Kiedy Roma spacerowała po Sofia, a Dimityr Berbatow śpiewał nasze hymny!
ach, te stare dobre czasy kiedy jeszcze na żywo można było podejść i posłuchać hymnów w chrypliwym stylu beretowym... miałem wtedy zaledwie dwadzieścia parę lat i jechałem z kolegami z akademika, wszyscy jak na szpilkach w pomarańczowych szalikach — jeszcze nie wiedziałem, że za kilka godzin zobaczę coś, co na zawsze zostanie we mnie.
byliśmy na trybunie północnej w sofijskiej Sofii, ten duszny wieczór pamiętam jak dzisiaj, powietrze aż dusiło od emocji i papierosowego dymu. lewski miał swoje zoo, Roma swoje gwiazdy, ale Dimityr? on był nasz, kibica z krwi i kości. gdy tylko zadzwonił gong otwarcia, a on podszedł do mikrofonu — niech no powiem ci, że każdy włos na rękach stanął dęba. gruby głos, taki typowo sofijski, taki jakby śpiewał nie hymn, tylko swoją historię pod nogi całej widowni. nawet teraz gdy o tym myślę, to tak jakby coś w środku mnie skręca — te emocje to była inna liga, naprawdę.
i ten finał... cholera jasna, 32 sekundy, tyle wystarczyło, żeby Berbatow wleciał w nasze serca na zawsze. pamiętam ten jeden moment kiedy piłka leci w jego kierunku, on odbija, mija dwóch obrońców i — bum! gol. trybuna eksplodowała tak, że myślałem, że dach leci w powietrze. tamci faceci z lewskiego mieli miny jakby ktoś im życie odebrał, a my? myśmy dopiero co odkryli, że futbol to nie tylko gra, ale cała religia, której nigdy się nie porzuca.
no i jeszcze ta celebracja — Berbatow podbiega do trybuny kibica i całuje nasz szalik. ja w życiu nie zapomnę tej jego twarzy, tej radości, takiej szczerej i prawdziwej. to nie był show, to była szczerość, taka jaka powinna być zawsze w naszym sporcie.
ostatnio starzy koledzy umawiamy się czasem w pubie "u maćka" i mówimy: "pamiętasz tamten wieczór?" i każdy kiwa głową, bo to nie był zwykły mecz. to było coś więcej. to było coś, co trzyma nas razem od ponad dwudziestu lat — tęsknota za tymi czasami, kiedy kibicowałeś nie za tabelką, tylko za duszą w granatowym. 😄
5 postów
-
✓kurcze... chyba nikt nie pamięta mojego pierwszego meczu z beretem na trybunie! byłem wtedy jeszcze brzdącem co przyjechał z Zielonej Góry jakieś lata temu, na ten sam finał co wy — ale ze starszymi kuzynami! myślałem, że zaraz padnę na te schody starego sofijskiego stadionu, bo te stopnie to były czyścice jakieś a nie schody xD ale jak tylko usłyszałem ten chrypliwy głos bereta idący przez głośniki... no kurwa 🔥 nagle zapomniałem o nogach, o duszącym upale i nawet o tym że ciocia kazała mi wziąć czapkę... stałem tam jak wmurowany, a on zaczął śpiewać ten hymn — nie wiem jak, ale czułem, że on śpiewa nie dla dwudziestu tysięcy, tylko dla mnie! i to było... no dobra, nie umiem tego opisać, ale do dzisiaj jak słyszę "Слава на теб, Ботев" to aż mnie ciśnie w gardle. A potem... ten gol! pamiętam że podbiegłem do kumpla z trybuny i darłem się w niebogłosy, a on tak na mnie patrzy jakbym zwariował — ale co miałem zrobić?! w życiu nie czułem takiej dumy, że należę do tej pieprzonej, szalonej armii kibiców! i ta celebracja... beret podbiega do naszych i całuje ten cholerny szalik, a ja mam łzy w oczach jak jakiś ckliwy poeta! od tamtej pory co roku jak coś leci w tv to ja w pubie "u dziadka" wciskam kolegom piwko i mówię: "siema stary, pamiętasz jak byliśmy mali i obalaliśmy całą Sofię?!" a oni tylko przewracają oczami i rzucają w mnie orzeszkami 😂 ale serio... to było coś, co się nie powtórzy, bo takich chwil się nie powtarza. ten mecz to był nie futbol... to była religia, bratanie się dusz i beret naszym prorokiem 💪🔴Na trybunach od dzieciaka.
-
ej no fajnie że to przywołaliście, bo akurat wczoraj natknąłem się na stare pudełko z pamiątkami i trafiłem na bilet z tamtego meczu — cały poplamiony czymś, co na szczęście nie było krwią, tylko piwem z kibolskiego kiosku. pamiętam, jak tego wieczora stałem obok chłopaków z akademika, wszyscy trzęśli się z emocji, a ten bilecik tkwił w kieszeni spodni tak, jakby wiedział, że będzie świadkiem czegoś wielkiego. no i wiem, że wy mówicie o 32 sekundach, ale ja nie mogę zapomnieć tego momentu, kiedy Roma wychodziła z szatni... ta ich orla pieśń, ten dźwięk na cały stadion, a Berbatow idzie przed siebie, jakby niósł na plecach całą Sofię. i co? co oni mieli przeciwko temu? ten facet był nasz, zagraniczny, może, ale serce miał sofijskie, nie? a jeszcze coś, co niektórzy pewnie zapomnieli — tuż przed tym finałem był ten turniej w parku „Zielone Pierwszego Maja”, gdzie Dimityr grał z młodzikami, żeby trochę „rozruszać nogi”. ja tam akurat bylem na zawodach w szachy miejskich (no wiem, jestem dziwak, ale szachy też są sportem), i słyszę nagle krzyk z boiska: „beret idzie!”. patrze, a on naprawdę tam stoi, kopie kilka piłek do kibiców, rozmawia z dzieciakami, podpisuje jakieś kartki. i wtedy jeden malec, nie starszy niż dziesięć lat, podbiega i pyta: „panie Dimityr, a dzisiaj naprawdę zagracie?”. on tylko się uśmiechnął, położył rękę na jego głowie i powiedział: „będziecie moimi sędziami, hehe”. a ja myślę: cholera, przecież on nie ma pojęcia, że za kilka godzin zrobi coś, co ciarki przeleci po kręgosłupie pół Sofii. to było takie prawdziwe, bez gadania — gość z gwiazdami na świecie, a zajmuje się zwykłymi dzieciakami. i to mnie wtedy bardziej poruszyło niż sam finał, bo futbol to przecież o takich chwilach jest. ostatnio spotkałem tego malca — teraz już dorosły facet, gra w lokalnej drużynie, a na ławce ma zdjęcie zrobione tamtego dnia, podpisane przez samego bereta. niech no powiecie, że to nie jest coś, co się klei w duszy... 😄Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Mówiąc szczerze, jak się tak teraz nad tym pochylę i porównam tamten skład z tym co mamy dzisiaj, to aż głowa boli. Tamtej drużyny nie da się podrobić — mieliśmy jednego Berbata, drugiego Berbata, trzeciego Berbata i jeszcze parę kolegów, co grali w ludzkich warunkach, nie jak te nasze cacka dzisiaj, co to się boją własnego cienia. Pamiętam, jak Razvan Lucescu wołał do nich na treningach: "Jeszcze raz, boście nie stuknęli!" i oni rzeczywiście stukali, bo mieli serce, a nie kontrakt na dziesięć milionów za sezon. Dzisiaj? To już inna bajka. Znam kilku chłopaków, co towarzyszą drużynie od lat i mówią, że gra jest... no, poprawna. Ale niech ktoś mi powie, gdzie są te emocje? Gdzie ten czas, kiedy kibicowałeś nie ze względu na tabelkę, tylko dlatego że ci śpiewanie hymnu wyrywa łzy? Teraz to strzelają gola, potem tracą go dwie minuty później, jakby zespół myślał tylko o tym, żeby przetrwać pierwszą połowę. Tamtego roku Roma spacerowała po Sofii nie dlatego że byli lepsi technicznie, tylko dlatego że mieli duszę — i ta dusza była napakowana granatową furią. A Dimityr... cholera, on był fenomenem samym w sobie. Dzisiaj mamy napastników, co to się boją odebrać piłkę bez dwójki obrońców, a Berbatow szedł, brał ją na klatę, obracał się i już leciał. Pamiętam jego rzuty wolne — nie dość, że potrafił trafić w siódemkę z osiemdziesięciu metrów, to jeszcze robił to z uśmiechem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Dzisiaj nikt nie próbuje takich numerów, bo "może nie wejść". No i te wspólne chwile poza boiskiem — tamto pokolenie rozumiało, czym jest kibicowanie. Wchodzili do pubów, śpiewali z ludźmi, dawali autografy, rozmawiali. Dzisiaj? To bardziej biznes i marketing. Pytałem kiedyś jednego faceta, co robi poza treningami: "Inwestycje w startupy". No proszę, a ja myślałem, że ludzie przychodzą do piłki po emocje, a nie żeby gadać o valuacjach. Nie będę udawał, że tamto było ideałem — były problemy, nie było teraz modnego gadania o "fair play", ale chodziło o coś innego: o to, żeby zagrać do ostatniej sekundy, żeby walczyć, żeby reprezentować. Dzisiaj mamy zawodników, co to grają solidnie, ale czy kiedykolwiek widzieliście, jak ktoś całuje szalik kibica po golu? Bo ja nie. I jeszcze te finały — tamtego roku z Levskim było jakby na oliwie pływaliśmy, pewni siebie, a teraz to każdy mecz to walkower i szukanie wymówek. Można by pomyśleć, że skoro mamy więcej pieniędzy, to powinno być lepiej. A tu proszę — ćwierćfinał krajowego pucharu to dla nas ostatnimi czasy szczyt marzeń. Pamiętam, jak niedawno poszedłem na spotkanie autorskie z jednym z tamtych piłkarzy — facet po latach wraca do klubu, opowiada o tamtych czasach i mówi: "Grałem wtedy nie dlatego że tak kazano, tylko dlatego że chciałem usłyszeć wasze głosy na trybunie". Dzisiaj musisz im płacić dwukrotną stawkę, żeby zobaczyli wasze twarze. No ale cóż... może ja się starzeję i mam głupie oczekiwania. Może teraz liczy się co innego. Ale jedno wiem na pewno — tamta ekipa zostawiła w moim sercu taki ślad, że jak patrzę na dzisiejszą drużynę, to czuję tylko tęsknotę. I to nie tę smutną, tylko taką, która napędza do działania — bo kiedyś znów będzie tak, jak było. Tylko musicie w to uwierzyć, chłopaki. Bo futbol bez duszy to przecież nic więcej niż nudny mecz w telewizji. 💙🔴
-
ej ludzie no ale co wyście dzisiaj wstanęli wścieknięci o bereta?! 😂 facet był legendą, a myśmy się wtedy jeszcze wyrywali na mecze jak na rockowy koncert — pamiętam jak kolega z akademika założył pod szalikiem koszulkę "Metallica is my life" i przez pół meczu się z tym szamotał, bo jakiś kibol lewskiego próbował mu ją zerwać 🤣 wpadliśmy potem do knajpy "U Walusia" i on cały czas nosił te resztki koszulki w kieszeni, jakby to była relikwia czy coś! a ten finał... cholera jasna, 32 sekundy i BUM! ja akurat byłem zajęty liczeniem, ilu kiboli Levskiego padło na serce, bo ich twarze w tamtym momencie to była klasa sama w sobie xD a beret? on nawet nie patrzył na wynik — prosto poszedł do trybuny i całował nasz szalik, jakby to była największa miłość jego życia! i wiecie co było najśmieszniejsze? jeden gość z lewskiego miał taką minę, jakby ktoś mu właśnie powiedział, że jego ulubiona kapusta nie urośnie w tym roku 😂 a jeszcze później wracaliśmy nocnym busem, wszyscy śpiewaliśmy "tylko Sofia gra w Europie", jeden facet zaśpiewał tak fałszywie, że aż obudził kierowcę, a ten obrócił się i krzyknął: "jeszcze raz to sam was wysadzę koło Wrocławia!" no i oczywiście wszyscy od razu: "JESZCZE RAZ! JESZCZE RAZ!" xD takie chwile to się chyba nie powtórzą, bo dzisiaj kibic to raczej idzie na mecz z kalendarzem, żeby nie trafić na promocję w lidze, a nie po to, żeby zaśpiewać hymn tak, jakby cię bolało 💔 ale cóż... zostają wspomnienia, papierosy w kieszeni i te cholerne dziury w duszach, które tylko beret potrafił na chwilę załatać! 🔥🍻Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿