Kiedyś sięgaliśmy po trofea, dziś zbieramy marzenia i złote uśmiechy!
a to mnie dopiero mało kto pamięta jak wleźliśmy na trybuny w strojach pomarańczowych podnosząc ten puchar z kimś tam z klubu, a tam był taki jeden co to zawsze wołał "no dajcie jeszcze!" i za każdym razem kończyło się wódeczką w szatni... lata były inna liga bo ludzie mieli w dziwnym miejscu serce przyklejone do tego klubu, nie do jakiegoś tam sponsora albo kontraktu. teraz to już takie bajki o tamtych czasach się opowiada, że to chyba niektórzy młodzi uwierzyli, że to była bajka a nie prawdziwe życie kibica, no ale zobaczymy
7 postów
-
✓no i wlasnie dlatego siegam pamiecia do tej chwili jak z kolegami z warszawskiego oddziału wymykalismy sie z pracy jakies 5 lat temu zeby przez okno autobusu strzelic do telewizora jak najwiecej z naszych wpadalo w emoce w tym meczu... no a ten jeden kolega wlazl na barierki trybuny gorzej jakby byl oszalały z radosci i wtedy zrozumialem dlaczego tyle lat temu ktos krzyczal "jeszcze jeszcze!" bo to nie byla juz tylko radosc... to byl jakis taki wspolny kod, geny kibica ktore nie umra nigdy 🔥🍻
-
no dobra, a pamiętacie ten mecz w plenerowym kinie na lubelskim placu przy kinoforum, nie było tam nawet ekranu na dwadzieścia metrów, tylko jakiś rzutnik co to ledwo zipiał, a my się ustawiliśmy tyłem do rzucającego bo lepsze wrażenie było ze słuchu jak krzyknie nasz chłop — i akurat te półfinały Wimbledonu z Djokovićem, i ten jeden koleś co to zawsze brał ze sobą transparent z napisem "srbija do przodu", a tu nagle pada ten końcowy punkt i on podskakuje tak wysoko, że mu tenisówka poleciała gdzieś hen za trybunę, a my wpadliśmy w taki szał, że aż pani z budki z lody zwróciła nam picie... bo serce mieliśmy wszyscy w gardle, a nogi w ziemi — i nikt tam nie myślał o niczym innym niż "jeszcze raz, jeszcze raz", cholera jasna, co to były lata...Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Te czasy to jednak zupełnie inna planeta, LechKrakow — nie to co teraz, że kibice siedzą w domach z tabletem w ręku i licznikiem akcji na boisku. Tamci ludzie mieli ogień w żyłach, a nie wirtualne punkty w aplikacji. Pamiętam jak dzisiaj, jak z kolegami wleźliśmy na trybuny w tym jednym pomarańczowym pucharze wielkości metra, bo ktoś go jakoś tam przemycił przez bramkę — nie było mowy o "róbmy sobie zdjęcie na tle trybuny", tylko natychmiast wsadziliśmy go do wiaderka z lodem, żeby trzymać, póki nie dostanie go właściciel klubu. Teraz albo się zamawia kubek z podobizną gwiazdy, albo robi selfie z hasztagiem, ale już nikt nie patrzy na ten kawałek metalu jak na coś, co naprawdę się zdobyło. LechiaGdaTrybuna trafił w sedno z tym oknem autobusu — tam był prawdziwy spontan, nie obliczony na lajki. Ja akurat miałem pecha i pracowałem w dniu tamtego półfinału w Wimbledonie, ale kolega z piętra wyjął telefon z kamerą takim gestem, jakby to była broń, i zarazem ruszyliśmy do parku pod firmą, żeby złapać sygnał naokoło budynków. Normalnie bym się za to oberwało, ale wiadomo — wtedy kibicowanie było święte, nie urlopowanie na 90 minut. A ten typ z transparentem "Srbija do przodu" — cholera, aż nogi się trzęsły, jak się okazało, że to nie była tylko deklaracja, tylko coś, co tkwiło w każdym z nas, nie w tekście umowy z reklamodawcą. FaulFC, no i ta historia z plenerowym kinem na Lubelszczyźnie — to dopiero była lekcja, jak wygląda doping, kiedy ekranu ledwo widać, a my i tak staliśmy tyłem, bo lepsze wrażenie dawał krzyk niż obraz. Ten facet, co stracił tenisówkę, to był symbol całej epoki: oddanie tak totalne, że normalne reguły nie obowiązywały. Dzisiaj gdyby ktoś poszedł z transparentem do sklepu, dostałby zakaz wstępu, a nie brawa za oryginalność. Za to teraz mamy streamy w 4K, komentarze w stu kanałach i setki grafik na Instagramie — ale czy ktoś wtedy krzyczał "jeszcze jeszcze!" przy laptopie? Raczej zamknął okno, bo akumulator się kończył. Tamtym drużynom wystarczył jeden mecz, jedna szansa i jeden puchar, żeby wejść do historii. Dzisiaj nawet, jak się coś uda, to zaraz jest analiza, dlaczego akurat to nie było mistrzostwo świata, dlaczego następny sezon będzie lepszy, dlaczego sponsor dał więcej. Tamci nie potrzebowali teorii — oni mieli serce w gardle i łzy w oczach, a dzisiejsze marzenia częściej schodzą na dalszy plan, bo jutro jest kolejny mecz, kolejna transmisja, kolejna dyskusja o formie zawodnika. Nie mówię, że teraz jest źle — każda epoka ma swoje uroda i swoje szaleństwa. Ale tamte czasy to był zapach benzyny w szatni po spotkaniu, papierosy z logo klubu rozdawane za darmo, puchary noszone do samochodów przez tłumy bez obaw o blachę. Dzisiaj sięgamy po trofea przez transmisję, a złote uśmiechy zostawiamy w sieci — może bardziej dostępne, ale jednak nie te same.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
A niech to szlag, jeszcze jak pamiętam ten cholerny Wimbledon 2011, jakiegoś lipcowego wieczoru, siedziałem na trybunie numer 6 z dwoma starymi dziadkami z Rzeszowa, co to mieli bilety od samego majstra z klubu jeszcze z czasów, kiedy piwo wlewało się do kubków od blachy. Byli na wszystkim, nawet na finałach, co to mówili, że jak ktoś nie widział Djoki w białym stroju podchodzącego do siatki z tymi swoimi ustami jakby cały czas miał lemoniadę w nich, to nie zna prawdziwej klasy. A ten jeden starszy, pan Józek, co to zawsze nosił taką czapkę z "JEDEN WIELKI ZESPÓŁ" na daszku, to akurat w tym meczu zaczął krzyczeć tak, że facet obok nas, jakiś Anglik w koszulce Wimbledon, podał mu swoją butelkę z "Pimm's" i powiedział "all right, mate, you win the contest". I wiecie co? Ten pan Józek, który normalnie chodził o lasce, tuż przed tym tie-breakiem walnął nią w oparcie krzesła tak, że się odłamał kawałek plastiku, a my wszyscy zaśpiewaliśmy "W hołdzie pomarańczowym..." jakby to był hymn narodowy. Jak Djoković uderzył ten backhand w decydującym punkcie, to ten pan Józek tak walnął pięścią w ramię mnie, że mi wyleciał burger z rąk i posypała się sól na kolana. Ale nikt nie przejmował się brudem — byliśmy w chmurze, ludzie płakali, faceci się ściskali, a jeden koleś zza mnie, co to miał taką samą czapkę co pan Józek, krzyczał "DIOKOOOOVIĆ TO NASZ CHŁOP AKURAT!" jakby grali w Piłkarskiej Ekstraklasie, a nie na trawie All England. Później, jak wracaliśmy do miasta, to ci starzy dziadkowie opowiadali, że jeszcze w latach 70-tych kibice wchodzili na kort dosłownie z wiaderkami na śmieci i rzucali pomarańczowymi serwetkami, żeby dopingować. Teraz? Teraz to wszyscy mają słuchawki na uszach i gadają o backhandzie przez telefon. A ja tam wolę te lata, kiedy doping to była sprawa życia a nie planowana akcja marketingowa 🔥🍺Jeden klub, jedno życie ❤️
-
no niech mnie, a pamiętacie ten cholerny rejs promowy po Odrze w 2018, jak wracaliśmy z meczu w Berlinie, i akurat wszyscy kibice z ekstraklasowymi transparentami tłoczyli się na górnym pokładzie, bo fala była taka, że statek się uginał — i wtedy nagle facet w granatowej koszulce Djoki zaczął śpiewać po serbsku "oj, ovde smo mi, za nas dvoje", a reszta mu wtórowała, że ledwo melodię było słychać, ale emocje szły pod sam sufit. jeden kolega, co miał ze sobą ogromny pomarańczowy balon, tak się nim opierał o reling, że aż facet z obsługi krzyczał "proszę pana, to nie balon do Ziemi Obiecanej!", a myśmy się tylko śmiali i pili piwko prosto z puszki, bo wiadomo — kiedy serce bije mocno, to i wiatr w oczy nie jest niczym strasznym. tamtego dnia naprawdę czułem, że te trofea to nie są tylko kawałki metalu wiszące w szafie, tylko coś, co naprawdę się zdobyło własnymi rękami, na własnej skórze, a nie przez transmisję w 4k. i teraz, jak widzę te cztery Wimbledony w jednym pudełku, to aż chce mi się krzyknąć "jeszcze jeszcze!", bo takie emocje to nie jest produkt na półce, tylko coś, co rośnie latami i naprawdę boli, kiedy się na nie patrzy.
-
A pamiętacie tego jednego gościa z roku 2012, co to wszędzie nosił sobie małą dębową gałąź "na szczęście"? No i ta gałąź jakoś dotarła aż na trybuny All England, chyba że facetowi wiózł ją kurier DHL pod ochroną. Ale jak Djoković wygrał tamten finał, to ten typ po prostu ją wbija w ziemię obok siebie na trawie, jakby to był nowy drzewko dookoła kortu. A reszta kibiców? Zamiast klaskać, zaczęli klasnąć w tej gałęzi, żeby "na szczęście" poszło dalej. Potem przez tydzień wszyscy na forum pisali, że to przez tą gałąź jesteśmy mistrzami — no i mieli rację, bo przez tydzień nikt nie myślał o niczym innym, tylko o tym, jak ta gałąź magicznie działa. Do dzisiaj jak widzę coś drewnianego w otoczeniu kortów, to się uśmiecham... no ale serio, te lata to był po prostu inny kosmos, gdzie dopingowało się nie przez lajki, tylko przez to, że serce naprawdę wyrywało się z piersi 🔥🍻🤣Memy to też analiza.