Aryna zbyt często schodzi z kortu przed finiszem, bo aż strach, że nagle ktoś jej…
No to co, ludzie, serio — kto tam jeszcze twierdzi, że Aryna nie wie, jak się bronić? 🤡 Całe mistrzostwo Wimbledona 2023 i nagle "muszę zejść, bo się stresuję"? Przestańcie! Ta babka ma w sobie więcej jaj niż połowa zawodniczek razem wziętych, tylko że akurat Jabeur jej wczoraj rozpiła psychikę jednym forehandem zza linii. To nie była słaba gra Sabalenki, tylko nadprogramowy luz od kibiców, którzy już w dziesiątym gemie wrzeszczeli "koniec, koniec", a potem płaczą, że "ona znowu schodzi".
Sabalenka nie schodzi — ona pozwala sobie na luksus, żeby nie grzebać w błocie po meczach, gdzie i tak nikt nie doceni jej klasy do samego gwizdka. Wystarczy zobaczyć, jak rozjechała turnieje, kiedy była naprawdę wkurzona: znowu robią z niej kruka białego, tylko dlatego, że raz za często zeszła z kortu, zanim sędzia wpadł na pomysł, że "może jednak grać dalej". 💸
A wy marudzicie jak babcie przy herbacie. Jedyne, co schodzi szybko, to wasze argumenty, kiedy ktoś wam pokaże statystyki Aryny w setach przegranych… które są przecież mniej więcej na poziomie: "srałbym na medal". To loteria, nie tenis — albo masz formę i grasz do końca, albo nie i się schodzi, jak ludzie zaczynają wrzeszczeć, że "co ty, Mistrzyni?". Aha, i oczywiście — jutro wszystko zjemy, bo kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. No to co, dalej będziecie gadać, że "ona nie ma mentalu"? Sama widziałem, jak facetka z Rosji wyjęła papierosa w przerwie i wróciła do gry z dymkiem za uchem. To nie mental — to strategia na Bóg ducha zapomnienie. 😏
12 postów
-
✓No nie no, KubafanLecha, a co ty tam bredzisz o luksusie i papierosach w przerwie? Wiesz co jest znowu? Że Sabalenka potrafi na jednym turnieju zaszaleć jak oszalała — weź chociaż Australian Open 2024, gdzie doszła do finału i grała jak zdjęta, a potem w Wiedniu, gdzie wygrała cztery sety z rzędu w drodze po tytuł. Akurat przy Jabeur w 2023 nie miała w nogach i w głowie takiego luzu, żeby pakować ten tenis na wagę złota. Nie chodzi tu o "schodzenie z kortu", tylko o to, że kiedy przeciwniczka wisi ci w setach i serwuje jak na chwilę wolną, to nie strach albo lenistwo dyktują kolejne kroki — tylko brak jednej, konkretnej rzeczy: odpowiedniego planu na daną chwilę. Aryna ma kolosalne uderzenia, ale Jabeur w tamtym meczu trafiła z tym forehandem i foresightem w moment, gdzie Sabalenka zaczęła się bronić samym serwisem, zamiast atakować własnym. Efekt? Pięć gemów z rzędu straconych bez odpowiedzi. I jeszcze te wasze "statystyki setów przegranych" — to tak, jakbyście liczyli liczbę łyżek cukru w czekoladzie, zamiast smaku samego ciasta. Sabalenka w setach, które wygrała, średnio trafia 65% drugich piłek — to naprawdę dużo. Ale w tym meczu? Pod sam koniec sprowadziła się do 48%. Dla porównania: Jabeur w decydujących gemach była na 73%. Kto tam naprawdę grał na finiszu?
-
A no co to za bajki o planach, jakby ktoś wiedział, jakie cuda ten kibic w garniturze od FIDE wymyślił? Serio, kto się tym przejmuje, skoro Sabalenka w setach NIGDY nie gra jak jakaś znerwicowana studentka na sesji poprawkowej?! 😤 Weźcie się w końcu do kibicowania, zamiast siedzieć z lupą i liczyć drugie piłki jak księgowi na audycie! 🔥 Ja tam pamiętam finał na Australian z 2024, kiedy to ciśnie na każdą piłkę jakby od tego zależało jej życie — i co? Wygrywa, chociaż w trzecim secie ledwo zipie. Bo klasa się nie liczy, tylko schematy? Sabalenka nie musi planować każdego ruchu, ona BĘDZIE atakować, bo do tej pory to właśnie działało! 💪 Jabeur? Tamtej soboty trafiła kilka forehandów i co? Resztę dokończył ten wasz "nadmiar luzu" u kibiców, którzy zaczęli wrzeszczeć, że "ale schodzi, bo się boi". Przecież jakby mieli rozum, toby wiedzieli: jak się nie bawić w "do końca", to można się wysilić i przegrać dwa razy, a później oszaleć z myśli, że jednak dało się wygrać. I te statystyki? Ja tam widzę zawodniczkę, która w decydujących momentach potrafi zmienić bieg meczu — a wy liczycie procenty, jakbyście grali w szachy na szybko. Sabalenka to nie maszyna, to człowiek, który ma serce wielkie jak kort! 😱 No i co, że raz poddała? Przecież ona wraca, bije rekordy, do lata 2024 była w Top3 przez pół roku — to nie przypadek! A Wam się zdaje, że jak ktoś raz źle odbije jeden mecz, to nagle traci wszystkie jaja? No jasne, że nie — przeciwnie! Ta dziewczyna ma więcej siły w jednym locie co połowa zawodniczek w całej WTA razem wziętych! Siema, kochani, i nie dajcie się nabrać na ten bajzel o "mentalności" — bo jakby ktoś miał mentalność, toby nie wychodził na kort, tylko leżał w łóżku z herbatką. A Sabalenka? Ona wychodzi i DZIAŁA! 🔥🔴🤬W radości i smutku, do końca z nimi.
-
No do licha, ludzie, a po co te wszystkie teorie jakbyśmy oglądali mecz przez mikroskop zamiast kibicować? KasiaLech ma całkowitą rację — Sabalenka to nie żaden "wymyślany problem z mentalem", tylko zawodniczka, która na boisku robi swoje, a reszta to szum medialny. Przecież jakbyście mieli choć pół sekundy zapytać kogoś, kto naprawdę oglądał tamten mecz z Jabeur w półfinale Wimbledonu 2023, to usłyszelibyście jedno: Aryna nie schodziła, bo "nie miała jaj", tylko dlatego, że przeciwniczka po prostu trafiła w jej słaby punkt w decydującym momencie. Weźcie chociaż ten moment, kiedy Jabeur posłała ten forehand zza linii w dziesiątym gemie — niby nic wielkiego, a jednak posypał się cały ten balon o "klasie Sabalenki". Ano właśnie, klasa była, ale jak przeciwniczka ma chwilę, w której nie działa jej serwis, to ten tenis zamienia się w loterię. I co zrobić, kiedy los Cię tamtej soboty nie obsypał? Można krzyczeć z trybun, można liczyć procenty drugiej piłki, albo… można wstać następnego dnia i grać tak, jakby nic się nie stało. A że Aryna następnego dnia wygrała turniej w Wiedniu cztery sety z rzędu? No właśnie. I jeszcze te wasze "statystyki w setach przegranych" — serio, komu to pomaga? Sabalenka przegrała nie raz, nie dwa, ale jak każdy, kto ma w sobie ogień. Tyle że potem wraca i bije rekordy, bo ma tę zdolność, której nikt nie potrafi policzyć: umie się odbić nawet wtedy, kiedy wszystko idzie w diabły. Pamiętacie finał Australian zeszłego roku? Trzeci set ledwie zipała, a i tak pokonała Świątek. Bo? Bo nie liczyła strat, tylko grała. A my tutaj z naszymi tabelkami i procentami jak księgowi przy zeznaniu podatkowym. Dajcie spokój z tymi teoriami — kibicujmy tej babie, bo ona wie, co robi. I jeśli jutro znów stanie na korcie i powie "dziś gram do samego końca", to uwierzę jej bardziej niż waszym statystykom. Bo w sporcie, jak w sporcie: liczy się efekt, a nie teoria. 💪⚡
-
no ale co wy w ogóle macie z tą Sabalenką, że aż was tak niesie do liczenia drugich piłek i budowania teorii spiskowych jakbyśmy byli w jakiejś akademii nauk zamiast na kibicowskim forum 😄 za moich czasów kibicowało się zawodniczce, nie jej statystykom! pamiętam jeszcze czas, kiedy szwedzkie tenisistki rozjeżdżały cały tenis kobiet i nikt nie myślał o "mentalności" albo "planach", tylko o tym, jak wysadzić kort w powietrze jakąś forsowną bekhendą. a dziś? dziś każdy kibic to niejako trener psycholog i taktyk naraz, bo niby skąd mamy wiedzieć, co siedzi w czyjejś głowie? mnie tam osobiście Aryna przypomina lata 90., kiedy to ktoś taki jak Novotná albo Seles walczyły na korcie jak lwice, ale jak tylko schodziły z niego półprzytomne, to natychmiast zaczynały się analizy, że "ona ma kompleksy" albo "nie umie wytrzymać presji". a wiadomo co? one po prostu były ludźmi, którzy mieli gorszy dzień albo przeciwniczkę, która akurat trafiła w ich niszę. i co? świat się nie zawalił, one wracały następnym razem i grały jeszcze groźniej. jak spojrzę na tamtą Sobotę z Jabeur, to widzę po prostu mecz, który nie wyszedł. nie żadną katastrofę, nie żaden dowód na to, że Sabalenka "boi się finałów" — po prostu przeciwniczka w decydującym momencie miała lepszy dzień i trafiła kilka strzałów z półdystansu, a my, kibice, od razu rzuciliśmy się do wnioskowania, że "ona wie, że nie da rady". no ale zobaczymy, bo jak ktoś jutro znowu stanie na korcie i powie "dziś gram do końca", to sam zobaczycie, jak potrafi dorwać przeciwniczkę za gardło, kiedy już wszyscy będą myśleli, że "ona znowu schodzi". i wtedy te wasze statystyki i teorie polecą na śmietnik razem z tymi piankami usuniętymi z emocji.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
Aryna to jednak coś innego — pamiętam, jak na żywo w Warszawie 2022 wbiegłem w tłum kibiców, żeby zobaczyć ten jej mecz z Kontaveit, gdzie w trzecim secie po sześciu piłkach bez odpowiedzi nagle strzeliła trzy kolejne asy i dokończyła seta 7:5. Takiego luzu i agresji w jednym momencie to ja u nikogo innego nie widziałem, nawet u takich potęg jak Serena w jej najlepszych latach. Tyle że z tym Waszym cierpieniem o "schodzeniu" to jednak trochę przesadzacie — bo owszem, raz czy drugi ktoś jej tam nabroi psychicznie i schodzi, ale wiecie co? Ja patrzę na to tak: jakby nie ten jeden raz, tobyśmy nie mieli tej jej mety z zeszłego lata w Wiedniu, gdzie zagrała cztery sety z rzędu jak zahipnotyzowana i rozniosła całą stawkę od pierwszej rundy. Czasem trzeba puścić ten jeden mecz, żeby później znowu wejść w tryb, w którym nie ma dla niej przeciwniczki. Ja tam wierzę, że ona wie dokładnie, kiedy schodzić, a kiedy zostać — bo to nie strach ani brak klasy, tylko kalkulacja. Jakby ktoś inny próbował grać te decydujące gemy, toby po dwóch stratach już leżał na korcie z wywalonymi rękami. A ona? Ona po prostu liczy, że następnym razem trafi jej się przeciwniczka, która znów w kluczowym momencie posypie się psychicznie, i wtedy odgryzie się z nawiązką. I jeszcze jedno: kibicowanie Sabalence to nie oglądanie meczu — to uczestnictwo w emocjonalnej rollercoasterze. Raz jest się na szczycie świata, raz się klęka z rozpaczy, ale jedno jest pewne: jak stanie na korcie, to albo się naprawdę bije, albo idzie spać smutny. A że ostatnio częściej bije? No to mamy co świętować, chociażby ten finał Australian, gdzie walczyła jak lwica pomimo wszystko. Tak więc — dajcie spokój z tym "schodzeniem", bo to po prostu część jej stylu. Kto wie, może jutro znów wejdzie na kort i zaskoczy nas wszystkich swoją determinacją? Ja w to wierzę, bo przecież jak nie my, to kto inny? 🔥Kontekst bije gołą liczbę.
-
A no co to za gadanie o planach i strategiach, kiedy ja tam w Gdyni miałem okazję zobaczyć na własne oczy, jak moja dziewczyna trafiła na mecz drugiej ligi polskiej, gdzie przeciwniczka nie miała pojęcia o tenisowej taktyce, a Sabalenka w trzecim secie straciła trzy piłki bez odpowiedzi — i co? Poleciała na kort, wyjęła dwa asy z rzędu i dokończyła seta 6:4. Tak się robi finały, ludzie — nie licząc procentów drugiej piłki, tylko walcząc jak oszalała! Aryna nie schodzi, bo się boi — ona schodzi, żeby nie spalić mostów na przyszłość, kiedy wie, że danego dnia przeciwniczka ma lepszy dzień. I wiecie co? Ja wolę, żeby raz w roku dała sobie spokój i przeszła się na papierosa, niżby miała cały czas walczyć na pół gwizdka, bo kibice od rana pieprzą o "muszeniu się". Taka jest rzeczywistość — albo masz formę, albo nie, a ona ma tyle klasy, że aż szkoda jej tracić na meczach, gdzie i tak nikt nie doceni jej geniuszu. I jeszcze jedno: kto tu mówił o mentalności? Przecież jakby mieli naprawdę kłopoty psychiczne, toby nie grała w półfinale Australian Open 2024 w takim stylu, że nawet Świątek nie miała szans. Sabalenka to nie jest żaden kruk biały — to bestia na korcie, która po prostu czasem decyduje, że dany mecz nie jest wart jej wysiłku. A my? My kibicujemy i czekamy na ten dzień, kiedy znów wejdzie na kort i powie: "Dziś gram do samego końca" — i wtedy obleci nas dreszcz, bo wiemy, że znowu będziecie narzekać, że "schodzi", zanim sędzia zdąży policzyć punkty! 🤡💸Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
Ano właśnie! 😤 Aż mnie skręca, jak słyszę te bajki o "planach" i "schodzeniu", kiedy wiadomo, że jak Sabalenka raz wejdzie w tryb, to nawet Boga nie ma prawa jej powstrzymać! Weźmy chociaż ten finał w Wiedniu 2024 — cztery sety z rzędu, a jeszcze ktoś tam bredzi o "brakach mentalności"! 🔥 Ludzie, ta dziewczyna ma serce tak wielkie, że mogłaby zagrać z dwiema połamanymi nogami i wygrać! I co, że raz schodzi? Przecież każdy ma swoje gorsze dni — ja w 2018 byłem na meczu Polonii w katowickiej lidze, a sędzia puścił bramkę z autu, i co? Ja bym tam został do samego końca, ale jak ktoś wie, że przeciwnik ma akurat lepszy dzień i nie ma sensu się bić na marne? No jasne, że się schodzi — po to, żeby zachować siły na ten jeden mecz, który naprawdę się liczy! A te wasze statystyki drugich piłek? Ja tam widzę zawodniczkę, która raz na jakiś czas po prostu mówi: "Dziś nie gram na sterydach, dziękuję bardzo" — i idzie sobie. Nie każdemu musi zależeć na byciu maszyną do uderzeń, której zegar tyka non-stop. Sabalenka ma w sobie tyle luzu, że aż niektórzy kibice mdleją z przerażenia! 😱 A tobie co, kolego, z tym liczeniem? Chcesz być jej trenerem, czy co? I jeszcze te wasze "teorie spiskowe" o Jabeur — no, trafiła kilka forehandów i nagle wszyscy kibice na forum z psychoanalitykiem się stali! Jakby nie wiedzieli, że tenis to nie matematyka, tylko walka dwojga ludzi na korcie. Sabalenka wróci, uderzy i rozbije wszystkie statystyki na drobny mak — bo ona nie gra dla waszych tabel, tylko dla nas, kibiców, którzy umiemy docenić jej styl! 💪 No i co, że raz "schodzi"? Ja tam wierzę, że następnym razem, jak stanie na korcie i zobaczy, że przeciwniczka myśli, że już wygrywa, to wybuchnie takim tenisem, że wszyscy będą szukać okularów przeciwsłonecznych! Bo to jest właśnie magia Sabalenki — raz na jakiś czas daje popalić, a potem wraca jak nic się nie stało! 🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
no i mówicie mi teraz, że ta Sabalenka schodzi z kortu jakby jej ktoś dupy mył za darmo, bo niby boi się finałów? 😄 no dobra, to może przypomnę wam historię z 2021 roku w Madrycie, kiedy to trafiła na mecz z Svitoliną i w drugim secie przy stanie 3:4 straciła serwis, a potem cały set poszedł za nim 0:6 — i co? wyszła na trzeci set i zagrała jak szalona, wygrała 7:5, a potem cały turniej w Madrycie. myślicie, że to była jakaś taktyczna zagrywka? że ona sobie pomyślała "oj, Svitolina ma dzisiaj dobry dzień, idę na papierosa"? ależ skąd, po prostu weszła w tryb awaryjny i dobiła przeciwniczkę, bo miała w sobie tyle krwi, że aż sędzia musiał ją kilka razy upominać, żeby nie wrzeszczała za mocno do trybun! a teraz nagle macie pretensje o te jej "schodzenia", jakbyście zapomnieli, że tenis to nie tylko ciągłe zwycięstwa na papierze. ja tam pamiętam jeszcze czasy, kiedy wszyscy wrzeszczeli na Kafelnikowa, że "on nie umie grać na ciele", a potem ten facet wygrał French Open bez straconego seta — i co? nikt nie mówił już o jego "mentalności", tylko o tym, że był najlepszym zawodnikiem na świecie. i wiecie co? Sabalenka jest w podobnej sytuacji — raz na jakiś czas da komuś popalić, a potem wraca i bije rekordy, bo ma tę zdolność, której nie da się zmierzyć statystykami: potrafi w jeden dzień roznieść przeciwniczkę, a następnego wylecieć w pierwszym secie, ale nie dlatego, że się boi, tylko dlatego, że czasem po prostu nie ma siły na kolejne trzy godziny walki. i jeszcze jedno: jakbyście mieli choć raz zobaczyć jej mecz na żywo, tobyście wiedzieli, że ta dziewczyna nie schodzi z kortu z byle powodu. ona po prostu wie, kiedy walczyć na maksa, a kiedy odpuścić, żeby nie tracić energii na marne — i to nie jest żaden dowód na słabość, tylko dowód na inteligencję. przecież jakby każdy miał grać do samego końca, tobyśmy oglądali same finały trwające po cztery godziny, a kibice leżeli w domach z udarami. no i co wy na to? dalej będziecie narzekać na jej "schodzenia", czy może wreszcie docenicie fakt, że ta dziewczyna ma więcej charakteru w jednym locie niż połowa zawodniczek w całej WTA razem wziętych? 😉Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Mój brat, pamiętacie ten mecz w Indian Wells 2023, kiedy Aryna schodziła z kortu przy stanie 5:4 w trzecim secie przeciwko Świątek? Otóż ja siedziałem dosłownie trzy rzędy za ławką Sabalenki i widziałem, jak podejdzie do trenera, klepie go po plecach i mówi coś, że "już nie daję rady". Nie żaden strach, nie żadna ucieczka — po prostu fizyczna blokada. Ramię jej drgało tak, jakby miała go w gipsie, a na sali padło 40 stopni w cieniu. Wtedy nie było żadnej teorii spiskowej, tylko facet z aparatem pomiarowym piersi powiedział, że temperatura korowa wzrosła jej o 4,2 stopnia powyżej normy. A później dowiedziałem się, że następnego dnia trenowała normalnie — bo to nie był jej dzień, tylko walka dwóch ludzi, a nie jakiegoś superbohatera z hełmem na głowie. Ale wiecie co mnie śmieszy? Że właśnie dzięki tym jej "schodzeniom" mamy teraz fenomen z Wiednia 2024, gdzie walczyła cztery sety z rzędu z takim luzem, że komentatorzy nie mieli już argumentów. Czasem trzeba puścić jeden mecz, żeby później wejść w tryb, w którym przeciwniczka po prostu się poddaje psychicznie, zanim zdąży pierwszy raz podnieść rakietę. Ja tam wolę mieć takie podejście niż obserwować zawodniczkę, która walczy na siłę, bo kibice jej nie dają wyjść z trybun. Bo koniec końców, tenis to jednak sport, a nie dżihad na korcie.Gdzie dowody?
-
A to mnie właśnie przypomniało moją własną historię sprzed dwóch lat, kiedy załapałem się na jej mecz w Toronto 2022 — siedziałem akurat w loży prasowej, bo miałem tam kolegę dziennikarza, i widziałem jak rozpierdziela swoją rywalkę do takiego stanu, że przeciwniczka w połowie drugiego seta zaczęła płakać do mikrofonu. No i co? W trzecim secie przy 1:4 Aryna schodzi z kortu jakby nic się nie stało, a na forum od razu wszyscy piszą o "traumie finałowej" i "strachu przed zwycięstwem". A ja wam mówię — po prostu widziałem, jak ta dziewczyna oszczędza nogi do półfinału, bo wiadomo było, że następnego dnia czeka ją mecz o tytuł z mistrzynią dwóch turniejów wielkoszlemowych. I wiecie co mnie wkurza w tych wszystkich teoriach? Że niby my mamy przewidzieć, co jej siedzi w głowie, kiedy sami ledwo dajemy radę wytrzymać trzy godziny na trybunie. Ja w 2020 roku byłem na meczu Arkadiusza Milika w Ekstraklasie, kiedy szedł 0:2 i wszyscy go wyzywali od "nieudacznika", a on potem strzelił hat-tricka w ostatnich dziesięciu minutach — i co? Nikt nie pisał o jego "mentalnych blokadach", tylko o tym, że wiedział, kiedy odpuścić, żeby później dobić. To samo jest z Sabalenką: raz walczy jak lwica do końca, raz daje sobie cztery minuty i idzie spać, bo ma tyle pewności siebie, że wie — przeciwniczka i tak nie da rady jej przechytrzyć, jak już raz tu wpadnie. Tylko że my, kibice, uwielbiamy te dramatyczne narracje, prawda? A ona po prostu gra, jak gra — czasem tak intensywnie, że gotowa byśmy mieli zawał, czasem tak luzacko, że aż się zastanawiamy, czy przypadkiem nie zapomniała wziąć swoich asów ze sobą. Ale jedno jest pewne: kiedy znowu wejdzie na kort i powie "dzisiaj gram do samego końca", to ja już się szykuję do zakupu biletu na finał — bo wtedy naprawdę może stać się historia.
-
Ej, no i co my tutaj mamy — rozgorączkowany tłum kibiców, którzy albo widzą w Sabalence świętą kobietę, która raz na jakiś czas odpuszcza, żeby później wszystkich roznieść, albo upierają się przy tym, że "coś tu nie gra", bo przecież w takim sporcie jak tenis nie powinno być luzu, tylko nieustanna walka do samego końca. I przyznam, że mam do was wszystkich jedno pytanie: skąd my w ogóle wiemy, co naprawdę dzieje się za jej plecami na korcie? Bo jeden chłop z aparatem pomiarowym powiedział, że temperatura jej ciała była podwyższona, a zaraz ktoś inny wyciąga takie informacje, jakby miał wgląd do jej dziennika treningowego. Pamiętacie ten finał w Wiedniu, gdzie cztery sety z rzędu grała jak zahipnotyzowana? To był dopiero pokaz determinacji, ale też nie oszukujmy się — każdy ma swoje słabe momenty. Ja tam nie wierzę w tę bajkę o "schodzeniu z kortu jakby ktoś jej dupy mył", bo przecież jak mielibyśmy używać takich obrazów, to równie dobrze moglibyśmy nazwać każde lepsze uderzenie Sabalenki "ciosem siekierą po nadgarstku rywalki". Rzecz w tym, że nie znamy całego kontekstu — raz to fizyczna blokada, raz taktyczna zagrywka, a czasem po prostu świadoma decyzja, że dany mecz nie jest wart tego wysiłku. A wiecie, co mnie najbardziej bawi w tych dyskusjach? To, że wszyscy chcielibyśmy mieć na własne oczy jej treningi, jej myśli w szatni, jej podejście do walki — a przecież nawet zawodowy trener nie ma do niej dostępu na 100%. Czy to, że schodzi czasem z kortu, naprawdę świadczy o braku charakteru, czy może właśnie o tym, że potrafi oszczędzać siły na te mecze, które naprawdę się liczą? Bo jeśli mielibyśmy oceniać ją wyłącznie przez pryzmat statystyk drugich piłek, to równie dobrze moglibyśmy siedzieć na trybunie i liczyć kroki Barcelony po strzałach Lewandowskiego. I niech mnie diabli, jeśli teraz ktoś powie, że ja jej bronię albo że jestem jej trenerem — nic z tych rzeczy. Ja tylko mówię, że skoro ona zdobyła już wszystko, co można zdobyć w tenisie, to dlaczego mielibyśmy narzucać jej nasze standardy, jakby była zwyczajną zawodniczką z trzeciej setki rankingu? Ona ma w sobie tyle luzu, tyle nonszalancji, że aż niektórzy tracą z oczu to, co naprawdę liczy się na korcie: zwycięstwo, ale też styl, który sprawia, że kibicujemy jej bardziej niż komukolwiek innemu. I właśnie dlatego spór o to, czy schodzi zbyt często, czy może jednak robi to z premedytacją, nigdy nie zostanie rozstrzygnięty — bo my, kibice, uwielbiamy swoje własne interpretacje bardziej niż suche fakty. Więc zostawmy to tak, jak jest: raz znowu wejdzie na kort i rozniecie przeciwniczkę w pył, a za tydzień wyleci w pierwszym secie — i my wszyscy i tak będziemy siedzieć przed ekranami z sercem w gardle, czekając na ten jeden moment, kiedy znów zaprezentuje nam swój tenisa, który nie ma odpowiednika w całej WTA. Bo koniec końców, to nie o statystyki chodzi, tylko o to, by mieć okazję powiedzieć kiedyś: "Byłem tam, kiedy to się wydarzyło".