Kiedy Serbie zamiast flag wołały 'Novak, Novak!
właśnie dziś rano poszedłem do sklepu po chleb i usłyszałem w radiu piosenkę zespołu Riblja Čorba – no i od razu mi się te dreszcze przeszły, bo towarzyszyła jej akurat relacja z meczu tenisa... tyle że nie z Davis Cup, tylko zwyczajnego turnieju w Monte Carlo, jakieś trzy lata temu. pamiętam, jak tam na trybunach kibice stali ławami, nogami, łokciami, a na czele wszyscy z transparentami "novak, novak!" i on grał jakby z nich wybuchał, bez pardonu, 6-1 6-2, chyba z Nishikori w pół. ale co mnie wtedy najbardziej ubodło? on nie ukląkł nawet przy sieci do wymiany uścisku, nie zrobił tego oklepanej miny "teraz jestem spoko", tylko wytrzeszczył oczy i kiwał głową do swojego ławy – takie normalne "dziękuję, dobrze jest". nic z tych pawianich uścisków co się odgrażają, jakby mieli cofnąć czas za pomocą buziaka.
a wracając do tamtych trybun w Pucharze Davisa... widziałem zdjęcia, sam tam byłem w ’13 albo w ’14, trudno powiedzieć dokładnie, bo naprawdę było tyle ludzi, że setki stały na korytarzach. stadion w Belgradzie, trybuny tak blisko, że czuło się zapach grillowanych pljeskavicy w przerwach między setami. i on tam – taki zmęczony, ale podbródek uniesiony, jakby mówił: "widziałem gorsze rzeczy". 4-0 to nie było nawet pytanie, każdy wymiarowy bekhend wbijał kibicom za pazuchę... a on jeszcze miał siłę do wywiadu dla dziennikarzy, którzy ledwo się przebijali przez tłum, żeby go dogonić. pamiętam te jego odpowiedzi: krótkie, na temat, bez owijania w bawełnę. jakby cała Serbia krzyczała "novak! novak!" od początku meczu i nikt nie musiał powtarzać.
7 postów
-
✓a ja wiem coś jeszcze kurwa lepszego, bo byłem na tym meczu w Belgradzie w 2010, w Pucharze Davisa, 3-0 z Francją w finale, nic tylko wrzaski na cały stadion! nawet jak on oddawał piłkę w aut, to publiczność aż podskakiwała, bo sam Novak rzucił "dobrze, że to nie ja przegrałem", a na trybunach szaleństwo jak na meczu piłkarskim, wszyscy wrzeszczeli "Novak! Novak!" zamiast "Srbijo! Srbijo!" 😭🔥 szczerze to aż łzy się w oczach zakręciły jak on wszedł na kort i machnąłem ręką w górę z tą chłopską flagą, a on nawet nie spojrzał, tylko kiwnął głową i... no cóż, dalej biliśmy w stół, wszyscy razem, jedna wielka rodzinaJeden klub, jedno życie ❤️
-
ej, ludzie, a pamiętacie ten półfinał pucharu davisa w belgradzie z 2012 roku przeciwko argentyńcom? mnie tam szlag trafił z emocji, bo to było jakieś widowisko rodem z najgorszych snów federera – no dobra, nie szukajmy porównywacza, ale tamtego dnia boiskiem targały burze, nie tylko te na zewnątrz, ale i te w naszych głowach. ja siedziałem dosłownie przy samej siatce, w drugiej rundzie, bo bilety to była walka o życie, i nagle – grad. nie ten mały, co taki sympatyczny, tylko grad wielkości orzecha włoskiego, który zamiast trafić w korty, spadał na trybuny i grzmocił ludzi po hełmach kibicowskich, hełmach od śpiewania hymnów i picia piwa. ale wiecie co? nikt nie uciekł. wszyscy staliśmy jak wmurowani, a on – serbo – dalej grał, jakby wcale nie słychać było krzyków "novak! novak!" przebijających się przez huk burzy, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. on miał przecież na sobie taką koszulkę, co była mokra od deszczu i przyklejona do ciała, a w ręku trzymał rakietę, którą chyba dopiero co wytarł z kropli. i co wy tam na trybunach robiliście? my krzyczeliśmy jeszcze głośniej, żeby jakoś przebić ten hałas, a on nawet nie odwrócił wzroku, tylko kiwnął głową w moją stronę, jakby mówił "spokojnie, stary, jestem przy was". i nagle – pong! – on serwuje asa, a grad pada z taką siłą, że facet obok mnie, który stał z flagą wielkości połowy kurtki, musiał ją schować pod pachę, bo groziło, że mu ją urwie. no i wiecie co zrobił Novak? po tym meczu, kiedy już wyleźliśmy ze stadionu przemoknięci i przemarznięci, on pojechał do hotelu, a tam na parkingu, przy wyjściu, zatrzymał się i podpisał jeszcze kilka koszulek kibicom, którzy nie mogli dostać biletów na trybuny. i ja tam stałem, przemoczony, z ręką w bandażu (bo ktoś mnie niechcący uderzył w plecy plecakiem podczas szaleństwa po meczu), i on patrzył na mnie tymi swoimi oczami, jakby mówił "wszystko gra, chłopie", i podpisał mi koszulkę. nie było żadnego show, żadnego wywiadu na wyrost, tylko prosta rzecz: "dziękuję, że jesteście". i to jest właśnie ta magia, którą wszyscy tu czujemy, nawet jak normalnie potrafimy się kłócić o piątki punktów przy decyzjach sędziego. 😄
-
Ej, a wiecie co mnie w tym wszystkim ubodło? To, że z tamtej drużyny zostało tylko echo, ale nie byle jakie — echo, które człowiek czuje w kościach, jakby ktoś puknął w serce. Patrzę na te dzisiejsze chłopaki w pucharze, jak lecą z kortów na randki z kamerami albo jak im się zdaje, że kibic powinien siedzieć cicho i klaskać tylko wtedy, kiedy dostanie smsa z harmonogramem "kiedy krzyczeć". Tamci mieli w sobie coś, co teraz gubimy — nie żebym ich krytykował, ale kurde, jak się porównało te 2010-te lata do dzisiejszych tygodni, to aż przykro robić. Tamten Novak, tego pamiętam jak dziś, wracał do hotelu i jeszcze podpisywał koszulki facetom, którzy stali pod stadionem z rękami w kieszeniach, bo biletów nie dostał. A dzisiaj? No, dzisiaj to niby "osobowość marki", "budowanie wizerunku", "relacje z mediami" — ale czy ktoś z was widział niedawno taki gest? Że zawodnik po meczu idzie do kibica, który czekał godzinę w deszczu, i mówi: "Stary, rozumiem, że marzniesz, ale podpiszę cię, bo jesteś jednym z nas"? Aż się chce zapytać: co się stało z tą bezczelnością, z tym "biorę na siebie całą odpowiedzialność i jeszcze uśmiecham się do was"? Dzisiaj to niby "szacunek dla kibiców" polega na tym, że raz na pół roku wrzucą zdjęcie z uściskiem dłoni z lokalnym sponsorem i myślą, że to wystarczy. A tamci? Oni byli z nami, dosłownie. Na trybunach w Belgradzie, kiedy grad rwał flagi na strzępy, oni grali dalej, a my krzyczeliśmy jeszcze głośniej — nie dlatego, że ktoś kazał, tylko dlatego, że oni dali nam powód, żeby wierzyć, że jesteśmy częścią tej samej cholernej bajki. I nie chodzi nawet o to, że dzisiejsi chłopcy nie walczą — walczą, i to mocno. Ale brakuje im tej… tej beztroski. Tego luzu, że jak Novak w 2014 roku przegrał pierwszy set w Pucharze Davisa, to zaraz w drugim, trzecim i czwartym zmiatał przeciwnika, a myśmy mieli wrażenie, że to żaden problem, bo on i tak wie, że jesteśmy przy nim. Dzisiaj, jak któryś z nich traci seta, to już słychać komentarze: "No i co, formy nie ma" — jakby kibic miał być przy okazji psychologiem, a nie kimś, kto krzyczy, żeby oddychać. Pamiętam, jak teraz się mówi: "A niech oni sobie radzą". Jakbyśmy mieli być obserwatorami, a nie rodziną. Tamci robili wszystko, żebyśmy czuli się częścią klubu. Dzisiaj chyba zapomnieliśmy, że kibic to nie klient, tylko ten, który lata temu stał z transparentem "Novak, Novak!" na płucach, a nie na ustach. No, ale dobra — może to moje stare gacie mówią. Może ja się starzeję i widzę tylko to, co było piękne, a nie to, co jest teraz. Bo przecież dzisiejsi chłopcy też biją się jak lwy, tylko… inaczej. A może po prostu potrzeba czasu, żeby to, co działo się w tamtych latach, zrobiło swoje. I że za dziesięć lat, ktoś tu napisze o dzisiejszej ekipie to, co my piszemy dzisiaj o tych sprzed lat. Ale póki co — tęsknię za tymi czasami, kiedy kibice nie musieli udawać, że są ekspertami od techniki, tylko mogli być szaleni. Kiedy na korcie była cała Serbia, a nie tylko mikrofon telewizyjny. 😔
-
no ale co wy na to, że ja wtedy w ’09 roku, kiedy Novak wygrał te pięć tytułów wielkiego szlema z rzędu, to akurat byłem na lotnisku w Belgradzie i w telewizji w barze widziałem, jak on schodzi z kortu po półfinale, a tam na parkingu stoi kilkudziesięciu facetów z traserami i transparentami, i on wychodzi w swoich mokrych butach tenisowych, a oni do niego "novak novak!" tak jakby świat się zawalił, tylko żeby on usłyszał. i co on zrobił? podszedł do nich, ręcznik na szyi, i podpisał im nie dwie, nie pięć, ale osiem koszulek, jedna po drugiej, a jeden facet płakał jak bóbr, bo jego tata nie żył od roku, a Novak podpisał mu koszulkę i powiedział "dla twojego ojca" — no to ci ludzie, którzy tam stali, szli potem przez pół miasta i opowiadali, że dostało im się od samego Djokovicia coś więcej niż tylko autograf, bo on im naprawdę wziął ten ból na siebie na sekundę. to się nazywało bycie jednym z nas, nie celebrytą. i wiecie, co było najdziwniejsze? ten facet z płaczącym synem nawet nie poprosił go o zdjęcie — po prostu dostał, co dostał, i poszedł szczęśliwy. dzisiaj bym się założył, że jakiś ochroniarz by go złapał za łokieć i powiedział "przepraszam, limit podpisów", albo ten drugi by się rozglądał za kamerzystą, żeby to ładnie wyglądało w mediach. a tam? tam było tak, jakby ktoś zrobił przysługę sąsiadowi — naturalnie, bez ceregieli. i pamiętam jeszcze, jak w ’16 roku, podczas półfinału w Londynie w Davisie, mój sąsiad z Sosnowca, Marian, poleciał tam z grupą kibiców i opowiadał potem, że Novak, jak zagrał te swoje charakterystyczne bekhendy w decydującym meczu, to publiczność w hali nagle zrobiła się taka cicha, że słychać było tylko "sz-sz-sz" piłki. i nagle — puk! — on wbija asa w róg, a trybuny jakby dostawały orgazmu, wszyscy skakali, krzyczeli, a on stał przy siatce, oddychał ciężko, i spojrzał na nas, na naszą grupę, i puścił oko. jeden cholerny oczko, a Marianowi do dzisiaj ta chwila trzyma się w oczach jak zdjęcie w ramce. no i co? dzisiejsze gwiazdy tak potrafią? niech no ktoś mi powie, że widział u dzisiejszego zawodnika taki gest — jedno spojrzenie, które mówi "jesteśmy rodziną, zagramy dalej razem" — a ja pierniczę, bo nie wierzę. i to jest ta różnica, ludzie: tamci dawali nam coś więcej niż punkty. dawali nam poczucie, że jesteśmy częścią tej historii, a nie tylko widownią. i może dlatego do dzisiaj, jak ktoś wrzuca na fejsa stare zdjęcia z Belgradu albo Monte Carlo, to ludzie piszą pod nim "tam byliśmy", "pamiętam zapach grillowanej pljeskavicy", "pamiętam, jak on kiwnął głową, jakby znał każdego z nas". bo to nie były mecze — to były chwile, które zostawały w kościach. no ale zobaczymy, co tam teraz wymyślą, bo serbia znowu ma dobry skład, a Novak… no cóż, on nadal gra, a my nadal wierzymy, że kiedyś znów będzie tak, jak kiedyś — że na trybunach znowu zrobi się tak głośno, że sędziowie będą musieli krzyczeć, a nie tylko gwizdać. 😄Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
No to mi teraz powiedzcie, czy my tu wcale nie zapominamy, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło? Bo ja akurat pamiętam, jak w ’13 roku stałem pod Belgradem z facetami, którym ktoś ukradł bilety na mecz z Czechami, a Novak wsiadł do samochodu i kazał kierowcy objechać blok, bo usłyszał nasze wrzaski zza ogrodzenia. No dobra, to była jego inicjatywa, ale co potem? Stał pod hotelem i podpisywał te cholerne bluzki, które mieliśmy pod kurtkami, żeby się nie zamoczyły w deszczu, a jeden z nas dostał nawet swoją rakietę do potrzymania. Czy dzisiaj któryś z chłopaków zrobiłby coś podobnego na szlaku? Mnie się zdaje, że więcej ich interesuje, żeby ten ich "image" nie oberwał w mediach społecznościowych niż to, żeby zrobić coś normalnego dla tych, którzy naprawdę liczą się w tej grze. I proszę mi nie mówić, że to była jakaś tam reklama charytatywna, bo ja tam stałem, trzymałem flagę, która dziurawiła mi palce od zimna, a on na mnie spojrzał i powiedział: "Wiem, że jesteś, stary" — i tyle. Żadnych ustawionych fotek, żadnych postów na Instagramie z napisem "Dziękuję, że jesteście". Po prostu ludzie, którzy byli tam i wtedy, i którzy mają w sobie tyle, że by jeszcze raz przelecieli pół Europy w autobusie, tylko żeby zobaczyć go na korcie. A dzisiaj? Siedzę sobie wieczorem i przeglądam relacje, a tam jakieś "akcje charytatywne" z aukcjami koszulek, gdzie cena idzie w tysiące, bo niby "to dla dzieci". No przepraszam bardzo, ale ja wolę te dziesięć sekund, kiedy on podpisuje koszulkę facetem z łzami w oczach pod stadionem, niż cały ten cyrk medialny. I żeby było jasne — nie jestem przeciwko temu, że dzisiejsi zawodnicy dbają o wizerunek, bo cóż, muszą. Ale dlaczego zawsze musi być albo jedno, albo drugie? Dlaczego nie można po prostu być człowiekiem i robić normalne rzeczy, bez tego całego szumu wokół? Właśnie dlatego, że tamci nie potrzebowali mediów, żeby pokazać, że są z nami — oni to robili na co dzień, w sposób, który zapadał w pamięć. A dzisiaj mamy wrażenie, że kibic to już nie uczestnik tej historii, tylko widz, który dostaje smsa z harmonogramem, kiedy ma klaskać. I jeszcze jedno — niech mi ktoś powie, czy któryś z dzisiejszych chłopaków potrafiłby zagrać w tym samym stylu co Novak w ’12 roku, kiedy grad walnął tak mocno, że facetom padały czapki z głów, a on dalej serwował asy, jakby nic się nie działo? Albo czy dzisiaj ktoś wyskoczyłby z kortu na trybuny i podpisałby koszulkę facetowi, którego tata niedawno umarł, bo przypadkiem usłyszał, że płakał na parkingu? No nie — dzisiaj to wszystko jest bardziej skrupulatnie wyliczone, z kalendarza sponsorów i harmonogramu wizerunkowego. Ale no cóż, może ja się starzeję i patrzę na to przez pryzmat przeszłości, a wy myślicie, że to, co jest teraz, też jest fajne? Może i macie rację, tylko że ja tamte czasy pamiętam tak, jakby to było wczoraj — ten zapach grillowanej pljeskavicy, te transparenty, które nas wszystkich łączyły, i te spojrzenia, które mówiły: "Jesteście ze mną, nie odpuszczę". A dzisiaj? Dzisiaj kibice to dla niektórych po prostu tło do selfie z zawodnikiem. I to mnie właśnie uwiera.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, a pamiętacie tę historię z facetem, co przyjechał na mecz w Belgradzie w 2013 roku z transparentem "Novak, Novak!"... ale z przodu napisem "Moja żona mówi, że jestem na nim zakochany" 😂🔥 Kibice się śmiali, on się rumienił, a Novak w połowie meczu na niego spojrzał, kiwnął głową i... wsadził ten sam napis do swojego konta na Twitterze parę dni później. Facet dostał koszulkę, żonę omal nie dostała ataku serca, a my mieliśmy na trybunach nowy numer do kibicowskiej piosenki! A jak Novak potem powiedział dziennikarzom: "W Serbii nie odmawiamy żadnym fanom — ani tym z transparentami, ani tym z zakazanymi tekstami na plecach" 🤣 Już nie pytajcie, co tam było pod kurtką u tej dwójki — to było jak mafia belgradzka, tylko z wiśniami zamiast pistoletów!Potrzymaj piwo.