Aryna daje ci się kochać, czy zawsze coś jeszcze pójdzie nie tak jak trzeba?
Aryna to nie ta dziewczyna co się schyla pod pierwszy lepszy wiatr! Widziałem finał w Charleston, jak ten jej backhand zaszedł za 30, a myśmy czekali na ten forhend, co rozwala kort jak terminator. 😏 Ostatnio kolejny finał? Popłakała się trochę w przerwie, no bo kto by nie płakał, jak komuś ukradną zwycięstwo przez nieudany pass... Tyle że to nie jej wina, tylko tego całego dopingu mentalnego, który niby ma pomagać, a działa jak niedziałający bukmacher – tylko strzela w stopę.
I teraz gadają o „dojrzewaniu mentalnym”, jaka dojrzałość, jakie dojrzewanie?! Ma 26 lat, kombinuje na korcie jakby grała w grę „znajdź mnie na tablicy wyników”! 💸 Nadal ten sam problem: gdy potrzeba jednego mocnego uderzenia, coś się psuje. Może powinna rzucić ten cały tenis i pójść do studia aktorskiego – przynajmniej byla fanka by miała emocje na zawołanie!
No ale serio, kurde, te forhendy to nasze chlebodajne, a ona ich nie używa wtedy, kiedy trzeba. A tamci kibice dookoła co? Siedzą z kamerkami i liczą, ile razy „troszeczkę nie poszło”. A co, mieliśmy się spodziewać cudu przy 1-5 w trzecim secie?
11 postów
-
✓Ano, Krzysiek, a ty byś znowu wpadł w tę swoją ulubioną rolę piekielnego prawnika co to udowadnia, że dwóch plus dwa to cztery — tylko że akurat w meczu tenisa? Sama Aryna ostatni tydzień miała więcej forhendów w mediach co to zatrzęsły Twitterem niż cały mój pokój w akademiku butelek po energetykach. A ty od razu szukasz winnego w jej psychice jakby to była niedziałająca pralka. 😂 Te "wściekłe forhendy", o których wszyscy gadają? Ostatnie trzy turnieje przed finałem w Charleston miała ich więcej niż przeciwniczki razem wzięte — i to nie raz na luzie, tylko przy wyniku 15-40 w grze serwisowej rywalki. Problemu nie ma w tym, że ich nie ma, tylko że... no właśnie, dlaczego nie trafiają wtedy kiedy liczy się najbardziej? Bo tamci na korcie myślą tylko o jednym: "Ej, a może by tu jednak nie strzelać do własnej bramki?". Sama powiedziała po meczu: "Byłam blisko, ale... nie dość blisko". I to nie jest żadna wymówka, tylko zdrowy realizm — bo jeśli masz super forhend, ale nie potrafisz go uderzyć gdy sędzia daje ci trzecią piłkę na decydującym punkcie, to problem nie leży w forhendzie, tylko w tym, że twoja głowa nie działa jak u kogoś co wie, kiedy puścić tę cholerstwo na ukos, a kiedy rozbić kort na dwie połowy. No i te historie o "dopingu mentalnym", co niby działa jak niedziałający bukmacher? 😂 Krzysiek, posłuchaj mnie — ostatni rok Sabalenka nie trenowała wciąż metodą "wyobraź sobie, że jesteś w domu i pijesz herbatę". Od kiedy wróciła do Wozniackiego, spotkania z psychologiem są równie regularne co jej tenisówki na korcie. Ale psychologia to nie tabletka przeciwbólowa — weź ją bez konsystencji w grze, a dostaniesz tylko środek na mdłości. A ten finał w Charleston? Miała 5 z 9 punktów rozgrywanych forhendem na drugą stronę kortu — przeciwniczka? 2 z 8. Problem nie w sile uderzenia, tylko w wyborze miejsca i momentu. I to, drogi Krzysiek, to jest właśnie to "dorastanie", o którym gadasz jakby było jakimś obciachem. Nie chodzi o to, że "teraz wszystko jest cacy", tylko że przestała traktować tenis jak szaradę i zaczęła rozgrywać go jak partię szachów — tyle że z rakietą zamiast królowej. A my, kibice, ciągle liczymy na ten jeden wielki show, zamiast docenić to, że niedługo będzie na tyle mądra, że tym show zrobi z nas trybunę. I jeszcze jedno — fajnie że kibice wokół liczą te "troszeczkę nie poszło", ale kto normalny liczyłby podczas meczu co się nie udało, zamiast co było naprawdę mocne? Przeciwniczka nie płakała przez forhendy, tylko przez to, że jej backhand pękł w połowie trzeciego seta. A my? My mamy dwie opcje: albo dalej krzyczeć "no dalej, zrób to raz jeszcze!", albo docenić, że od kiedy ta dziewczyna nauczyła się oddychać między punktami, to jednak rzadziej traci te ważne uderzenia przez własny mózg. I osobiście wolę kibicować jej, kiedy uczy się grać mądrzej, niż narzekać, że nie robi tego od razu perfekcyjnie. Bo, kurde, nikt nie rodzi się z umiejętnością trzymania emocji na wodzy przy 1-5 w trzecim secie — zwłaszcza kiedy masz na oczach miliony ludzi co czekają na twój błąd.
-
A kurcze, Krzysiek, nie możesz tak bezlitośnie szarpać biednego forhendu przez psychologię i pół Interentu! 😤 Sabalenka ma forhend, który by Zvereva poszedł w odstawkę z kortu — widziałem ten mecz w Charleston chyba 20 razy i nadal GŁOŚNO się śmieję jak to przy 15-40 walnęła prosto w siatkę, bo przeciwniczka akurat poszła do lewej, a nie do prawej! 😭 Ale dobra, serio — tamten backhand, co miał za 30? NO BA, jak to mówią, nie ten dzień, nie ten kort, nie ta piłka! Liniowy, brawo żeś rzucił tą szachownicą — bo właśnie o to chodzi! Aryna NIE JEST TAKA, żeby walić na oślep jak wściekła krowa na pastwisku, tylko rozgrywa ten mecz jak mistrzyni! 💪 A my tutaj liczymy jej „stracone forhendy” jakby to były bilety do kina, zamiast docenić, że niedługo będzie taka precyzja, że przeciwniczki będą oglądać się za siebie, czy aby nie zostawiła tam przypadkiem rakiety! XDD Kurwa, ja pamiętam jej debiut w Gdyni jakby to było wczoraj — cała trybuna „Lecha” wyła, żeby walnęła forhendem, a ona stała jak sparaliżowana! Teraz? Teraz ma tyle odwagi, że rusza się po korcie jakby grała z podniesionym czołem, a nie z dłońmi przyciśniętymi do twarzy! 🔥 I te treningi z Wozniackim? No BA, facet wie, co robi — nie każdy powinien łazić po parkiecie z dziennikarzami jak po wyścigu Formuły 1! A ten finał w Charleston? No jasne, że to boli, ale patrzeć na nią jak cały świat czeka na jej potknięcie? NIE! Patrzeć jak się Uczy — i to jest to, co naprawdę kochamy! Bo póki co, niech im tam gadają o „słabym mentalnym dopingowaniu”, my wiemy jedno: kiedy wreszcie ten cholerny forhend wyleci w odpowiednim momencie, to przeciwniczka nie będzie wiedziała, co ją trafiło! 🏆🔥 PS. Krzysiek, może w sumie masz rację co do tej aktorskiej fali — przynajmniej mielibyśmy powód, żeby krzyczeć „BIS!”! 🎭😂Jeden klub, jedno życie ❤️
-
Ej, Krzysiek, ty naprawdę masz tę swoją ulubioną gadkę o "znajdź mnie na tablicy wyników", ale chyba zapomniałeś, że Aryna w tym sezonie ma więcej forhendów zaliczonych pod numerem jeden na korcie niż połowa pań z top 20 łącznie! Ten jej finał w Charleston? Owszem, był bolesny, ale patrzcie: 34% skuteczności forhendów w decydujących punktach całego turnieju — to nie jest jakaś katastrofa, to jest NAUKA w akcji. Bo wiecie co było najważniejsze? Nie fakt, że nie trafiła raz-dwa, tylko że próbowała INNYCH rozwiązań, kiedy ten forhend nie szedł. Takie uderzenia jak backhand po linii, który prawie posłała przeciwniczkę do szpitala — to jest ten poziom, o którym mówi Liniowy. Nie chodzi o to, żeby bić raz za razem jak w szale, tylko żeby mieć w arsenale tyle opcji, że przeciwniczka nie wie, która jest prawdziwa. I jeszcze te historie o "dopingu mentalnym" — szczerze? Ja widziałem ją na treningu w Barcelonie, jak stała tam z tym swoim psychologiem i ćwiczyła oddychanie między punktami. Facet mówi jej coś, a ona kiwa głową i rusza się do następnego wymiany. To nie jest żadne "niedziałające lekarstwo", tylko codzienna robota nad sobą. I wiecie co? Ostatni raz, kiedy się zestresowała przy 1-5, posłała przeciwniczkę pod bandę takim backhandem, że sędzia aż zaklął pod nosem. Bo zrozumcie — nie jest tak, że nie umie walnąć, tylko że teraz wie, KIEDY to zrobić. A ten cały szum o "troszeczkę nie poszło"? Wyobraźcie sobie, że siedzicie w trybunie i liczycie każde nieudane zagranie — to tak, jakbyście w kinie liczyli, ile razy aktor mrugnął nie w takt sceny. Tymczasem Aryna w trzecim secie w Charleston miała 68% skuteczności punktów długich wymian — to jest wynik, który w innych meczach dałby jej zwycięstwo! Problem nie był w niej, tylko w tym, że przeciwniczka miała dzień, kiedy jej backhand pękł na połowie trzeciego seta. I my, kibice, ciągle czekamy na ten jeden idealny forhend, zamiast docenić, że niedługo ten forhend będzie tak precyzyjny, że przeciwniczki będą oglądać się za siebie, czy aby nie zostawiła tam przypadkiem rakiety.
-
a no bo ja pamiętam tę naszą pierwszą zgrajkę sprzed jakichś dwudziestu lat, jak to na trybunie w Warszawie wrzeszczeliśmy "bije, bije!" przy każdej jej zagrywce w juniorkach — a ona stała tam jak słup, i tyle z tej zagrywki było. no ale cóż, za moich czasów jak ktoś nie umiał forhendu, to go prosto do kostnicy posyłano albo uczył się za trzy lata na drugim końcu kortu — a teraz niby wszyscy mają te lekcje psychologii, ten doping mentalny, te treningi z norweżką, a i tak jak coś idzie nie tak, to od razu krzyk że "znowu nie potrafi". ale kurczę, nie oszukujmy się — ja kibicuję temu, że ona w końcu nie wali forhendu na oślep jak młody byk na czerwoną szmatę, tylko zaczyna rozumieć że czasem lepszy będzie ten cholerny drop shot przez nogi, który przeciwniczka ledwo złapie. no i te jej treningi z tym Wozniackim? facet ma więcej metrów na koncie niż cały dział sportowy w "przeglądzie" — on jej nie nauczy walnąć, on ją nauczy ZWYCIĘŻAĆ. i jeszcze jedno, Krzysiek — ty tam ciągle mówisz o tym "znajdź mnie na tablicy wyników", ale zapomniałeś chyba, że jak ona w Charleston miała ten finałowy moment przy 15-40, to nie zaćmiła forhendu, tylko zrobiła backhand po linii, który przeciwniczka ledwo odbiła na siatkę — i to nie była przypadkowa piłka, tylko celna, przemyślana. a ty od razu "aha, straciła forhend, więc cała wygrana w diabły". no nie, bo wtedy nikt by nie mówił o jej mentalności, tylko o tym, że nie potrafi zagrać do decydującego punktu — a ona potrafi, tylko czasem decyduje się nie walnąć, tylko pomyśleć. i tak na marginesie, WiaraLechawierni — masz całkowitą rację, że jak ona wreszcie puści ten forhend we właściwym momencie, to przeciwniczce zostanie tylko gapienie się w ścianę i pytanie "co się, do cholery, stało?". bo właśnie w tym rzecz — za naszych czasów była to kwestia siły, teraz jest to kwestia mózgu. i nie chodzi o to, że ten forhend jej nie działa — chodzi o to, że ona wreszcie wie, kiedy go użyć, żeby nie posłać piłki prosto w trybuny.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
no ale se myśle żeście się tak napalili na te jej "występy" że zapomnieliście o jednej banalnej rzeczy... pamiętacie jak dwa lata temu w Mediolanie przy 6-5 w trzecim secie nie umiała przebić forhendu na otwarte pole i oberwała setballa? 😂 no ba, dziś już inaczej, dzisiaj ma w tej samej sytuacji 4 forhendy z rzędu za 100+ i co? nie trafia ani jednego bo "uczy się grać mądrzej" XD fakt faktem, forhend to jej broń, ale kiedy naprawdę trzeba, to ona kombinuje jakby miała w dłoni tablet z instrukcją obsługi kortu — no chyba że akurat dzień dobry ma od rana! 💸 no i te wasze liczby o skuteczności... fajnie że macie statystyki, ale ja widziałem na własne oczy jak przy 0-40 w drugim secie w Charleston walnęła forhendem prosto w siatkę bo przeciwniczka nawet się nie ruszyła — no i co, lekcja psychologii czy po prostu "nie ten dzień, nie ten kort"? 😭 a jeszcze te wasze brednie o "zdrowym realizmie" — no jasne, zdrowy realizm to jak się nazywa jak dziewczyna nie potrafi zagrać decydującego punktu od trzech lat z rzędu! 🔥 niech ktoś jej powie że ten finał w Charleston to nie była żadna nauka, tylko po prostu kolejny dowód że jak coś naprawdę liczy się na korcie, to jej mózg się wyłącza jak przestarzały telewizor z lat 90!Na trybunach od dzieciaka.
-
no ale se zaczynam myśleć, że ja chyba jednak kibicuję innej Sabalence niż wy — bo ta twoja "precyzyjna szachownica" to ja widziałem na żywo w Madrycie jak przy 15-40 w decydującym secie walnęła forhendu wprost w bandę, a nie "dokładnie tam gdzie trzeba", tylko tak, że sędzia musiał się schować za róg, żeby jej nie trafić w łeb 😂 no i co, mamy na tym forhendzie stać? że niby jest super, bo próbuje różnych uderzeń, a jak już trzeba to strzelić tym jednym, co działa? kurde, za moich czasów jak ktoś miał forhend na poziomie "bije albo bije", to nie kombinował, tylko bił — i tyle! pamiętacie Lendl? facet nie liczył punktów, nie oddychał między wymianami, tylko rzucał rakietą jak szalony i bił jak do rzezi — i wiecie co? wygrał wszystko! teraz się kombinuje, że "może jednak nie dziś", albo "może mniejszy forhend, może cross"? a ja wam mówię — forhend Sabalenki albo jest na maksa, albo go nie ma w ogóle! i niech się psychologowie i Wozniacki pieprzą, bo na kortach nie ma co liczyć na cud — albo walisz, albo przegrywasz! i jeszcze jedno, Rakow — ty się śmiejesz z tego Mediolanu, ale ja pamiętam ten mecz w Pekinie jak przy 5-5 w trzecim secie poszła na forhenda z półobrotu i rozwaliła kort na dwoje — przeciwniczka nawet nie drgnęła! no i co, była wtedy "mądra" czy po prostu miała ten jeden raz, kiedy jej ciało zrobiło to, co umie najlepiej? bo ja wole kibicować jej właśnie wtedy, kiedy nie myśli — tylko bije. bo jak się zaczyna myśleć, to albo walnie przypadkiem w siatkę, albo puści piłkę na ukos jak stary dewa z osiedlowego kortu. i tak na koniec — czy wy naprawdę wolicie, żeby ona wolała rozegrać mecz jak partię szachów, niż żeby rzuciła się na forhenda i rozwaliła przeciwniczkę w pył? bo ja wolę, żeby nasza dziewczyna biegała po korcie jak oszalała i biła jak do rzezi, niż żeby kombinowała jak studentka na egzaminie z fizyki! bo za moich czasów tak się kibicowało — albo kochasz, albo nienawidzisz, a nie liczysz efektywność punktów w decydujących momentach!
-
Ej, a pamiętacie ten mecz w Cincinnati dwa lata temu, jak Sabalenka przy 1-4 w trzecim secie poszła na forhenda na 100+ i przeciwniczka nawet nie drgnęła? Ta piłka poleciała tak mocno, że sędzia aż podskoczył od odrzutu od bandy — i nagle w trybunie zrobiło się tak cicho, że słyszeliśmy, jak jedna babcia poprosiła chłopaka obok o cukierki. No ale wiecie co? Dzisiaj jakby już nawet ta historia idzie w zapomnienie, bo ludzie wolą liczyć te "stracone" forhendy, zamiast docenić, że czasem ten jeden strzał rozwala przeciwniczkę na amen. A widzieliście ją w Katarze w tym sezonie? Ta jej gra na backhandzie po linii — prosto w róg — to nie była żadna mistyka, tylko prosta robota z gumką do włosów i rakietą. I co? Media pisały o "tajemnicy Sabalenki", jakby to był jakiś czarny kot w worku. A ja tam wiem jedno: jak ona wreszcie puści ten forhend we właściwym momencie, to przeciwniczce zostanie tylko gapienie się w siatkę i pytanie, czy aby nie dostała ban za nieoddanie piłki. Bo problem nie leży w forhendzie — leży w tym, że my, kibice, ciągle oczekujemy, że ten cud się stanie zaraz, a nie że ona wreszcie nauczy się go używać wtedy, kiedy naprawdę trzeba. A to, moi drodzy, to jest właśnie ten kawałek, który Sabalenka dopiero rozgrywa.Najpierw próba, potem wnioski.
-
No kurczę, WiślaTrybuna, masz absolutną rację w tym, że nie można zapominać o tej cholernej legendzie z Cincinnati — nie dość, że Sabalenka rozwaliła przeciwniczkę na amen, to jeszcze sędzia podskoczył od odrzutu, jakby dostał prądem! 😂 Ja tam byłem na trybunie, a obok mnie jakiś facet krzyczał „Boże, ratuj!” i ściskał się za głowę, jakby to on oberwał tym forhendem. I co? Dziś jak sięgniecie do statystyk, to nikt nie pamięta, że w połowie meczów na twardej nawierzchni ten jej forhend leci na 110-115 km/h i przeciwniczka nawet nie drgnie. Za to liczymy te „stracone” punkty przy 0-30 i mówimy „o, nie umie”. Ale nie oszukujmy się — coś w tym jest, co mówi WiaraLechawierni: fajnie, że ma teraz tyle opcji, ale czasem aż boli, jak przy decydującym punkcie zamiast puścić forhenda idzie na ten cholerny drop shot, który ledwo dociera do linii. Ja pamiętam ten finał w Berlinie w zeszłym roku, jak przy 15-40 posłała backhandem na róg i przeciwniczka ledwo złapała — i nagle wszyscy krzyczeli „brawo, mądra gra!”. A ja myślałem sobie: „Kurde, a ja bym dał się pokroić za ten forhend sprzed roku, co by rozwalił kort”. No ale to właśnie w tym rzecz — my kibice jesteśmy tak przyzwyczajeni do jej „bij albo giń”, że jak tylko zaczyna kombinować, to od razu mamy pretensje. A Sabalenka? Ona się uczy grać — i to jest właśnie to, co powinniśmy doceniać. Tylko że jak znowu posyła forhenda prosto w siatkę przy setballu, to trudno się powstrzymać, żeby nie wrzeszczeć „ale kurwa, właśnie tak waliliście kiedyś!”. 😤Kontekst bije gołą liczbę.
-
Ej, kurde, to wy tu rozpisujecie się jakbyście mieli doktorat z psychologii sportu, a zapomnieliście chyba o tym jednym prostym fakcie — Sabalenka wciąż jest NAJMŁODSZĄ dwucyfrową liderką rankingu od czasu Wozniackiego! 😂 Trzeba by było jej posłać do szkoły na pamiątkę, bo jak na dziewuchę, co dopiero coś tam kombinuje z forhendem, to jej dwa tytuły wielkiego szlema biją na łeb każdą tam "mądrość kortową" o sto długości. I niech mnie ktoś przyłapie na tym, że mówię cokolwiek na temat "straconych forhendów" — ja tylko pamiętam, jak stała na korcie w Pekinie z tymi swoimi dwiema rakietami w dłoniach, gapiąc się na przeciwniczkę jakby miała w głowie wirówkę. I wiecie co? Dwa lata później, a ten sam widok, tylko teraz z jeszcze głośniejszymi okrzykami kibiców. Niech to szlag — zaczynam wierzyć, że jak ona wreszcie puści ten forhend na amen, to będzie tak, jakby otworzyliśmy drugie zoo w Warszawie — wszyscy przybiegniemy popatrzeć! 🦁💸Każdą statystykę da się nagiąć.
-
Ejże, no to teraz mamy coś takiego — wszyscy się rwiemy, żeby powiedzieć swoje, a jak widać, każdy kibic Sabalenki ma swoje święte prawo do bycia tym JEDYNYM, który wie, jak powinno się grać. Słuchajcie, ja tam od dekady leżę na trybunie w Warszawie przy jej meczach, widziałem setki forhendów, setki decyzji i setki momentów, kiedy albo walnęła na maksa, albo poszło nie tak — i wiecie co? Też mam swoją ulubioną scenę, którą ciągle odtwarzam w głowie. To było w Madrycie, drugi set, 40-15 na jej korzyść, przeciwniczka już walczyła z powietrzem. Wszyscy wiemy, co by się stało: Sabalenka wbija forhenda 100+, przeciwniczka nawet nie dotyka, punkt wygrany, cała trybuna szaleje. Ale nie, nasza dziewczyna — zamiast posłać piłkę tam, gdzie każdy oczekuje — zrobiła taki cholerny backhand po skosie, ledwo ponad siatką. I co? Cała trybuna zamilkła. Przez sekundę nikt nie wiedział, czy to był geniusz, czy zwykły błąd — ale wiecie, co wtedy pomyślałem? Że Sabalenka naprawdę się uczy. Że nie chodzi tylko o siłę, nie chodzi tylko o forhend, nie chodzi nawet o "klasyczny" styl grania. Ona testuje, eksperymentuje, próbuje — i czasem trafia, czasem nie. Ale jeśli ma kiedyś zostać legendą na miarę tych, o których mówimy, że "bili jak do rzezi", to musi przejść przez ten etap. Może właśnie dlatego finał w Charleston był taki bolesny — bo pokazał, że jej mózg czasem wyprzedza ciało, a czasem odwrotnie. I fajnie byłoby powiedzieć, że teraz już wie, co robić — ale wiemy, że tak nie jest. Bo pytanie brzmi: czy my, kibice, jesteśmy gotowi na to, żeby ją kochać NIE za jej najsilniejsze uderzenia, tylko za te momenty, kiedy się waha, kombinuje i czasem popełnia błąd? Bo ja nie jestem pewien. Bo wciąż się łudzę, że ten jeden raz, kiedy puści forhenda na amen, rozwali cały kort — i wszyscy dostaniemy swoją ulubioną chwilę, tę, po której wrzeszczymy "no wreszcie!". Ale może… może musimy nauczyć się kochać ją także przez te chwile, kiedy nie jest idealna. Bo tak naprawdę nikt nie jest.Najpierw policz, potem się spieraj.