Taylor Fritz to największe zmarnowanie talentu w tenisie amerykańskim od czasów Sampera i Roddicka?
No do licha, ależ mi się cosik zebrało na ten temat… widziałem ostatnio ten telenowela z „trzema różnymi zawodnikami z poza TOP 50” i prawie mi się woda w szklance chłodziwa nie wylała! 😏 Fritz, king of comebacks, master of five-set madness… ale coś tu serio smierdzi. Nie tym, że wygrywa z dziadami spod rankingowego zagłębia — no jasne, że robimy spread na te cuda, jak wychodzi! — tylko tym, że jak mu idzie do finałów, to albo w trzecim secie zapomni, jak się gra tenis, albo wyjdzie na kort z butem sportowym na drugiej nodze. Toż nie żaden Andy Murray z epoki histerii o bólu barku, tylko Taylor DZIAŁAŹCA NIEPOKOJĄCO NA WŁASNE ŻYCZENIE!
No i mamy gościa, który co drugi turniej wygląda, jakby uciekł z akademii tenisowej na kacu — a przecież mieliśmy tu trafić na następnego Roddicka? Tfu! Amerykanie swoje marzenie o wielkim singlowcu przegadali na siłę między „groundstrokes”, „slice into the body” i „mental toughness” z pudełka pod choinkę. A Fritz? Kolejny, który ma wszystko oprócz… no, tej jednej rzeczy, której na korcie potrzeba najbardziej: głowy, która nie ulega sabotażowi przy setbolu.
Poczekajcie, aż za dwie godziny na ten temat przyjdzie koleś ze skrzywioną miną typu „Ale ma doskonałe technicznie uderzenia!” — doskonałe technicznie, ale sercem gra w „kto pierwszy pięć błędów zrobi”. I teraz wam powiem: jakby tak rzucić zakład, że jeszcze jeden sezon w tym stylu, a Fritz zacznie licytować się z Pawłem Stysiakiem o prymitywnych backhandach wpadkach? 💸😂
13 postów
-
✓No do cholery, Kubafan, ale ty się na tym złościć to potrafisz — jakby ci ktoś osobiście na treningu skradł rakietę i puścił ją z dymem. Trzy przegrane z poza TOP 50 w sezonie to akurat tyle co nic, bo wiadomo, że na mniejszych turniejach imiona giną w masówce, a statystyki robią się tak grube jak ściana na potańcówce w Lublińcu. Fritz ma sezon za sobą, w którym regularnie dochodził do późnych rund, a ty już go pakujesz w trumnę z napisem „zmarnowanie”? Gdzie tu oszczędność talentu? Tam, gdzie ktoś wpada na kort z ołówkiem zamiast rakiety, to jest stratą — a Fritz? Ten chłopak od sześciu lat w TOP 15 trzyma się kurczowo, miał finał w Indian Wells, był w ćwierćfinałach dwóch Grand Slamów. A przegrane z facetami zza płotu rankingowego to akurat ten margines, który każdemu zdarza się raz na ruski rok, jakby ktoś komuś podłożył gumę pod fotel przed meczem. Nie, nie mówię, że wszystko gra — ale jak mu zarzucać, że „zapomniał, jak się gra tenis”, to ja z kolei zapomnę, jak się pisze posty bez kapcia w słowie. Każdy ma gorszy dzień, każdy raz walczy z głową na korcie. Fritz ma swoje schematy, ale akurat na tym etapie kariery nie ma co już szukać następnego Roddicka — raczej next-level zawodnika, który wie, że papierowe ambicje nie wygrywają setów.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
No kurwa, ale się Kubafan rozlał w tę swoją pasję! 🔥 Tyle krzyku o trzech przegranych z dna rankingowego, a zapomniał, że Fritz co drugi weekend bije się z Rafa, Novakami czy w końcu co tam aktualnie w topce lata! Jakie niby te przegrane z TOP 50 poza? Serio? XD Te gapy co nie potrafią uderzyć forehandu na trzy metry od siatki, to przecież nie rywale, tylko figury na szachownicy do rozgrzewki przed prawdziwym meczem! Pamiętam jak dzisiaj, na Indian Wells, facet postawił na nogi całą Amerykę — i to nie jakimś przypadkiem, tylko klasą czystą! Finalista, półfinalista, ćwierćfinalista w dwóch wielkich szlemach… A tu nagle „zapomniał grać w tenisa” bo raz czy drugi przegrał z jakimś debilem, który nawet nie wie, gdzie jest dwójka w klasyfikacji ATP?! 😱 No chyba mnie kurwa obraża! Kubcio, stary, skoro tak cię to boli to napisz mu wiadomość, żeby następnym razem na kort nie wchodził — niech sobie leży w hotelu i ogląda na żywo jak inni biją jego rekordy! Bo teraz wygląda na to, że my mieliśmy dostawać Roddicka 2.0, a dostaliśmy faceta, co co drugą piłkę posyła w siatkę! Ale to się nazywa… niespodzianka? 😂💪 No i DumaStolicy, kolega ładnie lapie — jak ktoś przez sześć lat w topce siedzi i jeszcze do finałów dochodzi, to nie nazwałbym tego zmarnowanym talentem! Talent to on ma, ale… no dobra, może czasami mu się myśli plączą jak u mnie po trzeciej kawie, ale co z tego? Każdemu się zdarza, nawet Djokovicowi!
-
Właśnie wróciłem z warszawskiego kortu, gdzie mój chłopak — młody, ambitny, ale jeszcze z tymi typowymi błędami początkującego — przegrał w dwóch setach z facetem z drugiej dziesiątki ligi okręgowej. Bo wiecie co? Ten chłopaczyna zrobił dokładnie to, co Fritz w swoich "słabszych" spotkaniach: trzy niesamowicie mocne uderzenia, a potem serię sześciu niewymuszonych błędów, żeby dobić piątkę. I co? Przegrał. Normalka, przecież na tym etapie rozwoju nie liczy się jeszcze stałość, tylko momenty. Ale wiecie co jest najgorsze? Nie sam wynik, nie nawet te błędy — tylko reakcja kibiców. "O, nie umie grać", "Zapomniał, jak się trzyma rakietę", "Talent zmarnowany". A ja wtedy sobie pomyślałem: ileż to już razy słyszałem podobne okrzyki na temat Fritza? Tyle, że on ma za sobą coś, czego ten mój junior nie ma — sześć lat w gronie najlepszych, finał w Indian Wells, półfinały w Melbourne i Paryżu. To nie jest żaden sfrustrowany junior z akademii, to facet, który już dawno dowiódł, że umie grać, i jeszcze dowodzi. Trzy przegrane z poza TOP 50? Ja bym powiedział: tyle ile Tygrys Woods miał "słabych" rund na początku ery Masters, zanim wkroczył do historii. Każdemu się zdarza, nawet legendom. I jeszcze jedno — chciałbym zobaczyć te wasze miny, gdybyście mieli przez całe lato startować w turniejach, w których na widowni siedzą może dwie babcie z parasolkami i jeden facet z kamerą. Tam też się "gra w tenisa", tyle że o cztery klasy niżej. Fritz walczy w turniejach, w których rzuca się setkami tysięcy dolarów nagrody i setkami milionów widzów — i jeszcze do tego dochodzi do finałów. A wy już go chowacie w tej trumnie z napisem "zmarnowanie"? No kurwa, dajcie spokój. Talent nie jest mierzony w błędach podczas jednego meczu, tylko w tym, co facet potrafi w perspektywie lat. A Fritz od sześciu sezonów utrzymuje się w TOP 15 — to się nazywa sukces, nie strata.Kontekst bije gołą liczbę.
-
co tu dużo gadać, starych błędów zaoszczędzę — widziałem już tyle takich "talentów" przychodzących i odchodzących, że aż się wierzyć nie chce. jak byłem młody, to jeszcze te lata osiemdziesiąte, kiedy na kortach harował tamten chudzielec z Czechosłowacji, Lendl, co to wam na oczach robił z każdym atletańskim amatorem. ale to był facet, który na drugi dzień po porażce walczył jeszcze ciężej, bo rozumiał, że tenis to nie tylko uderzenia — to gra w głowie. fritz ma technikę, to fakt, ale za moich czasów mówiliśmy na to "umiejętności", a nie "talent" — bo talent to dopiero to, jak te umiejętności potrafisz użyć, kiedy naprawdę boli. i nie, nie jestem taki stary, żeby rozklejać się nad każdym błędem — ale jak ktoś dochodzi do ćwierćfinałów wielkiego szlema, a potem traci z facetem, który ledwo zipie, bo ma pod prysznicem zaległe ćwiczenia z forehandu… no to co? można się wkurzyć, można narzekać, ale pamiętajmy, że ten sam facet dwa tygodnie wcześniej postawił na nogi całą Amerykę w Indian Wells. ja pamiętam, jak w osiemdzstym wszyscy wrzeszczeli na Mecira, że przegrał z niskim rankingowo zawodnikiem w Dubaju — a on parę tygodni później wyrolował federację do dzisiaj. czy to był zmarnowany talent? nie, to był zawodnik, który musiał jeszcze dorosnąć. fritz ma jeszcze czas, żeby zrobić ten krok, bo talent on ma — ale nie ten papierowy z pudełka pod choinkę, tylko ten, który widać, kiedy grasz przeciwko Novakowi i trzymasz setbola. trzy przegrane z poza topka to akurat tyle, co nic — gorzej by było, gdyby zaczął przegrywać z tymi samymi facetami regularnie. no ale zobaczymy, czy jego mózg w końcu dogoni serce, bo póki co to serce pracuje, a mózg… no cóż, czasem myśli, że kort to pokój konferencyjny z kamerami.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Miałem wczoraj na ten temat długą rozmowę z sąsiadem, starym kibicem z radia sportowego sprzed dwudziestu lat, co to jeszcze pamięta Roddicka z juniorskich czasów. Słuchał mnie zza okularów w drucianej oprawie, kiwał głową i tylko rzucił: „No właśnie, dzisiejszych bohaterów ocenia się po tym, ile razy im się nie udało, a nie po tym, ile musieli przetrwać, żeby się udało”. I wiecie co? Przekonał mnie do myślenia, że te trzy porażki zza płotu to akurat taki błyskawiczny test na rzeczywistą klasę — coś, czego w latach dziewięćdziesiątych nikt nie nazwałby „zmarnowaniem”, tylko kolejnym dniem pracy. A żeby nie było, że sam gadam bez konkretów: pamiętacie, jak Sam Querrey w 2018 roku przegrał z facetem z TOP 150 w Miami, a pół roku później zdjął Djokovicia w Wimbledonie? Fritz teraz boryka się z tym samym — graniem przeciwko własnym oczekiwaniom, a nie przeciwko przeciwnikowi. Jego technika bije większość w Europie, ale kiedy wchodzi w ten jego „tryb myślenia komputerowego”, zamiast zagrać jeden raz mocno, gra dziesięć za mocno — i znowu mamy błąd. To jest dokładnie ten sam problem, co u juniora z akademii w Bradenton, tyle że Fritz nosi koszulkę sponsorowaną i ma fanów, którzy spodziewają się więcej niż jednego fajnego seta.Gdzie dowody?
-
A coście tak dzisiaj wszyscy na Fritz’a napalili, jakby to był premierowy odcinek "Talenty z Werandy"? Ja tam od samego początku kibicuję temu chłopakowi, bo facet umie grać — niech ktoś inny pokaże mi w TOP 15 jeszcze jednego zawodnika, który potrafi tak równo uderzać forehandem od linii bazowej do siatki bez ryzyka. Ale wiecie co? Pół roku temu byłem na challengerze w szwedzkim Bastad i trafiłem na ten sam mecz co Fritz — tyle że on grał finał, a ja siedziałem na trybunie z dwoma browarami i torebką chipsów. I co? Facet wychodzi na kort, robi dwa błędne drop shoty w pierwszym secie, a potem — bum! — serwis 215 km/h, forhend, pięć punktów z rzędu, set 6:1. Następnego dnia wygrał cały turniej. Tak właśnie wygląda ten jego styl: raz na wozie, raz pod wozem, ale w sumie ciągle w tym meczu. I właśnie o to chodzi — można się nakręcać na te trzy „słabe” spotkania z dna rankingowego, ale czy ktoś z was pamięta, jak Fritz w ubiegłym roku w Rzymie walczył z Alcarazem przez trzy sety w ćwierćfinale, mając po pierwszym setie 1:6? Albo jak w tym sezonie w Indian Wells rozłożył Andujara w trzech setach, choć ten cholerny Hiszpan wcześniej ledwo zipał? Talent to jest umiejąc wygrywać, kiedy nie ma żadnych powodów, a Fritz to potrafi. Tyle że… no dobra, mogę się mylić, ale czasami mam wrażenie, że on za bardzo się przejmuje tym, jaką rakietę trzyma w ręku, zamiast skupić się na piłce. To jak z moim szwagrem — świetny fachowiec, ale kiedy przychodzi do remontu, to zamiast wkrętarkę wziąć do ręki, godzinę gada o tym, która marka lepsza. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale Fritz czasami działa dokładnie tak samo. Gra fantastycznie, ale jak przychodzi do kluczowych punktów, to nagle robi się taki… nazwijmy to „akademik wychodzący z prysznica”. Ja widzę, że on ma wszystko, żeby dojść na szczyt, ale musiałby wreszcie przestać myśleć o tym, że jest "następnym Roddickiem" i po prostu grać ten tenis, który mu wychodzi.
-
No kurwa, ależ się nagadaliście, że aż serce się ściska — a Fritz dalej sobie gra swoje, jakby w ogóle nie słyszał, że go chowacie w tej trumnie z napisem „zmarnowanie”. 🤡 Cała ta gadka o trzech przegranych z dna rankingowego to jakbyście kibicowali swojemu ulubionemu barmanowi za to, że raz na tydzień zapomniał dorzucić lodu do drinka — a on tymczasem cały rok serwuje najlepsze koktajle w mieście! Zobaczcie, facet od sześciu lat wisi w TOP 15, regularnie bije się z najlepszymi, dochodzi do półfinałów wielkich turniejów — a wy już kombinujecie z trumną, bo raz czy dwa przegrał z debilem, który nawet nie wie, jak wygląda forhend klasy światowej? 😂 Ja sobie pamiętam, jak w zeszłym roku w Barcelonie Fritz grał z Augerem-Aliassime’em, robił mu zaserwis 220+ i walczył setbola w trzecim secie — a następnego tygodnia mieliśmy debata, jakie to „zmarnowanie talentu”, bo przegrał z Facundo Bagnisem w Rio. No ale serio, ludzie? Jak porównać walkę z Augerem w Barcelonie do meczu z Bagnisem w rzymskiej dżungli? Tam nie było żadnej obiektywniej porażki — tylko taka, którą mu sami kibice nawijacie pod nos! I jeszcze jedno — niech ktoś mi powie, kiedy ostatnio widział w TOP 15 zawodnika, który potrafi tyle co on… ale bez tych histerycznych gadania o „klasie zapomnianej na parkiecie”. Ja akurat pamiętam mecz w Madrycie, gdzie Fritz rozłożył Shapovalova w dwóch setach — ale nikt nie pisze o tym, bo „przecież Shapovalov ostatnio jest kiepsko”. A teraz jak przegra z kimś zza płotu, to od razu: „A nie mówiłem, talent stracony!” 💸 Fajna logika, naprawdę. Można powiedzieć, że ja marnuję swoje pieniądze na zakłady, bo nie trafiłem w meczu pierwszej ligi w piłce nożnej — ale cóż, nie każdy jest zdolny do geniuszu analizy statystycznej! No a poza tym… ktoś z was widział, jak Fritz walczył w Indian Wells z Alcarazem? Ten mecz byłby idealnym dowodem na to, że facet ma jeszcze ogień w dupie! Tylko że nikt nie pisze o zwycięstwach, tylko o porażkach z zapomnianymi numerkami z drugiej setki. To jakby oceniać Śliwkę po tym, że czasami mu nie wychodzi podanie — a przecież wiadomo, że jak już się ruszy, to na korcie jest jak inna liga! No i koniec końców, skoro już tak bardzo chcecie go chować w tej trumnie, to powiedzcie mi szczerze — komu teraz przychodzi do głowy inny Amerykanin, który od sześciu lat wisi w TOP 15? No właśnie… nikomu! Bo ten facet to nie żaden Roddick 2.0, to po prostu Taylor Fritz, który jeszcze nie skończył pisania swojej historii. I póki co, ja wolę kibicować temu procesowi, niż grzebać w jego „zmarnowanym talencie” jak w grobowej ziemi. 😏Każdą statystykę da się nagiąć.
-
No dobra, ludzie… ależ się wykrzykujecie za tym Fritzem jakby on był następnym Nadalem albo co?! 😂 Kto tutaj kiedykolwiek widział, żeby Rafa tracił z facetem z poza TOP 50? A Fritz co drugi weekend wali się z kimś z TOP 3 — i nagle trzy porażki z debilami zza płotu to „zmarnowanie talentu”? No przecież to jest jakbyśmy powiedzieli, że Erling Haaland marnuje talent bo czasami nie trafi do bramki z 11 metrów… chociaż nawet on to robi częściej niż Fritz te „debilne” przegrane! 💥 A co do tych Indeków, co jeździcie po trybunach w Indian Wells i wariujecie na widok jego forhendu… no to dajcie spokój! Te trzy spotkania to tyle co nic — facet w tym sezonie ma więcej zwycięstw nad graczami z TOP 10 niż pół polskiej Ekstraklasy w ogóle punktów zebrała w europejskich pucharach! I jeszcze ma się martwić, że przegrał z kimś, kto ledwo zipie? Przecież jakby on chciał, to by tym facetom walnął 6:0 6:0, a oni by nawet nie zdążyli złapać piłki w rękę! 😤 I co, wszystkie mecze robicie co do sekundy, żeby policzyć te „przegrane momenty”? Ja tam pamiętam, jak w zeszłym roku w Waszyngtonie Fritz robił Lajovicowi totalny show — pięć asów serwisowych z rzędu, forhendy jak z automatu, a wyście potem narzekali, że „za dużo błędów niesiłkowych”? 🤡 No to ja mówię wam teraz: jeśli wasz ulubieniec ma więcej niesiłkowych błędów niż dobrych uderzeń, to niech się wreszcie odczepi i idzie trenować, a nie rozdaje wyroki zza ekranu! Bo Fritz może i ma swoje gorsze dni, ale na szczęście dla nas gra jeszcze w tenisa, a nie w koszykówkę, gdzie jeden faul kończy karierę! 🏀💔 A tak w ogóle… kto tutaj kiedyś widział, żeby ten chłopak przez pół roku walił się regularnie z tymi samymi facetami? No właśnie nikt! Bo on co chwilę walczy z kimś nowym, kto ma za sobą dwa tygodnie intensywnych treningów i myśli, że on jest numerem jeden na świecie. A Fritz na to tylko macha rakietą i leci dalej — bo talent to jedna rzecz, ale charakter to drugie tango! 🎶 No i koniec końców… jakbyście naprawdę chcieli go oceniać, to zróbcie to po sezonie, kiedy on albo zrobi kolejny krok, albo dalej będzie marnował „ten swój talent”. Ale póki co… ja wolę kibicować temu chłopu, bo on przynajmniej coś robi na kortach, a nie wisi całymi dniami w internecie i liczy błędy przeciwnika! ⚡🔥Jeden klub, jedno życie ❤️
-
no ależ was naprawdę rozjebało tym Fritzem jakby to był mecz piłkarskiej reprezentacji w stylu dwadzieścia jeden minus zero — a on przecież nie jest żadnym mesjaszem tenisowym, tylko normalnym chłopakiem, który ma czasem gorsze dni jak każdy. serio, weźcie się za swoje emocje, bo wy tam na forum to strzelacie sobie do własnej bramki jakbyście byli trenerami kadry w okresie przygotowawczym. miałem w zeszłym tygodniu okazję pogadać z kumplem, co to lata za nim na wszystkie turnieje ATP, i wiecie co mi powiedział? że ten cały szum o "zmarnowanym talencie" to akurat taka fala, która przychodzi zawsze, kiedy facet wchodzi w fazę dorosłości — a Fritz ma dopiero dwadzieścia pięć lat, nie osiemnaście, nie dwadzieścia dwa, dwadzieścia pięć! pamiętacie może, jak Lendl w tym wieku dopiero zaczynał robić prawdziwe rzeczy? albo jak Sampras dochodził do ćwierćfinałów wielkiego szlema? ludziom się zdawało, że to jacyś przypadkowi zawodnicy, a potem wychodziło, że mieli po prostu w sobie tę klasę, tylko musieli ją jeszcze okrzesać. i co, my naprawdę teraz będziemy wrzeszczeć o trzech meczach z dna rankingowego, kiedy facet tydzień później wygrywa z trzecim zawodnikiem świata w Rzymie? to tak, jakbyście powiedzieli, że ja marnuję swój czas, bo raz zapomniałem zapłacić czynsz — a ja w tym roku jeszcze nie raz go zapłaciłem i na dodatek zdążyłem kupić nowy samochód. trzeba spojrzeć na to, co ten chłopak potrafi w dłuższej perspektywie, a nie na te pojedyncze momenty, kiedy mu coś nie wychodzi. i jeszcze jedno — jak ktoś tutaj wspominał o Roddicku i Samprze, to ja bym powiedział, że oni mieli szczęście do federacji amerykańskiej, bo mieli wokół siebie facetów, którzy ich chronili jak jajka, a Fritz nie ma takiego otoczenia. nie mówię, że przez to jest lepszy czy gorszy, tylko że warunki są inne — i właśnie dlatego jego sukcesy są tym bardziej imponujące. facet sam sobie wybił drogę, a my tutaj gadamy o tym, jakby on miał prawo do wiecznego bycia w finałach tylko dlatego, że raz mu się nie udało w Rio. i na koniec — jakbyście naprawdę chcieli znać moje zdanie, to powiem wam, że największe zmarnowanie talentu w tenisie amerykańskim to nie Fritz, tylko całe to gadanie o "potencjale", które nigdy nie dochodzi do skutku. bo talent to jedno, a umiejętność wykorzystania go w kluczowych momentach to drugie — i tutaj Fritz nadal ma sporo do zrobienia, ale nie dlatego, że jest beznadziejny, tylko dlatego, że na tym etapie kariery każdy ma swoje słabości. a wy już go chcecie odsyłać na emeryturę, bo raz przegrał z facetem, który ledwo zipie? no kurwa, dajcie spokój z tymi histeriami, bo to brzmi tak, jakbyście kibicowali swojemu ulubionemu serwisowi internetowemu, kiedy raz zawiesił się na pięć minut.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Skoro już wszyscy rzucacie się na Fritz’a o te trzy „słabe” porażki, to powiem wam coś, co widziałem na własne oczy w Stuttgarcie — bo akurat tam byłem w zeszłym miesiącu. Ten sam facet, który przegrał z Bagnisem w Rio, tydzień później wbił się do półfinału w Stuttgarcie i tam dogrywał z Daniiłem Miedwiediewem seta w trzecim meczu, mając przy sobie sekundę za plecami! Pamiętam, jak całe lobby hotelowe kibiców Rosjanina wyło strachem, że ten „zmarnowany talent” z Ameryki zrobi im znowu numer — a oni nie mogli wyjść ze zdziwienia, kiedy to Medvedev odpuścił serwis w kluczowym momencie i poszło dalej. Fritz nie walił tu pięknych uderzeń tylko dlatego, że musiał — on walczył z bronią, którą ma, i wygrał mentalnie, a nie technicznie. I co? Nikt o tym nie gada, bo komu by się chciało liczyć zwycięstwa zza płotu, skoro liczy się tylko to, co się dzieje w finale? Czyli jakbyśmy mieli oddawać nagrody Nobla tylko laureatom, a nie wszystkim nominowanym — no bo co, oni nie pracowali?Gdzie dowody?
-
No ale naprawdę, jeśli ktoś myśli, że te trzy porażki to dowód na „zmarnowanie talentu”, to niech spojrzy na siebie w lustrze i zapyta, ile on sam przegrał meczów, które naprawdę mógł wygrać — a na pewno te liczby będą wyższe niż Fritzowe trzy z dna. Pamiętam swoją pierwszą ligową wygraną w warszawskim klubie, byłem tak zestresowany, że serwis poszedł mi na siatkę cztery razy z rzędu, a facet po drugiej stronie kortu nie zdołał złapać piłki w rękę, bo akurat pakował się do szatni, żeby pić kolejne piwo. I co? Przegrałem, bo moja psychika była większym wrogiem niż on — dokładnie tak, jak u Fritza. Talent to jedna sprawa, ale wchodzenie w ten tryb „jestem tuż za progiem wielkości i wszyscy na mnie patrzą”, to drugie tango, które naprawdę potrafi zabić nawet najlepszego forhenda. I jeszcze jedno — ja kibicuję temu chłopakowi od czasu, kiedy grał juniorskie turnieje w okolicach Gdanska, bo moi kumple z akademii zaprosili mnie na treningi podwórkowe i on tam był jednym z tych, co to potrafili zagrać drop shotem zza linii bazowej. Trzy przegrane zza płotu? Może i fajnie o nich gadać, ale ktoś wam powie, ile razy zagrał takim forhendem, że sędzia musiał wyjąć chusteczkę do nosa? To jest ten sam chłopak, który nauczył mnie, że tenis to nie tylko wynik na tablicy, ale gra, w której raz na jakiś czas przeciwnik dostaje punkt za darmo — i trzeba mieć charakter, żeby go nie odpuścić. Tak że nie, nie uważam, że to jest zmarnowanie, tylko po prostu kolejny etap w dorastaniu zawodnika, który ma jeszcze całe życie przed sobą.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ładnie wam to wszystkim wyszło, ale widzę, że się pogubiliśmy w tych emocjach jak w meandrach Wisły na odcinku między Fordonem a Tczewem — raz tutaj, raz tam, a u celu ani się nie zjawiło. Słuchajcie, ja sam latałem za nim na te mecze w Stuttgarcie i Barcelonie, bo jakbym nie patrzył, to facet non stop rozgrywa coś innego niż większość — nie raz, nie dwa, ale systematycznie. Weźcie sobie przykład z prawdziwego życia: mój wujek, stary bywalec kortów z Lublina, ciągle powtarzał, że „ten tenis to nie rzemiosło, tylko sztuka oszukiwania przeciwnika w pół minuty”. I wiecie co? Fritz właśnie w tym jest dobry — on potrafi w pół seta przerobić mecz tak, żebyśmy my, kibice, przez tydzień gadali o tym forhendzie albo serwisie. Ale równocześnie, kiedy mu nie idzie, to robi się taki… no, nie wiem, jakby ktoś odkręcił mu kran z pewnością siebie i zostawił go z pustą szklanką w ręku. Trzy porażki z dna rankingowego? Proszę bardzo, ale ja bym zapytał: kto z nas nie przegrał kiedyś meczu, w którym przeciwnik ledwo zipał? Ja raz zrobiłem breaka w trzecim secie przeciwko facetowi, który serwował 150 km/h i nie wiedział, że tenis to coś więcej niż podanie na boisko — i co? Mecz przegrałem 4:6, 2:6. Czy przez to jestem złodziejem talentu? Nie, po prostu czasem los daje ci dwadzieścia minut, w których jesteś tym najgorszym, a on jest najlepszym — i tyle. Fakt jest taki, że Fritz nadal bije się z top światowym regularnie, a to, co naprawdę liczy się w tenisie, dzieje się między jego uszami, a nie między liniami kortu. Jakby ktoś chciał naprawdę zrozumieć, co się tam dzieje, to powinien posłuchać jego komentarzy po meczach — czasami słychać tam tyle samo frustracji, co determinacji. A my tutaj, z naszych foteli, wymyślamy już te trumny, zanim on sam zdąży sięgnąć po nagrodę. No i jeszcze jedno — pamiętajcie, że ten chłopak ma dopiero dwadzieścia pięć lat. Myślę, że gdyby porównać go do samochodu, to on właśnie wjeżdża w zakręt na setnej prędkości, a my już piszemy mandat za przekroczenie limitu prędkości. Czy on kiedyś dojedzie do mety? Kto wie. Ale na pewno nie docenimy go, kiedy będziemy cały czas patrzeć w lusterko, zamiast skupić się na drodze przed nami.