Kiedy zieleń Norwegii płonęła w ogniu tenisowych emocji – Casper, jesteś naszym narodowym bohaterem!
pamiętam jeszcze ten tenisowy październik z 2019, jak weszliśmy razem z kolegami do baru na kampusie, wiadomo które – tamte stare kafejki w centrum, gdzie tektura na stolikach aż śmierdziała piwem z zeszłego tygodnia. lecimy po drinki, a tu nagle na ekranie powyżej baru – casper w finale sztokholmu, setservice z dreszkiem jakby sam orto dał mu baty do rąk. no i co? przegrał pierwszego seta, a my tam z kuflem w garści, bijemy się w pierś, że "no cóż, następny rok mu pójdzie", jakbyśmy wiedzieli cokolwiek o tym norweżysku.
a on wywalił dętkę w drugim secie i dołem. klasa, że dech zaparło – taki tenis, że aż włosy na rękach stanęły, a ja myślałem tylko: dobra, widać jednak nie oszalałem z tymi memami o jego forehandzie, którą to przecież odbijaliśmy na forum jak piłkę w ping-ponga.
i wiesz co? do dzisiaj na mieście spotykam tamtych chłopaków, każdy ma ten mecz w tle swojej historii – "pamiętasz? tamto piwo, tamten casper...". no bo wiecie, kibicowanie to czasem nie o wynik, tylko o chwilach, które zostają. a te dwie straty w usa... no trudno, bolało, ale zielony płomień się nie ugasi – on pali dalej, a my z nim 😄
6 postów
-
✓no do cholery z tymi teoriami co tam szło nie tak kurde 🔥 pamiętam jak z kolegą z garażu akurat na mecz lecieliśmy, radio trzeszczy, on mówi "siema, Casper dziś spoko gra", a ja mu na to "no ba, może tym razem go nie odpuści" – no i skurwiel walnął po prostu taki tenis, że aż wiatrak w warsztacie na chwilę stanął. wiesz co? siedziałem w tej policyjnej toyocie z naprawianym lakierem na błotniku, radio gra, a tu on – jeden set wygrany, drugi szlag trafił, a ja z ręką na kierownicy jak w transie – "idź do jasnej cholery, Rudi, niech te norweskie nerwy wreszcie coś dadzą!!" i wiesz co? on posłuchał, bo trzeci set to była jazda bez trzymanki – taki tenis że aż łzy napłynęły pod te okulary przeciwsłoneczne o 3 rano na parkingu pod warsztatem 💪🔴Swoich się nie zostawia.
-
no i niech ktoś mi powie, jakbym znowu nie stał pod tymi samymi drzwiami starej knajpy na rynku w sosnowieckim starym mieście, co kiedyś pachniało nie tylko piwem, ale i papierosami bez filtra w kieszeniach bywalców. tam było lato 2021, akurat mecz wasz gnał w tv nad barem, a ja w kącie z piwem w dłoni gadałem o niczym z jednym gościem, co to podobno kiedyś grał w trzeciej lidze siatkówki i ciągle miał do Caspera pretensje, że za mało serca. i tu nagle – jakby ktoś rzucił granatem na środek baru – ten norweski lód w żyłach podchodzi do podań i zaczyna robić coś takiego przy siatce, że facetowi z naprzeciwka aż szklanka wyślizgnęła się z palców. nie wiem, czy widzieliście kiedyś, jak ten człowiek potrafi zmienić bekhend w coś pomiędzy sztyletem a cudem – no ale tamten gość, ten były siatkarz, powiedział tylko jedno: "kurwa, widzisz to? to nie tenis, to magia. magia czystej krwi". a potem zamówił następne i zawołał: "nareszcie facet, który gra tak, jak ja kiedyś marzyłem – bez strachu!". i wiecie co? po meczu, gdy Casper wyszedł, facet podszedł do mnie i szepnął coś, czego nigdy nie zapomnę: "pamiętaj, kibicowanie to nie tylko cierpienie. to czasem spotkasz kogoś, kto ci pokaże, że nawet przegrana może być piękniejsza niż twoje największe zwycięstwo z przeszłości". no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
No cóż, pamiętam tamte chwile, jakby to było wczoraj – te mecze w barach, gdzie starsi kibice stukali się kuflami i mówili "jeszcze jeden rok mu pójdzie", a on wywracał te ich prognozy jednym bekhendem. Byliśmy wszyscy młodsi, bardziej naiwni w jakiś tam sposób, bo wierzyliśmy, że wystarczy ufać, a on sobie poradzi. Teraz to już nie te same twarze pod telewizorami, ale niektórzy z tamtych chłopaków wciąż przychodzą – tylko z innymi kubkami w dłoniach i innymi siwymi włosami na głowach. Wtedy Casper był tym chłopakiem z fryzurą, która nie mieściła się w żadnym regulaminie, grał jakby na luzie, a wygrywał, bo miał w sobie coś takiego, że przeciwnik po prostu się gubił. Dzisiaj to już dorosły facet, który wie, co znaczy być w finałach Wielkiego Szlema i wychodzi z nich – nawet jeśli płacze. Stracone sety w Nowym Jorku bolały, ale były częścią tej samej historii: ten Norweg, który kiedyś uderzał jakby na skróty, teraz walczy o każdy punkt, jakby wiedział, że każda strata to lekcja, którą trzeba zapamiętać na kolejny mecz. A co do drużyny… no cóż, kibicowanie to jednak nie tylko Casper. Wtedy byliśmy zgranym towarzystwem, które zebrało się pod jednym sztandarem – nie było tylu medialnych szumu, tylu ekspertów gadających przez radio. Teraz to inna liga, inni ludzie, inny luz – ale czy lepszy? Trudno powiedzieć. Tamte momenty w barach, gdzie ktoś mówił "niech on jeszcze raz spróbuje", miały w sobie coś magicznego, bo były szczere. Dzisiaj emocje są bardziej zorganizowane, bardziej "profesjonalne", ale czy równie autentyczne? Fajnie było tamtego lata 2021 w Sosnowcu widzieć faceta, który kiedyś grał w siatkówce, i tak zakręconego tym tenisem Caspera, że zapomniał nawet o swoim piwie. To była czysta pasja, bez filtrów. Teraz widzę, że Casper nadal umie wzniecić takie emocje, tylko że odbywa się to już na większej scenie. Ale czy ktoś jeszcze potrafi tak po prostu usiąść w warsztacie pod radiem i krzyczeć na kierownicę, że "on znowu to zrobi"? No właśnie…
-
no bo siema ⚡ mi sie przypomniał ten cholerny mecz w Katovicach na kortach przy ulicy Ligockiej, akurat byłem tam na rusztowaniu i padło akurat że Rudi ma grać jakiś challenger w śladem po jakimś turnieju... no i oczywiście w radio trzeszczy, a ja mam hełm ochronny na głowie, w ręce kubek kawy z automatu co to śmierdział benzyną, a tu na drugim ekranie – on walczy z jakimś miejscowym facetem co to ledwo zipał z rakietą. i wiesz co? ten norweski bóg zaserwował pierwszego seta takim podaniem że aż dziób od hełmu mi podskoczył... no ale potem ten gość zaczął grać normalnie, a ja ze swojego rusztowania widziałem jak Casper tak naprawdę się wkurwił, bo ten lokalny "talent" szedł na żywioł. I wtedy on poszedł na całość – ten drugi set to był taki tenis że aż te stalowe rury rusztowania drżały, nie mówiąc o moim sercu co to latało jak młot pneumatyczny. i co? wygrał w dwóch, ale co najgorsze – ten lokalny facet zaczął płakać na korcie, a ja z tym kubkiem w dłoni i hełmem na głowie myślałem tylko... no dobra, niech on sobie płacze, bo my mamy jeszcze robotę do zrobienia, ale ileż można? przecież to dopiero challenger, nie finał US Open 😤 i z tego co pamiętam – widziałem potem jak Casper podpisywał te autografy tym histerycznym kibicom co to się czołgali po trawie, a jeden z nich dał mu w prezencie... pudełko norweskich wafelek z czekoladą. i on uśmiechnął się jak dziecko i wsadził je do torby, a ja myślałem tylko – no widzicie? nawet w tym zapomnianym mieście, gdzie nikt nie wie kto to Ruud, on potrafi rozniecić takie ognisko, że potem ta zieleń Norwegii nie ugasi się do następnego turnieju. i wiecie co? teraz jak słucham tych dwóch straconych setów w Nowym Jorku, to automatycznie widzę te trzy litry kawy z automatu śmierdzącej benzyną, hełm na łbie i kubek trzęsący się od drgań rusztowania... bo kibicowanie to czasem nie o trybuny, tylko o takich momentach co to zostają w duszy na amen 🔥💪Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
Ejże, ależ wy się tu zebraliście z tymi waszymi wspominkami jakby ktoś wam kazał pisać dziennik intymny 😂🍿 a ja tu sobie siedzę z kubkiem zimnej herbaty (bo akurat mi się skończył piwko) i myślę: kurczę, a ja to w ogóle kiedy ostatnio krzyczałem na telewizor tak, że sąsiadka z dołu pukała do drzwi! No ale serio, skoro już rozkręciliście ten nostalgiczny rollercoaster – to powiem Wam, jak to wyglądało u mnie, bo ja kibicuję Casperowi chyba od czasów, kiedy on jeszcze w shortach pływał po kortach jak rozbrykany foksterier 🐶🎾 Pamiętam doskonale – byłem wtedy na obozie harcerskim, takim totalnym luzie, gdzie nikt nie wiedział co to tenis poza tym, że to jakaś szmaciana piłka i dwie dupy bijące się po niej. Akurat trafił się mecz akurat przy ognisku, ekranik ledwo zipał, a ja miałem w ręce kiełbaskę, która tak śmierdziała chlorem, że myślałem, że to jakaś chemia od neutralizacji siarki. I nagle – BUM! – Casper walnął jakimś bekhendem, że ekranik aż zadrżał, a jeden z harcerzy (ten co normalnie opowiadał o swoim "mistrzu" w disco polo) wstał i krzyknął: "No dobra, ale jak on to robi?! Ja nawet w ping-ponga tak nie potrafię!" A ja mu na to, trzymając tę śmierdzącą kiełbaskę: "Ej, spokojnie stary, to nie tenis, to magia! Magia norweskiego lodu albo coś takiego!" I od razu poszedł legendarnie – przegrał seta, ale za to wygrał moje serce na amen, bo przecież skoro ja, harcerz z drugim stopniem i zapachem chloru w nosie, mogłem kibicować temu facetowi, to każdy mógł. No i teraz jak słucham waszych opowieści o barach, warsztatach i rusztowaniach, to myślę tylko: cholera, a my mieliśmy obóz harcerski z kiełbaskami śmierdzącymi chlorem. Ale jedno jest pewne – te stracone sety w Nowym Jorku? To nic, bo w naszej drużynie Casper zawsze wygrywa, nawet jak przegrywa 💚🔥Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿