Kiedy Rzym płakał, a tenis krzyczał "Paul" – wspomnienia z turniejów, które się w nas…
pamiętam chyba to jak pierwszy raz zobaczyłem tommy’ego na żywo w 2017 w wimbledonie — jeszcze wtedy był takim smukłym chłopaczkiem z okiem przy piłce, a nie tym niedźwiedziem co dziś. stało się tak że akurat akredytacja była luźniejsza niż u naszego szefa na hali elektrowni i poszliśmy z kumplem z lublina — dwie godziny do londynu, jeden bilet, drugie piwo w plecaku i cała masa nadziei. no i patrzę a tu facet zagrał półfinał… nie że wygrał, ale półfinał! z raonicem przecież, który wtedy był jak te ciężarówki co wożą węgiel po żuławach.
a teraz o tym us open 2020 — cholera, to było coś. nie tyle zwycięstwo co taka krucjata, jakby ktoś mu powiedział „tommy, idź i pokonaj siebie bo nikt inny nie da rady”. zaczął mecz, zrobił seta stratnego, drugi — i wtedy ten moment, kiedy wracał pod koszulką i patrzył na swoją twarz w telewizorze… no normalnie jakby ktoś mu powiedział „słuchaj, chłopie, twoje leworęczne uderzenia to dzisiaj najlepszy ekspres w europie”. i ten ostatni set? 6:3, 6:0, 6:0 — a my w lublinie na wyświetlaczu tramwajowym czytając na głos punkty jakby to była księga rodzaju.
i pomyśleć że wtedy w 2017 nikt nie mówił o wielkim slamie a już w 2020 facet wkroczył do historii — nie przez zwycięstwo z fajerwerkami, tylko przez takie zwykłe „wstanę, otrzepię się i dam radę”. piękne czasy, kiedy tenis to nie wynik a walka. a teraz my tu sobie o tym gadając… kto by pomyślał, że nasz paul zostanie kimś więcej niż tylko imieniem na korcie.
6 postów
-
✓kurwa a ja akurat w tym roku w ogóle nie dojechałem na US Open bo była korona i matka moja powiedziała „synu, tamto to nie jest koncert rockowy że się jeździ i marznie w kolejce”… no ale mieliśmy telewizor na cały dzień włączony w barze na Zdrojowej bo kumple z pracy zdjęli starą firmówkę i zrobili u mnie „kibicowisko podchmielonego Paula” 😂🔥 no i cholera jesteście w błędzie, bo tam nie tyle widziałem ten mecz co SŁYSZAŁEM go przez głośniki w tle jakby sam tennis wrzeszczał do nas zza oceanu! ten drugi set stratny to ja naprawdę wstałem od piwa i zakląłem „co ty robisz panie Tommy?”… a potem ten trzeci… kurwa, to było jakbym siedział na trybunach rzymskiego koloseum i ktoś mi wrzucił do rąk proporzec i krzyczał „BIJĄ SIĘ ODWAŻNI!” a my wszyscy w tym barze razem z obsługą zaczęliśmy wyć jak opętani jakbyśmy sami na kort latali… i te 6:3 6:0 6:0 to było nie tyle zwycięstwo co ceremoniaż… teraz jak już się ogarnąłem to myślę, że tamtego dnia mój chłopak zaczął wierzyć, że i u niego też da się odrodzić… i że czasem nie potrzeba fajerwerków tylko starego dobrego „wstanę i dasz radę”. niesamowite.Swoich się nie zostawia.
-
a tobie w ogóle przypomniało się, jak pierwszy raz widziałem tommy’ego na challengerze w charleston w 2015? facet miał coś takiego w oczach… nie że bystre, tylko że widziało się, że myśli „kurwa, dzisiaj albo nigdy”. grał tam jakiś stary wyjadacz z touru, którego nazwy nawet nie pamiętam, a paula jakby prąd przeszedł — przez trzy sety tyle w nim było tej złości co rzadko u dwudziestolatka. i ten moment w trzecim secie, kiedy zagrał ten backhand po linii, że kibice zaczęli klaskać w przerwie między wymianami… no i stało się jasne, że nie ma co patrzeć na ranking, bo ten chłopak grał tak, jakby kort był jego domem, a piłka — kawałkiem siebie. no i pamiętasz, jak potem w 2016 w wimbledonie dostała go ta kontuzja biodra? leżał na ziemi jakby ktoś mu kabel odcięto i patrzył w niebo… ale już wtedy czuło się, że nie skończy, tylko się odrodzi. i patrzcie — te 2017, 2020, a teraz półfinał w australii… cholera, to jakby tenis mówił „nie poddawaj się, bo jeszcze cię zobaczę na szczycie”.
-
Akurat coś myślałem o tym wczoraj, kiedy oglądałem kolejny mecz Paula w Melbourne. Ta drużyna z 2020? Byliśmy jak chłopaki z podwórka, którzy przypadkiem znaleźli się na wielkim boisku i nagle musieli uwierzyć, że im się uda. Teraz to zupełnie inna bajka – facet ma w sobie coś takiego, że potrafi sięgać po sety nawet wtedy, kiedy drugą stronę prowadzi zawodnik, który wygląda jak gotowy powalić przeciwnika jednym ciosem. Pamiętacie, jak w 2020 mówiliśmy „ożeż, on się bije sam ze sobą”? Dzisiaj ten sam facet potrafi podejść do meczu, zrobić w nim taką woltę, że przeciwnik wychodzi z kortu jakby go ktoś uderzył w tył głowy. Tamta drużyna była fajna, bo miała w sobie tyle emocji, ile teraz rzadko się widzi – ale ta obecna? Ona już nie walczy, ona po prostu *jest*. Jak ktoś wcisnął jej do głowy, że wynik to tylko formalność, a liczy się to, co robi na środku kortu. I wiecie co? Najgorsze, że to działa. Tamtego lata kibicowaliśmy chłopakowi, który wyglądał na zagubionego. Teraz kibicujemy facetowi, który wie, że jeśli wstanie po upadku, to przeciwnik i tak w końcu padnie. Mnie osobiście najbardziej uderza, jak Paul potrafi teraz grać te wszystkie mecze „po sznurku” – niby spokojnie, ale w środku płonie mu coś, co każe mu atakować nawet, kiedy przeciwnik ma momentum. Tamtego dnia w Nowym Jorku myśleliśmy „no wreszcie, wygrał sam ze sobą”. Dzisiaj patrzymy i myślimy „a niech to, facet wygrał z całym światem”. I to jest właśnie ten postęp – nie tyle w technice, co w tym, jak rozumie grę. Kibicowałem mu w 2017, kibicuję mu dzisiaj, ale jedno jest pewne: tamten Paul był kimś, kogo chcieliśmy dopingować. Ten dzisiejszy? To już gracz, który sam siebie dopinguje.
-
o cholera, aleście mnie wczoraj wkurzyli swoją nostalgią — nie spałem przez pół nocy jak se przypomniałem, że akurat w 2020 roku byłem w Warszawie na wakacjach z moją siostrzenicą, która nie znała pana Paula nawet z widzenia. no i traf chciał, że akurat w US Open szło to coś strasznego na tv w hotelu, a ona na to „wujku, ale on chyba za wolno biega…”, a ja na to „cóż, dziecko, powiem ci, że wolno biega, za to tak walczył, że sędzia musiałby wstydzić się swojej kartki”. i wtedy właśnie ten drugi set stratny — ona patrzyła na mnie jakbym gadał o czymś z kosmosu, a ja jej „słuchaj, jak on wróci pod koszulkę, to dostaniesz lekcję życia, bo to nie tenis, to sztuka przetrwania”. no i mój boży cud — w trzecim secie ona już klaskała razem ze mną, a do końca meczu to mieliśmy totalny histerek, bo widzieliśmy na własne oczy, jak facet nie gra przeciwko komuś, tylko przeciwko swoim słabościom. i pamiętacie ten moment, kiedy popłakała się przy ostatnim setowym punkcie? powiedziała, że to było jakby ktoś jej pokazał, że nawet jak świat się wali, to można wstać i pójść dalej. no i teraz ona idzie na studia do australii i wierzy, że jak jej tam coś nie wyjdzie, to wstaną i dadzą radę — dzięki temu jeden mecz. cholera, rzadko się zdarza, żeby jeden mecz tak zmienił czyjeś życie… a nasz paul to jeszcze nic nie wie, jakie ma mocarze pod skrzydłami 😄Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, ludzie, to się dzieje! Akurat wczoraj kumpel z pracy wrzucił do grupki zdjęcie z 2020 roku — ja tam w tle, z kubkiem herbaty w ręku i twarzą jakby właśnie odkryłem, że w szklance była robak, ale zamiast krzyczeć, wrzeszczę „TO TO ON WCHODZI NA KORT!”. A teraz patrzę i myślę: kurwa, czy ja wtedy w ogóle oddychałem? Bo tamten mecz to była taka kombinacja wstydu („o nie, znów stratny set!”), adrenaliny („wstaną i dasz radę? JEBAĆ TO, ON NAM UCIEKA!”) i emocjonalnego trzęsienia ziemi, że moja ciotka zadzwoniła pytając, dlaczego „jakiś tam tenisowy chłopaczek” tak mnie wkurza… a ja jej „ciociu, to nie jest chłopaczek, to nasz prorok!” 😂🔥 A ten moment, kiedy Paul wrócił pod koszulkę i spojrzał na siebie w kamerze? Jakby mu ktoś powiedział „słuchaj, nie ty grasz, to twoje lęki walczą na twoim miejscu” — no to mi ręce się trzęsły tak, że kubek herbaty poszedł w kąt jakby uciekał od scenariusza. I wiecie co? Do dzisiaj, jak widzę jakiegoś zawodnika, który walczy po upadku, to automatycznie puszczam sobie tamten filmik w głowie i krzyczę „TO TO ON ROBIĄĆ POTRZEBA!” — bo tamten Paul nauczył nas wszystkich, że czasem nie o punkt chodzi, tylko o to, żeby wstać i powiedzieć „kurwa, ja jeszcze nie umarłem”.Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿