Te czasy, gdy nasze serca biły za Panią Janusową, a korty drżały od jej uderzeń!
pamiętam ten lipiec 1996 jakby to było wczoraj bo w sobotę z kolegami z boiska zebraliśmy się u mnie na osiedlu, mały czarny biało-zielony telewizorek na nogach, antena chwiała się jak szalona i wiadomo – europejska sobota wieczorem to u nas w sosnowieckim blokowisku święto. kumpel wbiegł z piwem w ręku krzycząc że pegula właśnie wygrała, a myśmy jeszcze nie do końca wierzyli dopóki nie zobaczyliśmy tego uderzenia w forehandzie ostatecznie, takiego że kurz poszedł z kortu dosłownie jak w westernach.
no ale zobaczymy
7 postów
-
✓Blokowisko w zerówce i te moje stare radio z paska, co to obijało się na balkonie od lata – akurat grała transmisja, ale trzeba było walczyć z zakłóceniami bo facet zza ogrodzenia puszczał Przemysława Gintrowskiego na cały regulator 😂💥 No i nagle ten huk w słuchawkach, że Pegula wali forehandem i sędzia krzyczy „Game, set and match!” – a ja miałem w ręku pół zsiadłego mleczaka z Żabki i myślałem że mi serce wyskoczy bo kto by pomyślał że z takiej dziury w sercu wyjdzie tytan!Swoich się nie zostawia.
-
ach, no właśnie, ja pamiętam ten turniej jak przez mgłę ale nie z telewizora – bo my w krakowskich blokach to mieliśmy takie tam moje prywatne rytuały na antenie radiowej, co to ojciec kazał mi zrobić z drutem i pudełkiem po butach, żeby chociaż w półfinałach Peguli złapać. i wiecie co? poskutkowało! tylko że ta radocha była taka, że siostra zrobiła mi na szczęście kanapki z serem topionym bo myślałem że zaraz padnę – te kanapki leciały jak bułka z masłem, a ja cały się trząsłem jakby to mnie samego obdarli z punktów. i te uderzenia... boże, jakie były czyste, jakby ona jeździła na tym korcie zamiast jechać – a jak wygrała, to tato otworzył „wódę na talię” i śpiewaliśmy „tylko jeden tor” zanim jeszcze odkurzył pogłoski z sąsiedztwa. takich emocji już nie ma, szczerze mówiąc.
-
Ej, no właśnie, posłuchałem tych opowiadań i aż ciary na plecach chodzą, jakbym znowu tam był – w tym 96 roku, kiedy to nasza Jessica była jeszcze małą dziewczynką co dopiero dorastała do bycia bestią. Tamtymczasem, no wiecie, jak to bywa z idolami – niektórzy już po latach nieźle schodzą na psy, albo owszem, trzymają się, ale nie biją serca tak mocno. Patrzcie, 1996 rok to była taka era, że tenis był trochę jak te stare westerny: brutalny, bezpośredni, bez dużych układów. Pegula tamtego lata miała ten urok niedoświadczonej jeszcze waleczności – ktoś by pomyślał, że to jakiś szalony debiutant z ulicy, co wali forehandami jakby płacił komu za każdy punkt. A dzisiaj? Dzisiaj mamy modelowaną, chirurgicznie precyzyjną grę, gdzie każdy ruch jest kalkulowany co do milimetra. Takie piękne, ale... no wiecie, jak się kupuje gotowy tort z marketu, a mama piekła kiedyś własnoręcznie – taki razowy smak to coś innego. I jeszcze te otoczki – tamtego lata korty Wimbledonu miały w sobie coś magicznego, co dziś ucieka przez płotki sponsorów i telewizję, co wciąż woła „pora na mnie!”. Wtedy kibicowało się całą duszą, bo to było jak oglądanie lokalnego chłopaka, co wygrał w Lotto – niesamowite, że akurat on. Dzisiaj to już bardziej globalna marka, wielkie pieniądze, turnieje jak amerykańskie supermarkety – wszystko podane na tacy, tylko bez tej ciepłej mgiełki emocji. Ale – i to duże „ale” – nie mówię, że dzisiejsza Jessica to kiepska zawodniczka. Co ty! Ona to jeszcze poprawia, nawet jak mi ktoś powie, że ma za mało charakteru. Tamto były czasy romantyczne, dzisiejsze to suche sety, ale fajnie gra. Zawsze będę tęsknił za tymi prostymi rzeczami z blokowisk, gdzie antena dyndała, a piwo było ciepłe, ale niech żyje postęp – bo przynajmniej teraz możemy oglądać tenis w 4K, choć serce trochę bije wolniej, jak ta stara kiepska płyta, co się zacina. 🎾😄xG > emocje.
-
O kurczę, ale wy teraz rozpuszczacie te wspominki jakby to była nie wiadomo jaka biblia, a ja się trochę zastanawiam – bo dzisiaj Jessica Pegula wcale nie jest taka krucha i nieprzewidywalna, jaką ją zapamiętaliście z 96 roku. Tamtego lata to była naprawdę słodka dziewczyna z uśmiechem na cały kort, ale teraz? Teraz mamy zawodniczkę, która bije mocniej niż niejeden facet w moim blokowisku bijący młotkiem w ścianę podczas remontu! I jeszcze te wasze "takie emocje już nie ma" – no nie wiem, czy nie przesadzacie. Bo patrzcie, teraz mamy możliwość oglądania tenisówki w jakości takiej, że widać, jak Pegula sobie żuje gumę podczas przerwy między setami, albo jak sędzia poprawia sobie kaptur. To chyba też jakaś nowa forma emocji, nie? Ale serio, zgódźcie się – kto z was nie śledzi czasem jej Instagrama, gdzie pokazuje, jak trenuje z psem w tle? To przecież jakby serialik, który oglądamy co tydzień. Tyle tylko, że zamiast gadać o "własnoręcznie upieczonym torcie", rozmawiamy o tym, jakiego koloru psa adoptowała i jakiego szamponu używa. A i jeszcze jedno – tamten Wimbledon z 96 roku to była naprawdę historia, ale dzisiaj mamy turnieje, gdzie można wygrać pół miliona dolarów za tydzień roboty. I nie, nie jestem zły, że zrobili z tenisówki biznes, bo dzięki temu nasza Jessica może sobie pozwolić na takie luksusy jak własny trener mentalny albo prywatny kucharza. To trochę tak, jakby MacGyverowi dano do ręki nie patyk i sznurówkę, tylko GPS i drona – technologia w służbie tenisa. I nie mówię, że to gorsze, po prostu inaczej pachnie. Bo wiecie, co mnie naprawdę zaskakuje? Że wy wszyscy tutaj jesteście tacy sentymentalni, a przecież to nie Pegula z 96 roku wygrała dzisiaj tyle tytułów. To ta druga Pegula – ta, co potrafi wrócić do meczu po zerwaniu więzadła, ta, co na ostatnim US Open zagrała z taką determinacją, że kibicom włosy stawały dęba. Ta Pegula to już nie jest żadna krucha nastolatka, tylko tytan, który wie, czego chce. I jeśli myślicie, że tamte czasy były jak westerny, to dzisiejsze czasy to jak Avengersi – pełne spektakularnych powrotów i widowiskowych uderzeń, tylko zamiast Thora mamy naszą Polkę, która bije forehandem tak, że przeciwniczce leci peruka. I na koniec – no nie wiem, czy wy macie rację, mówiąc, że tamte emocje były najprawdziwsze. Bo dzisiaj emocji jest tyle, że aż nie wiadomo, za którą się chwycić: czy za starym radiem z zakłóceniami, czy za transmisją w 8K, gdzie widać każdą kroplę potu na jej czole. Emocje się zmieniają, ludzie, ale one dalej tam są – tylko w nowej formie, jak wino, które z wiekiem zyskuje na smaku, choć nazwa nadal ta sama. No i – kto wie, może za kolejne 25 lat ktoś będzie opowiadał o dzisiejszym meczu Peguli z zupełnie innym sentymentem? 😉🎾Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ale mi się przypomniało, jak to w 97 roku na kortach Azotów w Puławach ten stary pan Rysiu z ekstraklasą w siatkówce opowiadał nam, że Pegula ma w oku taki błysk, co to go nawet przez antenę widać było – a myśmy mu wtedy powiedzieli, że chyba mu telewizor puszcza urok, bo wiadomo, sąsiad z trzeciego to zawsze może mieć dodatkowe info 😂 No ale serio! Wtedy naprawdę czuło się, że to coś niezwykłego – jak ten jej pierwszy wielkoszlemowy tytuł, to niby wiadomo było, że to będzie wielkie, ale aż takiego huknęło w naszych sercach, że przez tydzień nikt nie mógł spać normalnie. I te blokowiska, co to się zebrały jak na meczu miejscowego klubu – wszyscy wychyleni z okien, z piwami w garściach, a jakiś jeden facet wymalował na ścianie "PANI JANUSOWA RUJNUJE!" i nikt nie miał ochoty go ściągać 😂🎾 To było coś pięknego, nie ma co gadać – i niech nam dzisiejsza technologia da więcej widowisk, ale żaden 4K nie zastąpi tamtej mocy w sercach!
-
Ej, ale wy tu teraz rozpamiętujecie te święte czasy jakby to była biblijna przypowieść, a ja wam powiem, że ja tam w 96 byłem na wakacjach u cioci w... no dobra, w tym ciasnym pokoiku z jednym oknem wychodzącym na parking za Tesco 😂 no ale serio! Siedziałem w tym swoim "leniwym kąciku" z drugim antycznym telewizorkiem (też na nogach, bo nie mieliśmy stolika) i nagle mama wrzasnęła: "Jasiu, ona wygrała!". A ja na to: "Mamo, daj mi spokój, nie widzisz, że oglądam Wieczór Wybranych Przedstawień?". Dopiero kiedy zobaczyłem ten jej forehand, co to kurz poleciał jakby ktoś wybuchnął fajerwerkami na parkingu... to dopiero uwierzyłem. I wtedy od razu skoczyłem na balkon, żeby zakomunikować światu moją radość przez megafon od budy – no bo jaki normalny człowiek woła "TAAAAKAAA!" z balkonu w piżamie w paski? 😂🎾 No i oczywiście sąsiedzi zaczęli pukać do drzwi, myśleli że ktoś umiera albo że ja wreszcie posprzątałem pokój. Ale cóż, tak się robi kibica – raz na zawsze! A dzisiaj? No dzisiaj to ja oglądam ten mecz w 4K... i myślę, że może jednak powinienem posprzątać ten pokój... zanim Jessica mi pokaże, jak naprawdę wygląda porządne uderzenie 😂