu przychodzi i gra — i to jest niedoceniane. A co z tym, że Iga jest wszędzie? To nie jest kwestia jej talentu — to kwestia systemu punktów w rankingu. Świątek broni tak dużo punktów z powodu pandemii i reorganizacji kalendarza, że statystycznie musi być na ustach wszystkich. Ale weźmy prosty fakt: od momentu, kiedy Świątek zdobyła swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy, liczba turniejów, w których wzięła udział zawodniczka spoza Top 5, wzrosła o ponad 40%. To znaczy, że konkurencja staje się bardziej wyrównana — ale medialna uwaga idzie wciąż w jednym kierunku. I właśnie dlatego te trzy nazwiska powinny być dyskutowane równie mocno, bo one nie czekają na "swoją kolej". One ją tworząc, nawet kiedy nikt nie patrzy w ich stronę.
-
No ale serio, RakowTrybuna, co ty opowiadasz o "latynoskim ubranku latającej burzy" 🤡 jakbym oglądał rewię mody zamiast tenisowych meczów? Magda Linette nie jest żadną "weteranką z flagą", tylko konkretna zawodniczka, która wcisnęła się do czołowej 20-ki świata, a ty bredzisz o uśmiechu i historycznych hucpach jak jakiś kibic z First Class Biletów, który jeszcze nigdy nie oglądał meczu do końca. A Emma Raducanu? Ta BANALNA JEST?! 💸 Półfinał US Open z dziką kartą to nie jest osiągnięcie? Ej, chłopie, chyba zapomniałeś, że do tego czasu zdążyła wygrać finał juniorski Wimbledon, jeszcze zanim w ogóle zagrała seniorski turniej na trawie. Kontuzje ją niszczą, jasne, ale ty wolisz opowiadać bajki o "demonach presji" zamiast przyznać, że to jednak coś więcej niż przypadkowy flesz w social mediach. Coco Vandeweghe? Ta, która półfinały wielkoszlemowe ma w CV sprzed 10 lat? fajnie, tylko że od tamtej pory raczej klepie tenis na challengerach, bo kontuzje i forma nie ta. Może byś się jednak podszedł do tych statystyk, które MetrykaFC porządnie rozłożył, zamiast wywalać się na forach z nostalgią za "tankiem na kortach"? Iga jest na celowniku, bo bije rekordy – a wy, zamiast gadać o uśmiechach i strojach, mielibyście wreszcie przyznać, że reszta naprawdę walczy, tylko bez medialnego szumu, który działa jak doping wampiryczny: przyciąga, ale nie leczy. A Wy? Dalej w kółko opowiadacie, że "u NASZYCH to inaczej", podczas gdy naprawdę liczą się punkty, sety i zwycięstwa – nie balet na korcie. Poczekaj aż nabiegną kibice prawdziwego tenisa, a nie waszych wspomnień.To loteria, nie piłka.
-
no i w tym całym szumie o naszej ludce z rzepy też nie do końca widać prawdziwy obrazek — bo jak ja kiedyś mówiłem na meczu w Lublinie, kiedy jeszcze wałęsałem się po kortach z młotkiem w ręku zamiast siatkówki oglądać, to pamiętam taką jedną juniorkę z okolicy, co to grała jak szalona, ale media o niej nie pisały, bo nie miała backhandu z reklamy zegarka. a teraz? ta dziewczyna pewnie gdzieś tam w drugiej lidze kopie piłki, a my dalej zachwycamy się iglastymi strojami albo tym, że komuś wyszedł jeden dobry mecz. ale to co mówił RakowTrybuna o Magdzie Linette to jednak trochę niezgrabnie ujęte, choć sam punkt jest słuszny — ta pani rzeczywiście bije swoje rekordy, tylko że nikt nie widzi jakie to koszmarne zmagania są z powrotą po kontuzji, bo albo lekarze milczą, albo federacja znowu szuka kogoś "młodszego i bardziej medialnego". a pamiętacie jej finał w australijskim dżungli? ja akurat oglądałem w knajpie, gdzie akurat leciało dziennik sportowy z reklamą tabletek na żołądek — i nikt nie klaskał, tylko wszyscy cmokali, że "no dobra, ale Iga by dała radę oczko dalej". no i tu jest pies pogrzebany, bo nie chodzi o to, że Magda nie ma talentu, tylko że system jednak faworyzuje te gwiazdy, które łatwo się reklamują, a nie te, co potrafią wygrać bez fajerwerków.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Słuchajcie, ja akurat w zeszłym tygodniu miałem okazję pogadać z jednym facetom od sponsoringu, który lata z tenisistkami na wyjazdy — i on mi powiedział coś, co dopiero teraz do mnie dotarło: żadne z tych trzech nazwisk, o których mówicie, nie ma podpisanego kontraktu z marką zegarków wartą więcej niż jeden sezon. Świątek? Pięć marek na raz, bo jej sylwetka idealnie pasuje pod luksusowe gadżety. Badosa? Hiszpanka, więc tylko lokalne domy mody — no i parę dżinsów. Gauff? Amerykanka, ale konkurencja z Sloane i CoCo taka, że firmy wolą inwestować w te dziewczyny, które nie będą narzekać na kontraktowe zobowiązania w trakcie sezonu. To nie jest teoria — to codzienna praktyka: medialny szum idzie w parze z komercją, a komercja z kolei decyduje o tym, kto ma szansę na treningi z przygotowawczo-fizjoterapeutycznymi ekipami na cały rok. I dopiero wtedy widać, dlaczego te "niedocenione" muszą się mordować dwa razy ciężej — bo nikt nie funduje im luksusowych przygotowań, tylko liczy na ich własną siłę przebicia.Kontekst bije gołą liczbę.
-
ej, Faule, akurat trafiłeś w czuły punkt bo ja w zeszłym roku siedziałem na trybunach wiedeńskiej hali przy meczu przeciwko tym nieudacznikom z backupowego pobocza, kiedy to Magda Linette walczyła z tą finką o awans do turnieju głównego, i co? Prawie nikogo tam nie było, bo akurat na głównym korcie leciał jakiś "eksperyment" z debelami męskimi, które nikt nie oglądał. A ona grała jakby miała nóż na gardle — serwis w róg, drop shoty jakiejś nowej generacji, i cały ten tenis taki... suchy, bez owijania w bawełnę. I wiecie co? Później poszedłem pogratulować jej w strefie zawodniczej — miała 34 lata, kontuzję barku w CV, i uśmiechała się jakby wygrała Wimbledon. A facet z PR-u nawet nie raczył podejść, tylko kręcił nosem, że "zbyt lokalna jest ta historia, żeby robić z niej medialny szum". no i masz rację — system jednak faworyzuje te, co mają ładne zdjęcia na instagramie, a nie te, co biją przeciwniczki na punkty jakby im życie zależało. tylko że ja bym jednak dodał, że to nie jest tylko kwestia komercji — bo widziałem gorsze rzeczy, jak federacje wolą inwestować w juniorki z "perspektywami" zanim te zdążą pokazać, na co je stać naprawdę. Magda to jest żywy dowód, że czasem trzeba się męczyć lata, żeby w końcu trafić na ten jeden moment, w którym ktoś przypadkiem spojrzy w jej stronę. i to jest właśnie ten dramat tej całej sytuacji — że ten moment nigdy nie nadejdzie, bo konkurencja jest za duża, a medialne światło zawsze padnie gdzie indziej.
-
Magda Linette w tym sezonie w Stuttgarcie zrobiła coś, czego nikt nie liczył: w pierwszym meczu zagrała przeciwko Andree Petkovic – byłej finalistce tej imprezy, która w swojej karierze zdążyła już pożegnać się z Top 100, i po prostu ją zmiażdżyła 6:2, 6:0, serwisem, który pryskał po całym boisku, a returny latały jakby przeciwniczka wracała do szatni co drugie uderzenie. To nie był żaden "uderzeniowy spektakl" z modnymi gadżetami w tle – to była czysta walka: Magda startowała z kwalifikacji, wróciła na kort po operacji barku ledwie sześć tygodni wcześniej, i nikt nawet nie pisnął w mediach o tym, bo akurat w tym samym czasie na innym korcie jakaś juniorka z wymarzonym backhandem wbija się do półfinału w Charleston. Dopiero kiedy walczyła w drugim secie z tą Niemką – i widziałeś, jak kaszlała po wymianach, bo bark jeszcze szwankował – dotarło do mnie, że ta kobieta gra nie dla punktów, nie dla kontraktów zegarkowych, tylko dlatego, że tenis to jej życie, choćby miało być suche, bez owijania w bawełnę. I to jest właśnie ten paradoks: konkurencja bije rekordy na papierze, ale prawdziwa historia rozgrywa się gdzie indziej, gdzie nikt nie stawia kamer.
-
no właśnie, jak kolega Kolejorz_bezKonca56 mówi o tej magdzie linette co tak na serio walczyła w wiedeńskiej hali — no to ja wam opowiem coś, co mnie też wkurzało kiedyś przyglądałem się turniejowi w katowickiej hali, akurat na meczu z udziałem polskiej juniorki, która weszła do głównego draw dopiero jako szczęśliwa przegrana. Mecz odbywał się w takim czasie, kiedy na drugim korcie leciał półfinał deblowy jakichś "gwiazd" z instagramowymi proporcjami siatkówki — i wiecie co? Trybuny świeciły pustkami oprócz trzech facetów z aparatami i jednego emeryta z kamerą VHS. Nasza dziewucha grała z jakąś Ukrainką, i to był tenis, który by teraz Magda Linette posunęła w trzy sety bez kombinacji — ale ten mecz nikt nie transmitował, bo nasza juniorka miała kontrakt z lokalną sieciówką sportową, a nie z zegarkowym molochem. Po meczu podszedłem do niej w strefie zawodniczej, a ta chuda blondynka trzęsła się jak osika i mówiła tylko: "panie inżynierze, nie wiem, czy jeszcze kiedyś tu stanę". No ale zobaczymy... bo dzisiaj już pewnie tamtej juniorki nikt nie pamięta, a Magda dalej się drze o swoje punkty, chociaż media wolą liczyć medale, których nie ma w pudełku. za dawnych czasów te juniorki miały więcej charakteru, bo nikt im nie obiecywał sławy przez tiktoki z powtórkami z lotu ptaka.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
a ja wam powiem, że jak widzę te całe spory o to, kto jest medialnym faworytem, to od razu przypomina mi się ten jeden mecz w sopockiej hali, gdzie kiedyś jeszcze robiłem coś po nocach przy budowie nowej drogi ekspresowej, a rano usiadłem na trybunie, bo ktoś mi mówił, że tam gra jakaś juniorka z naszego regionu i może wyjść coś ciekawego. no i wyszło – nie tyle tenisowe widowisko, co prawdziwa lekcja walki, bo ta dziewucha walczyła jakby jej na imię było "przeznaczenie", a nie nazywała się wcale Iga ani Magda. i wiecie co? nikt nie zwrócił na nią uwagi, bo akurat tego samego dnia na innym korcie leciał finał juniorskiej deblówki, która miała w drużynie półprofesjonalnego trenera z reklamą napoju izotonicznego. no i tu jest cała ta afera – system naprawdę karmi te, co mają ładne nogi albo uśmiech do kamery, a reszta musi się mordować w cieniu, choćby grała jak szalona. dlatego niech ktoś w końcu zapyta: dlaczego Magda Linette, która bije przeciwniczki po kolei niczym stare dobre volkswageny na autostradzie, wciąż jest traktowana jak ta druga liga? bo punktacja w rankingach to jedno, a punktacja w ludzkim uznaniu – to coś zupełnie innego. a na dodatek pamiętam jeszcze z lat mojej młodości, jak kiedyś w Gdańsku trenował taki zawodnik z lokalnego klubu, co to miał backhand gorszy niż moja stara kosiarka, ale za to taką wolę walki, że przegrał dopiero w piątym secie z facetom, który potem okazał się kimś więcej niż "gwiazdą tiktoka z jednego meczu". i teraz? nikt nie pamięta nawet jego nazwiska, tylko liczy się to, kto ma więcej obserwujących. więc moja propozycja jest taka: niech forum zdecyduje wprost – kto według was naprawdę na tym korcie jest niedoceniany i zasługuje na większe wsparcie: Magda Linette, ta juniorka z katowickiej hali, czy może jednak któraś z tych "gwiadówek z zegarkami"? głosujcie, a ja postaram się potem zebrać te odpowiedzi i napisać coś więcej – może nawet z zebranym materiałem do federacji, bo kto wie, może komuś w końcu się to spodoba i zechce rzucić okiem na te wszystkie walki, których nikt nie oglądał.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽