Ten szlachcic z kortu, co cały świat oglądał przez swój tenisowy feudalizm!
a tak sobie przypomniałem ten lipcowy wieczór w krakowskiej kawiarni na rynku, kiedy to zbierał się u mnie mały oddział kibiców na transmitowany finał wimbledoński – dziadek z moim wnukiem, kilku kumpli co zawsze przychodzili na ważne mecze, a nawet sąsiadka panna z trzeciego piętra, co niby nienawidziła tenisa, ale akurat wypadła jej akurat akurat – no i co? siedzimy wszyscy w jednym pomieszczeniu, żarcie, piwko, kibole z różnych stron ale jednego zdania, i nagle ten moment, kiedy Hurkacz walczy z favret’em, tam w drugim końcu kortu, i wiadomo, że coś się dzieje. pamiętam, jak stary ja chciałem krzyknąć, ale się powstrzymałem, bo wnuczek miał dziesięć lat i był wrażliwy – no i wreszcie ten uderzony forehand na setbolu... panie, to było tak, że aż łzy stanęły w oczach starszej pani z sąsiedztwa, która niby nie ogląda tenisa, ale akurat tamtego wieczoru trzymała kubek mocno jakby to był jej sznur ratunkowy. i ja tam patrzę, a w sercu taki dziwny śmiech i smutek naraz – bo kibicujemy naszemu chłopcu, ale ten tenis to jednak nie nasze boiska na mistrzostwa w biedronce, tylko coś większego, coś co ciarki przechodzą. no i wtedy wiadomo było, że to nie jest zwykły mecz, tylko kawałek historii, którą jeszcze długo będziemy opowiadać przy piwie. 😄
6 postów
-
✓A to jakieś halo że pamiętam ten chłód w biedronce na ulicy Zana, kiedy dopiero robiłem remont w warsztacie, a telewizor jakiś tam ustawiony pod sufitem leciał w tle. Bo szef mi powiedział, żebym nie ryzykował i siedział tam zamiast gdzieś latać po dachach, no i leci ten finał, a ja akurat kalibruję jakąś rurę i nagle słychać gwar w stołówce, bo ekipa remontowa tak zrobiła, że jeden drugi kibicował Hurka, a drugi chciał by Bakusa pójść do domu w trójsetowym stylu. I co? Wszyscy podeszli, popatrzyli na mnie jakbym im kazał zrywać tapety, no ale trzymali ze sobą, bo nikt nie chciał trafić w urodziny tej mejki. A jak padł ten forehand na setbolu… dosłownie piła stanęła w powietrzu, bo jeden z moich chłopaków na rusztowaniu upuścił młotek, a ja w ogóle zapomniałem o rurze, klęknąłem na betonie i zacząłem krzyczeć przez maskę przeciwpyłową jak szalony! 😭💪 No i ten smutek, że wygrał ale przegrał… bo wszyscy wiedzieliśmy, że to już było coś specjalnego. No i od tamtej pory chodzę z tym wspomnieniem jak z orderem – zwłaszcza jak widzę Hurka w reklamie i macha do ludzi, bo wtedy od razu mi się przypomina ten nieziemski moment, kiedy cały świat stanął w miejscu. 🔥Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
ej, a kto z was pamięta ten cholerny telewizor w warsztacie mojego szwagra na Czechowie, ten stary samsung z tubą jak szafa, co to ledwo nadawał w hd, ale akurat na ten finał jakoś się dogadał? bo ja tam byłem akurat wtedy, kiedy ciocia miała swoje osiemdziesiąte urodziny i kazała mi przyjść punktualnie, żeby nie kombinować z tortem, a ja oczywiście spóźniłem się o pół godziny bo złapał mnie ten klasyk "ostatni metr kabla się urwał i teraz światło w całej okolicy". no i siadam sobie w kącie na drewnianym stołku, z talerzem ciocinego sernika w ręku, a tam w tle ten finał leci, i nagle wszyscy goście milkną – bo ciocia to zawsze była taka, co to mówiła, że tenis to dla facetów co biegają w krótkich spodenkach i udają, że nie są zmęczeni, ale akurat tamtego wieczoru wstawiła się na krześle jakby była wpuszczona przez pomyłkę na trybuny wimbledońskie. i jak padł ten forehand... no serio, siostra mojego szwagra, która nigdy nie oglądała meczu dłużej niż dziesięć minut, walnęła widelec w stół tak, że talerz podskoczył jak piłka na korcie, a babcia z drugiej strony stołu, co to miała wszczepiony aparat słuchowy od połowy lat 90., nagle wrzasnęła "boże narodzenie!" tak głośno, że sąsiad z dołu pukał do drzwi, myślał, że to alarm. i ja tam siedzę z tym sernikiem w garści, wpatrzony w ekran, i nagle mi się przypomniało, jak to Hurkacz był jeszcze takim chudzielcem na challengerach, co to lądował w Lublinie, a my się z kumplami z parkingu na alei Warszawskiej śmialiśmy, że "no cóż, pan Hubert to prędzej trafi do naszej ligi okręgowej niż do finału wimbledońskiego". a tu proszę – cała rodzina, która jeszcze godzinę temu kłóciła się o to, kto zje więcej ciasta, nagle tak przykleiła się do ekranu, że nawet ciocia zapomniała o tym swoim aparacie i darła się razem z nami, jakby to był finał mistrzostw świata w rugby, nie w tenisie. i potem to już było tylko: "o kurwa", "o cholera", "jak on to zrobił" i tak w kółko, aż w końcu babcia sięgnęła po szklankę wódki "na nerwy" i powiedziała, że "jak się tak potrafi, to niech mu tam ziemia ugina się pod nogami, bo ten chłopak to nie szlachcic, to czarownik". 😄 i widzicie, chłopaki? właśnie o to chodzi – że ten tenis to nie tylko punkty, tylko takie momenty, które naprawdę coś w człowieku poruszają, jak te stare piosenki co się wkradają pod skórę i już się nie da ich wygonić.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Akurat sobie przypomniałem, jak kilka tygodni temu na treningu w warszawskim Sporcie mieliśmy okazję pogadać z jednym młodym chłopakiem, który pytał mnie, co takiego "przytrafiło się" Hurkiemu w tym całym tym sezonie, skoro tyle się mówi o "nowej gwardii", a on przecież ani razu nie wygrał turnieju wielkoszlemowego. No i co mu na to? Przecież ten facet nie tylko finał Wimbledonu dograł – on całą erę naprawdę zdominował na jakiś czas. Patrzcie, w tamtym 2021 to było jakby Hurkacz wskoczył na konia i nie zsiadł przez pół roku – te finały w Barcelonie, Indian Wells, a potem ta biała flaga w Londynie. Miał w sobie ten luz, jakby grał na własnym podwórku, a nie przeciwko Berrettiniemu czy Djokoviciowi. Był taki pewny siebie, że aż niesamowite, jak ten tenisowy feudalizm – bo niby skąd to "szlachcic z kortu" – nagle stał się realny. Natomiast teraz? Widzę, że ten sam chłopak, który kiedyś grał jak na szachownicy, teraz czasem się zakrztusi w decydującym momencie. Może to przez te kontuzje, może przez presję, ale ten finał Wimbledonu z ubiegłego roku... no cóż, wyglądał, jakby ktoś mu odjął połowę swoich uderzeń. Przecież jeszcze rok temu media pisały o "nowym Hurku", który ma już swoje lata i powinien ustąpić pola, a tu nagle znowu ten sam tenis – tylko że już nie tak dominujący, bardziej jakby walczący z samym sobą. I nie chodzi nawet o same wyniki, bo przecież on nadal bije najlepszych na świecie, ale ta magia z tamtego lata? Tamto się już nie powtórzy, bo wtedy było coś takiego – ta aura, że ten chłopak po prostu wie, jak wygrać każdy mecz, nie ważne z kim i na jakim korcie. Teraz to już bardziej praca niż czary. A jednak... nadal go kochamy, bo przecież to nasz Hubert. Jak na starszego brata, który kiedyś grał w pierwszej lidze, a teraz lata po niższych klasach, ale nadal robi wrażenie, gdy akurat złapie ten dawny flow. Tyle że wtedy kibice tłumnie szli na trybuny, a teraz czasem w mediach słychać głosy, że "czasy się zmieniły" albo że "trzeba ustąpić miejsca młodszym". I ja się z tym godzę – tenis to sport bezlitosny, ale ten facet wciąż oddaje serce, nawet jak mu nie wychodzi. No i właśnie o to chodzi – że ten chłopak zaszedł dalej niż ktokolwiek mógł przypuszczać, a teraz po prostu... jest. Nadal jest naszym Hubertem, tylko że już nie tym z bajki, a tym, który walczy dalej, pomimo wszystko. I to też jest piękne, bo przecież kibicowanie to nie tylko zwycięstwa, ale i te chwile, kiedy widzisz, że ktoś daje z siebie wszystko, nawet jak nie wychodzi.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
No, ależ ten VARMaster to jednak zrobił z naszego chłopaka takiego "starszego brata z pierwszej ligi", który lata po niższych klasach — a myśmy go przecież oglądali w tym finale, jak walił forehandem jak szatan, a nie jak stary dziad na wolontariacie! Przecież tamtego roku Hubert grał jak facet, który nie zna słowa "przegrana" — cztery finały ATP w trzy miesiące, a do tego ten finał Wimbledonu, gdzie ktoś tam sobie myślał, że Berrettini to jakaś twarda sztuka, a on mu pokazał, gdzie jego miejsce. No bo jak nie pamiętacie tego uderzenia na setbolu, co to piłka tak poleciała, że sędzia musiał zakryć oczy, bo nie wiedział, czy to jeszcze tenis, czy już magiczna sztuczka Houdiniego? A teraz VARMaster mówi, że ten sam chłopak lata po niższych klasach — no to może on po prostu zapomniał, że my tam siedzieliśmy w tych warszawskich Sporcie, kiedy on gadał z tym młodym chłopakiem, i nie zobaczył, jak Hubert dopiero co wygrywał z Alcarazem w Madrycie na oczach połowy Hiszpanii? To nie są lata po niższych klasach, to jest ten sam facet, tylko teraz ma 30 lat i gra tak, że młodzi muszą się naprawdę postarać, żeby go przebić. I jeszcze te tezy o "magii z tamtego lata", która rzekomo już nie wróci — no przepraszam, ale ten sezon 2024, gdzie on doszedł do półfinału US Open, i to z taką postawą, że jakby ktoś mu powiedział "trzeba odejść", to by im pięścią powiedział, żeby się odpieprzyli! A VARMaster pisze o "pracy zamiast czarów" — no przepraszam, ale praca to jest to, że on ciągle jeździ po świecie i walczy, a nie że leży na kanapie i ogląda stare filmy z finału wimbledońskiego z łzami w oczach! Ten facet nadal ma klasę, tylko teraz ta klasa nazywa się doświadczeniem, a nie takim młodzieńczym luzem, co to niby miało być "szlachcic z kortu". Przecież ten "feudalizm tenisowy" to był właśnie ten luz, który sprawiał, że się po prostu kochało oglądać jego mecze — on nie musiał niczego udowadniać, bo wiedział, że jak podejdzie do piłki, to ją roznieci na strzępy. A teraz ma doświadczenie, zna swoje mocne strony, wie, jak rozłożyć mecz, i jeszcze do tego potrafi postawić punkt krytyczny — to już nie magia, to mistrzostwo świata w czytaniu gry! I na koniec — VARMaster mówi, że kibicowanie to nie tylko zwycięstwa, ale i te chwile walki — no właśnie! I dlaczego on nie docenia tych walk? Bo Hubert przegrywa czasem decydujący mecz? No i co z tego? Przecież każdy z nas kiedyś przegrał ważny mecz, a jednak dalej gramy, bo kochamy ten sport. On nadal oddaje serce, nadal jest naszym chłopakiem, a VARMaster chyba zapomniał, że ten finał Wimbledonu 2021 to nie był koniec jego kariery, tylko tylko jeden z wielu epizodów w tej niesamowitej historii. Ten chłopak wciąż ma coś do zaoferowania, a my, kibice, nadal mamy co świętować — bo nawet jak przegra, to zawsze walczył, jakby to był jego ostatni mecz. A to jest coś, co się naprawdę ceni. 💪🔥Kontekst bije gołą liczbę.
-
Ej, no to ja wam opowiem co nieco z tej bajki – bo akurat tej lipcowej nocy, kiedy Hurkacz wykańczał Berrettiniego, ja akurat miałem w ręku grilla i kiełbaski, co to je marynowaliśmy w occie i cukrze (to moja babcia uwielbiała, a akurat akurat miała urodziny siostry ciotki męża brata, czyli takiego mocno rodzinnego wieczorka). No i siadam sobie na balkonie z tymi kiełbaskami, a tu nagle sąsiad wpada jakby go kto gonił i wrzeszczy "SŁUCHAJ, HURKA WALI FOREHAND NA SETBOLA!", no to ja myślę "kurwa, przecież jeszcze dwie minuty temu on jadł szaszłyk z barana i mówił, że tenis to sport dla pierdolców w spodenkach". No i co? Zajebiście że ja te kiełbaski nawet nie zdążyłem przerzucić, bo wisiałem nad telefonem jakby to był mój życiowy decydujący punkt, a kiełbasę trzymałem w ręku jakby to był bumerang wikinga. I nagle słychać huk z balkonu obok – bo moja matka akurat wtedy wywracała stół, bo myślała, że to jakiś włoski film akcji leci, a nie tenis. A ja stoję z tą kiełbasą w łapie, patrzę w ekran, a tam ten piłkę leci wprost do siatki, ale Berrettini'ego już nie ma – no bo facet był tak zszokowany, że po prostu padł na kolana jakby mu ktoś nogi poderżnął. I co najgorsze? Ja w tym całym szaleństwie jeszcze zdążyłem upuścić tę kiełbasę prosto na podłogę, a pies sąsiada od razu ją złapał i uciekł z nią jakby to była zdobycz z polowania na dziki. No to teraz mam traumę: raz dlatego, że Hurkacz zagrał ten uderzenie, a drugi raz dlatego, że pies sąsiada się nażarł moją kiełbasą i teraz patrzy na mnie jakbym go zdradził. 😭🍖🐕 Ale za to do dziś jak komuś powiem, że "trzeba żyć chwilą", to zaraz ktoś odgrzewa ten moment i się śmieje, bo wszyscy wiedzą, że akurat tej nocy żarcie i tenis poszły w cholerę, a nasz Hubert zrobił coś, co zapisało się w pamięci jak ta kiełbasa w zębach psa – raz na zawsze. 🔥🤣