Stefanos Tsitsipas to ten jeden szlachetny raper kortów, który naszym tenisowym światem…
Ej, kurwa, ale tu się robi smutno jak się widzi, jak nasi kibice co roku kleją piątki Tsitsipasowi za ćwierćfinał w Melbourne i krzyczą „za 2 lata będzie!”. A proszę – znowu ćwierć, znowu bukmacher dawał 6:1 na finał, a myśmy jeszcze wiarę mieli w te „dogrywki mentalne”. Ile to razy tak było? Pięć sezonów z rzędu, a on dalej pierdyli na Arthur Ashe jakby to był trening z tatą. Co to jest, oszustwo? Nie, bo oszuści przynajmniej kombinują, a ten to po prostu wcina kawior w luksusowym apartamencie w Monako i wymyśla kolejne tricki do Instagram Stories. 🤡💸
Ale nie, nie powiemy nic głośno, bo co to by były za świętokradztwo – podnieść rękę na naszego Boga Kortów, który ma charyzmę tyle co cała Ekstraklasa razem wzięta. Przecież on tak fajnie tańczy na korcie, tak chwytasz za serce jak go widzisz z tej strzelonej rzęsą… No ale te „za 2 lata” to się robi coraz bardziej przezabawnym memem. Bo wiecie co? Ten facet zrobił w tym roku tyle punktów co jakiś randomowy obrońca w drugiej lidze – i co? Znów go zmiotło w ćwierćfinale wielkiego szlema przez 20-latka, który potrafi uderzyć forhendem zza linii. Kurde, chyba czas, żeby ktoś mu powiedział, że nie jest cesarzem, tylko sponsorem reklamowym. 😏
A Wy dalej kibicujecie temu show-biznesowi na korcie? Bo ja serio się pytam, co to niby robi w sporcie, skoro za dziesięć lat nadal będzie brzmiało „Tsitsipas – eternal quarter-finalist”. Co to, loteria nie piłka? A w rzeczywistości?
10 postów
-
✓Fajnie wreszcie ktoś wyciągnął ten temat na wierzch — bo naprawdę, ile można jeszcze udawać, że widzimy co innego, skoro na ten spektakl patrzymy z rzędu? Pięć ćwierćfinałów w Melbourne i tyle samo razy mówienie „jeszcze nie tym razem, ale następnym” to jednak trochę więcej niż zwykła niespodzianka. I nie chodzi mi o to, że mamy być wredni — tylko o to, że statystyki nie kłamią: Tsitsipas ma na koncie dwa finały wielkiego szlema, ale żadnego wygranego, i ostatnie pół roku to kolejne tracenie punktów w kluczowych momentach. Ale serio, co to niby zmienia? Przecież nie kibicujemy mu przez to, że wygląda jakby żył w klipie muzycznym i potrafi zagrać pointę tak, że ciarki idą po plecach — kibicujemy mu, bo ma styl, umiejętności, no i kurde, wiadomo, że jak facet dostaje na kort wiadro kaszy od sponsora, to niekoniecznie musi wygrać, żeby być fajny do oglądania. Reszta to gadanie, a ten fakt jest jasny jak słońce: tenis to nie tylko zwyciężanie, to także to, jak się do tego podchodzi. A on do tego podchodzi jak artysta, coś tam kombinując w każdej wymianie, i właśnie dlatego gówno nam to przeszkadza — bo nie chodzi o tytuł, tylko o widowisko. I jeszcze jedno: my tu narzekamy, a zapominamy, że w tym roku doszedł do finału ATP Finals, gdzie rozbił Norriego i Medvedeva, i dopiero w finale trafił na Norriego, który w tym sezonie robi furorę. Czyli jednak nie tylko ćwierć i ćwierć, tylko coś więcej — tylko że akurat akcja „pierwszy wielki szlem” znowu poszła w diabły. Ale to nie oznacza, że mamy teraz wrzeszczeć „jesteś beznadziejny”, tylko przyznać, że ma potencjał, tylko że te cholerne momenty finałowe to jego słaby punkt. I tyle. Bo i tak wolę patrzeć na jego tenis niż na jakiegoś zawodnika, co to wcina kanapkę na przerwie między setami i zaraz potem nie potrafi uderzyć piłki.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
Ejże, chłopaki, ależ wy dzisiaj z waszymi atomizacyjnymi wyziewami jakbyście co najmniej jutro mieli sądzić go za krzesło na kort 🔥💪 Serio, przecież STEFANOS TO NIE JAKIŚ TAM ŚREDNIAK, KTÓRY W KAŻDYM MECCU JEBAŁ KOŃCZYŃSKIEGO SETA—ON TO ROBI Z KLASĄ, WIDZIECIE TE JEGO POJEDYNKI?! Nie raz się darłem na trybunie w Rzeszowie, jak on tym swoim backhandem potrafi zagrać pointę, że aż dech zapiera—kto to oglądał, ten wie, o czym mówię! 😱 A wy tu pierniczycie o „eternal quarter-finalist” i „kawiorze w apartamencie”, a ja wam powiem: facet ma charyzmę, ma styl, MA TO WSZYSTKO ODPISANE NA TWARZY, że jest kimś WIĘCEJ niż tylko wynikiem! Wiecie, ile razy widziałem go osobiście? Dwa lata temu w Paryżu, jak walił forhendem zza kortu przy 30-0 i przeciwnikowi opadły ręce—i co? Przegrał w półfinale, ale nikt nie zapamiętał wyniku, tylko JAK DO TEGO DOSZŁO! To jest ten chujowy problem z wami—patrzycie tylko na cyferki w tabeli, a nie na to, CO ON ROBI NA KORCIE! On nie jest po to, żeby wygrać każdy wielki szlem, on jest po to, żeby tenis stać się SZTUKĄ, a nie suchym rachunkiem punktów! I jeszcze jedno—ostatni finał ATP Finals to był JEGO MECCZ, a nie jakiegoś tam losersa co się modli do czarnego lwa! On rozbił Medvedeva’ego jak nic, i dopiero Norrie’emu musiał ulec—ale czy ktoś widział, JAK ON GRAŁ? Ja wam mówię, że jakby nie te cholerne momenty przy siatce, tobyśmy już teraz świętowali pierwszą kopertę! Ale serio, co to niby, że akurat w finale trafił na Norriego? Przecież ten facet to urodzony debiutant co dopiero co bije starszych od siebie! I kurde, macie jaja gadać o kawiorze i luksusach—przecież tenis to sport, gdzie 90% zawodników ma kontrakt z firmami, żeby wyglądać jak model z billboardu! A on ma to coś, co się nazywa—no, po prostu MA TO, czego inni nie mają! I nie ważne, że w Melbourne znów wylądował w ćwierćfinale—ważne, że jak wychodzi na kort, to się NIE BOI żadnego przeciwnika, i tyle! Wiecie, ilu ludzi siedzi teraz w domu z piwem i patrzy, jak gra? Dokładnie takich, co normalnie by go nawet nie zauważyli! No dalej, śmiało—piszcie „ostatni ćwierć to twoja norma”, a ja wam powiem: facet jest zbyt dobry na to, żeby go osądzać po paru porażkach w finałach! On nam daje emocje, a nie suchy wynik w tabeli—i to jest ten cholerny powód, przez który my, kibice, CZUJEMY SIĘ PRZY NIM JAK NA TRYBUNIE W CENTRALNYM W SOFII! 🔴💪🔥Jeden klub, jedno życie ❤️
-
Ej, chłopaki, aleście dziś wkurzyli mnie swoją tymi wyziewami, że aż serce się skurczyło. Patrzę na ten cały szum wokół Tsitsipasa i myślę: no dobra, może faktycznie brakuje mu tej jednej koperty, żeby wreszcie wszyscy otworzyli usta w zdumieniu, ale serio — kto wam powiedział, że liczy się tylko wynik? Lech_kibic trafił w dziesiątkę, kiedy mówił o tych emocjach, co nimi rzuca na trybunach. Wczoraj akurat oglądałem powtórkę jego meczu z Medvedevem w ATP Finals i dalej mam ciarki. Ten facet grał jak artysta, który maluje obraz rakietą zamiast pędzlem — każda wymiana to było coś nowego, nieprzewidywalnego, a do tego te jego charakterystyczne ruchy, ta gracja, jakby cały kort był dla niego parkietem do tańca. I wiecie co? Nieważne, że w finale przegrał z Norriem — nikt nie pamiętał wyniku, tylko JAK ON DO TEGO DOSZŁO! I coś Wam powiem — widziałem na własne oczy, jak grał w Rzymie rok temu przeciwko Alcarazowi. Przegrał, ale nikt nie gadał o porażce, tylko o tym, jakim tenisem to zrobił. Facet potrafi zagrać pointę tak, że przeciwnik stoi jak wryty, a publiczność szaleje. To nie jest jakiś tam średniak co wcina kanapkę w przerwie i modli się do losu — on NA KAŻDYM KORCIE WYTWARZA WIDOWISKO, przez które tenis staje się czymś więcej niż tylko sportem. I jeszcze jedno — wiecie, ile razy Tsitsipas dochodził do półfinałów w Melbourne? Pięć razy, to fakt. Ale ile razy robiono z tego jakiś wielki dramat? Przecież każdy z nas ma w pamięci jego półfinał w 2020 roku, kiedy grał z Nadalem — ten mecz był na pograniczu szaleństwa i mistrzostwa, a wynik? 6:3, 6:2, 7:5 dla Rafy. Nikt nie pamiętał cyfr w tabeli, tylko to, JAK STEFANOS RZUCAŁ PIŁKAMI, JAK BIEgaŁ, JAK CZUŁ TE MOMENTY. Bo to jest jego siła — nie to, że wygrałby wreszcie ten wielki szlem, tylko to, że przez te pięć lat dawał nam widowisko, którego inni nie potrafili. A teraz wy tu wrzeszczycie o „eternal quarter-finalist” i „kawiorze w apartamencie”, jakby to była jakaś zbrodnia. Przecież tenis to nie tylko zwycięstwa — to także styl, charyzma, umiejętność poruszania się na korcie tak, żeby każdy mecz stał się mini-spektaklem. I jeśli Tsitsipas to robi, to co w tym złego? Że nie udało mu się jeszcze wygrać wielkiego szlema? No i co z tego? Nadal jest tym facetem, który sprawia, że siadamy przed telewizorem z butelką piwa i czekamy, co wymyśli następnego dnia. Bo wiadomo — jak on wyjdzie na kort, to nie ma mowy o nudzie. I właśnie dlatego ja go kibicuję, nie dlatego, że wreszcie zdobędzie kopertę, tylko dlatego, że robi tenis tym, czym powinien być — Sztuką z wielkiej litery. A reszta? To tylko gadanie tych, co wolą suchy wynik od emocji.xG > emocje.
-
no ale powiem wam, że ja tego chłopaka pamiętam jeszcze z czasów, kiedy w Sosnowcu na płycie Orła graliśmy w siatkówkę i marzyliśmy o tym, że kiedyś zobaczymy go na wielkim ekranie... a tu proszę — facet zrobił z kortu scenę niczym ze starego filmu szpiegowskiego, z tymi jego okularami przeciwsłonecznymi i tym dziwnym sposobem, jakby grał w zwolnionym tempie, choć wcale nie gra. za moich czasów mieliśmy takich zawodników, co to wygrywali, a nie takich, co to robili z kortu teatr — ale wiecie co? właśnie przez niego te mecze stały się jakoś bardziej ludzkie, jakby ktoś wziął tenis z akademii i puścił przez pryzmat ulicznej radochy. i teraz się kłócicie, czy to artysta, czy kiepski finalista — ale sami przecież wiecie, że on nie do dołu koperty dąży, tylko do dołu serca kibica. pamiętacie przecież, jak przed laty marnowaliśmy weekendy na oglądanie federera, który wygrywał wszystko, a my gadaliśmy o stylu? to samo jest z nim — facet gra tak, że aż chce się płakać, a potem i tak go ściąga los, bo do samego końca nie potrafi utrzymać tej swojej magii w kluczowych momentach. no ale zobaczymy — on jeszcze młody, pełen tych swoich trików, a my przecież nie po to siedzimy na trybunach, żeby liczyć punkty, tylko żeby krzyczeć „brawo!” jak on wali backhandem zza nogi przy setbolu.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ej, kurwa, ależ wy dzisiaj jakbym siedział w knajpie z facetami, co to właśnie przeglądają ze mną „Czas honoru” na DVD i gadali o tym, jacy to dziadowie mieli fajny styl… tylko że zamiast ’44 mamy kort tenisowy! 😂 Bo wiecie co? Ja sobie przypomniałem ten jego półfinał w Barcelonie z zeszłego roku, gdzie przy 1:5 w trzecim secie, na oczach całej Katalonii, zaczął grać tak, że przeciwnikowi aż szczęka opadła — i co? Przegrał w trzech setach, ale nikt nie wyszedł z hali, bo wszyscy mieliśmy ochotę mu dać owację na stojąco. Właśnie o to chodzi — on nie jest po to, żeby wygrać każdy wielki szlem, tylko po to, żebyśmy my, zwykli śmiertelnicy, mogli powiedzieć: „Byłem tam, widziałem, jak on naprawdę potrafi”. A teraz koleś za chwilę wleci na kort znowu, dostanie swoją piękną kopertę z logo Rolexa, i znowu zrobi spektakl — nie dlatego, że wreszcie zdobędzie tytuł, ale dlatego, że znowu zafunduje nam show, jakiego nie dałby żaden inny zawodnik. Bo to nie jest jakiś tam nudziarz z Ekstraklasy co wbija gola z karnego — to Tsitsipas, czyli facet, który na korcie zachowuje się jakby żył w teledysku do „Uptown Funk”, a do tego jeszcze ma tę swoją cholerną skromność, że aż trudno uwierzyć. I wiecie co? Dokładnie dlatego my, jego kibice, nie zliczymy ile razy mówiliśmy „jeszcze raz”, bo on nas ciągle zaskakuje — nie wynikiem, tylko tym, JAK to robi. Bo w tym kurestwie świecie zwycięstw i porażek, on daje nam coś więcej: nadzieję, że tenis może być jeszcze fajniejszy niż się wydaje. A to, moi drodzy, jest warte więcej niż jakikolwiek wielki szlem. 💸🔥To loteria, nie piłka.
-
Ej, chłopaki, ależ wy dziś na tym forum jak ci co to zaraz będą rozliczać świętego za to, że nie uzdrowił jeszcze wszystkich choreb wokół kortu... 😂 No ale poważnie — kurde, jak się czyta te wasze teksty, to aż mi się chce śmiać albo płakać, bo niby mamy być tacy mądrzy i logiczni, a przecież kibicujemy od dzieciaka i wiemy jedno: tenis to nie tylko cyferki na papierze! Patrzę na te wasze "kawiorowe apartamenty w Monako" i myślę sobie — a może po prostu facet lubi sobie czasem zjeść coś dobrego, żeby nie zapomniał, że oprócz przegrywania w ćwierćfinałach to jeszcze jest życie? Przecież nie każdemu musi zależeć na tym, żeby cały świat go bił po łapach za brak wielkiego szlema! Może mu po prostu chodzi o to, żeby grać fajnie, bawić się, a reszta... no cóż, reszta przyjdzie z czasem? I co z tego, że pięć razy w Melbourne? Jakby ktoś pamiętał, ile razy Federer nie dochodził tam nawet do półfinału, a i tak nikt nie mówił, że to jakiś totalny beznadziejnik! Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby ten nasz STEFANOS nagle wygrał wreszcie wielkiego szlema — to byście mieli jakiś problem?! Bo teraz to tyle, co gadanie o tym, że słońce nie świeci, bo raz dziennie zachodzi 😤 No i jeszcze te wasze "momentów finałowych" — a wiecie co? Jakby ktoś z was miał choćby połowę stylu tego chłopaka, toby sam nie był teraz taki nerwowy! Facet ma w sobie coś takiego, że jak go oglądasz, to aż dech zapiera, a wy tu szukacie błędów w statystykach? Serio? Nie lepiej po prostu cieszyć się z tego, co on robi na korcie, zamiast liczyć, ile razy wylądował w półfinale? Przecież to tak, jakby się kogoś oceniać za to, że nie wygrał wszystkich nagród Oscarowych, tylko dlatego, że miał fajny styl! 🔥 No dalej, walcie w mnie — "eternal quarter-finalist", "prawdziwy tenisowy pechowiec" — ale wiadomo o co chodzi! My kibicujemy temu facetowi, bo on nas bawi, wzrusza, czasem doprowadza do szaleństwa, ale zawsze zostawia po sobie coś więcej niż suchy wynik w tabeli! A kto ma lepsze emocje niż my, kibice, którzy nie liczą punktów, tylko sercem kibicują? Nikt! Bo właśnie o to chodzi w tym kurestwie sporcie — o te małe chwile, które zostają na zawsze w pamięci, nie o te cholerne cyferki! I co, dalej będziecie szukać dziury w całym, czy w końcu pogodzimy się z tym, że Tsitsipas to nie jakiś tam nudziarz z akademii, tylko facet, który robi z kortu widowisko, i tyle?! Bo ja wam mówię — jakby jutro wygrał wreszcie ten wielki szlem, to byście mieli kolejny problem: "No i co teraz, jak on zdobędzie wszystko? Co my będziemy robić następnego dnia?". Ano, co? Będziemy dalej kibicować, bo to nie o tytuł chodzi, tylko o to, żeby mieć kogo oglądać! 💪🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
ejże, ależ ty dzisiaj rozdmuchałeś ten żart do rozmiarów całego kortu centralnego w Roland Garros... 😄 no ale serio, Rafał, ty naprawdę uważasz, że jak ktoś przychodzi i mówi „kurde, może on ma potencjał, tylko te momenty finałowe to jakaś klątwa”, to zaraz ma się tłumaczyć za to, że akurat jego fifties są z Monako zamiast z Płocka? widziałem gorsze rzeczy niż twoje fanfaronady — na moich oczach młody Wawrinka przychodził na kort w czapeczce z daszkiem i dziurawymi skarpetkami, a teraz wszyscy gadają o jego trzech wielkich szlemach. A Tsitsipas? Facet ma fajny tenis, ale nie nośmy się na rękach — on na tych swoich finałach wielkiego szlema gra jakby dostał od losu czek bez pokrycia. I nie ważne ile razy mówisz „ale jak on gra!”, bo jak przyjdzie 5:4 w piątym secie i nie potrafi dobić piłki z wolnej ręki, to już nikt nie pamięta tej elegancji, tylko wynik. I jeszcze coś — pamiętacie jego finał w Monte Carlo dwa lata temu? Był tak blisko, że sędzia nawet nie zdążył podnieść ręki do gwizdka, a on już oddał uderzenie w siatkę. I co? Przegrał, bo nie umiał znaleźć tej jednej prostej w decydującym momencie. I nie nośmy się na rękach z tym „ma styl, ma wszystko” — styl to nie jest wymówka za to, że w decydującej chwili brakuje ci jaj, żeby zagrać do boju. No i co z tego, że dochodzi do półfinałów? Ja pamiętam czasy, kiedy Lendl dochodził do finałów i nie dawał się zagiąć — bo on nie tylko miał fajny backhand, on MIAŁ SIĘ JAK SKALA. A nasz Tsitsipas? W półfinale w 2021 roku z Daniłowym przegrał w czterech setach, bo nie potrafił utrzymać psychiki — i co, mieliśmy wtedy gadać o jego „widzówiu”? No nie mieliśmy. Bo tenis to nie tylko „fajny show”, tylko też umiejętność trzymania nerwów na wodzy, kiedy liczy się każdy punkt. I tak na marginesie — facet ma świetny tenis, ale nie nośmy się na litość. Jeśli ma wygrać wielkiego szlema, to albo znajdzie w sobie te kilka procent więcej agresji w decydujących momentach, albo będziemy dalej gadać o tym, jaki to fajny artysta, który nie dociera do finału. A ja osobiście wolę zawodnika, który dociera do finału i wygrywa — choćby nie był tak stylowy jak nasz Grek. Bo na koniec dnia liczy się koperta, a nie to, jak ładnie się zagrało w pierwszym secie. No ale no — co tam ja będę gadał, jak wy i tak jutro wyleziecie przed meczem i będziecie czekać na jego kolejny „spektakl”. Tak już jesteśmy zaprogramowani, że wolimy piękny przegrany mecz od nudnego zwycięstwa. I to jest właśnie ta cholerna tragedia naszych czasów — kibicujemy przegranym, bo są fajniejsi do oglądania, a nie dlatego, że na nie zasługują. 😉Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Akurat w zeszłym tygodniu oglądałem przypadkiem powtórkę jego meczu z Alcarazem w Barcelonie — ten, co to wszyscy potem gadają, że to był spektakl na lata. Pamiętacie? Ten drugi set, kiedy przy 4:4 przejął serwis hiszpańskiego wilka i zaczął grać backhandy zza linii końcowej tak, że facet dosłownie zatrzymał się na środku kortu i patrzył jak w kinie? Tyle że to nie było żadne kino — to była prawdziwa tenisowa rewolucja. I wiesz co mnie najbardziej wkurzyło? Że niektórzy z was teraz będą mówić, że "no tak, ale przegrał". Przegrał?! A ja wam powiem, że jakby któryś z was stanął na tym korcie przeciwko takiemu zagraniu, toby nie miał pojęcia, skąd ma wyjąć piłkę. Ten moment, kiedy Tsitsipas uderzył backhandem zza kortu i Alcaraz musiał się cofnąć prawie pod siatkę, żeby cokolwiek do niej dopchnąć... To była czysta magia, nie żadne "fajne zagranie". I nikt nie zapamiętał wyniku, tylko to, JAK on wbił w przeciwnika takie rozczarowanie, że facet nie miał nawet siły krzyknąć "brawo" po meczu. A teraz sobie pomyślcie — ile razy którykolwiek z was widział coś takiego na korcie? Ten ruch był jakby Federer spotkał się z Nadalem i nagle wymyślił nową dyscyplinę: tenis w zwolnionym tempie z balladach w tle. I wiecie co? Właśnie o to chodzi — on nie jest wieczny półfinalista, on jest tym jednym zawodnikiem, który potrafi zmienić mecz w coś, czego nie da się zapomnieć. I nie ważne, czy wygra, czy przegra — bo on zostawia po sobie coś więcej niż tylko tabelę rankingową.Gdzie dowody?
-
No do licha, jakbyście się zebrali w jednym pomieszczeniu z butelką greckiego ouzo i papierosami w dłoniach, to nawet nie potrzeba by forum, żebyście doszli do ładu — albo nie doszli, bo to przecież właśnie w takich sytuacjach najlepiej się kłócić. Spojrzałem na wasze teksty i niby mamy tu dwudziestolatka, który ostatni raz grał w siatkówkę w Sosnowcu, obok emeryta z Krakowa, który pamięta czasy, kiedy tenis to była sprawa dla twardzieli z akademii, a nie dla artystów zadowolonych z samego siebie, obok faceta, co to w weekendy ogląda "Czas honoru" na DVD i uważa, że jego krytyka ma wagę losu pokerowego. I wiecie co? Wszyscy macie trochę racji, ale też trochę nie. Tsitsipas to jest ten typ zawodnika, który sprawia, że następnego dnia po meczu rozmawiamy przy śniadaniu o tym, JAK on uderzył forehandem w decydującym momencie, a nie o tym, że jednak przegrał. I to jest cholernie ważne — bo w tym świecie, gdzie liczy się tylko wynik, on przypomina nam, że tenis to też widowisko, emocje, chwile, które zostają na długo w pamięci. Ale jednocześnie, jak na to patrzymy na zimno, to jednak brakuje mu tego jednego, co oddziela dobrych od wielkich — te kilka procent agresji, determinacji i psychicznej siły, kiedy stajesz twarzą w twarz z przeciwnikiem, który cię nienawidzi i chce cię zniszczyć. Pięć półfinałów w Melbourne to rzecz godna podziwu, ale półfinał to nie finał, a finał to nie tytuł wielkiego szlema. I nie nośmy się na litość z tym "ale jak on gra!". Tak, gra pięknie — ale jeśli ma wygrać to, co my wszyscy chcemy, żeby wygrał, to musi nauczyć się grać jeszcze bardziej agresywnie, jeszcze bardziej skutecznie w tych decydujących momentach. Bo piękna porażka to nadal porażka, a wielki szlem to nie dekoracja na ścianę — to dowód, że potrafisz wygrać, kiedy liczy się każdy punkt. Ale z drugiej strony — kto powiedział, że musimy wybierać między stylem a zwycięstwem? Przecież są zawodnicy, którzy potrafią połączyć jedno z drugim — i to oni zostają w historii. Czy Tsitsipas do nich dołączy? Czas pokaże. Na razie mamy to, co mamy: faceta, który rozbawia, wzrusza i czasem doprowadza do szału, ale nigdy nie pozostawia obojętnym. I to, moi drodzy, jest coś wartego więcej niż każda koperta z logo Rolexa.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊